SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/5 · Page 2 of 367%

— Straciłam apetyt! Nie macie pojęcia, jak głupio mi przed nim! Myślałam, że Bruce nie będzie chciał się ze mną nawet przywitać, a sam podszedł. Więc teraz po prostu muszę wyjaśnić, jak to wszystko się stało!

Amber odchodzi, Jake kręci głową, a Zachary uśmiecha się krzywo, zobaczywszy dłoń Matthew na moim ramieniu:

— Ciekawy dzisiaj lunch, nie sądzicie? Miałeś rację, Palmer, sól nie pomogła.

***

Następna godzina mija niepostrzeżenie, bo według planu mamy z Matthew angielski i po raz pierwszy idziemy na niego razem.

Żeby wyjść ze stołówki, musimy przejść obok centralnego stolika, przy którym siedzą Sean, Kate i ich wspólni przyjaciele, a towarzystwo wyraźnie cichnie, kiedy przechodzimy obok, trzymając się za ręce. Po naszym pocałunku z Palmerem on już mnie nie puszcza, a ja postanawiam, że wystarczy rumienić się pod ciekawskimi spojrzeniami. W związku albo uczestniczy dwoje ludzi, albo nikt, inaczej jaki jest w tym sens?

Bo chyba naprawdę mam chłopaka!

 

Matthew

Teraz już nie przypomnę sobie tego momentu z przeszłości, kiedy nauczyłem się budzić przed świtem. Zdarzało się to rzadko i na pewno nie po nocnych zmianach w garażu ojca, kiedy wszyscy padaliśmy z nóg ze zmęczenia i adrenalinowego wstrząsu. Ale na pewno zaczęło się wtedy, gdy poczułem w sobie pierwszą irytację własnym życiem, a przede wszystkim — niezdolność, żeby cokolwiek w nim zmienić.

„…Znowu kręcisz nosem, Matthew? Jedz, powiedziałem!

— Nie chcę! To jest spalone i niedobre!

— Mario, ja tu nie jestem waszą kucharką! Twój młodszy syn to niewdzięczny gówniarz!

— Jedz!

— Nie będę!

Rozlega się policzek i nie pierwszy raz zrywam się od stołu.

— Co, nie podoba ci się, jak moja baba gotuje? To gotuj sobie żarcie sam!

— No to będę!”

Nie podobało mi się. Wiele rzeczy w naszym domu mi się nie podobało — zwłaszcza nie wiadomo skąd biorące się obce kobiety w kuchni, ale to był mój pierwszy protest, którego zdołałem obronić. I moje pierwsze osobiste zwycięstwo, kiedy zrozumiałem, że coś potrafię. Że mogę robić coś lepiej od innych.

Na początku bracia śmiali się z moich prób ugotowania sobie obiadu. Do tego czasu ojciec wchodził do kuchni tylko po to, żeby wziąć z lodówki kolejną puszkę piwa, a bracia — żeby zjeść wszystko, co można nazwać jedzeniem. I mój pierwszy własnoręcznie ugotowany makaron latał po kuchni, przyklejając się do ścian, przy rechocie Lucasa i Christiana.

Obrażałem się, biłem, posyłałem braci do diabła i pyszczyłem ojcu, dopóki nie wpadłem na to, żeby budzić się wcześniej. Rano nikt nie przeszkadzał mi być sobą — to była najcichsza pora w naszym domu, a ja uczyłem się ostrzyć nóż, obchodzić z kuchenką i naprawiać własne błędy.

Śmieszne? Pewnie. Ale kiedy przez lata żywisz się tanim mrożonym jedzeniem, uzupełniając je chipsami, colą, a w weekendy fast foodem, patelnia miodowych żeberek z sypkimi ziemniakami zetrze uśmiechy z twarzy szybciej niż mocna pięść, na długo odbierając ochotę do śmiechu. I żarty braci bardzo szybko ucichły, gdy tylko naprawdę zaczęło mi wychodzić.

Nikt więcej nie zmuszał mnie do jedzenia tego, czego jeść nie chciałem, i nikt nie kpił z moich eksperymentów. Przestałem się wstydzić wydawać swoje pieniądze na coś, co budziło we mnie zainteresowanie i okazało się nie tanim zestawem produktów z najbliższego supermarketu, lecz całym światem smaków i zapachów, drogą do którego był jak czysty oddech wiedzy i do którego chciało się dążyć.

Tak, miałem szczęście zobaczyć drogę do tego świata, ale to wcale nie znaczyło, że pozwoliliby mi stać się kimś innym. Sobą. Nie takim jak wszyscy Palmerowie.

W rezultacie moi bracia wiedzieli, że potrafię nie tylko znać się na technice, doprowadzać naszego ojca do porządku i prowadzić rodzinne rachunki, lecz także zadbać o kolację — kiedy miałem nastrój. Ale o moim marzeniu nie wiedział nikt.

Zawsze było tak odległe i niedostępne, że nawet nie wydawało się — było niewykonalne. Tak samo niemożliwe jak moje studia w college’u.

Nie wiem, dlaczego wciąż pozwalam tej nadziei żyć w duszy. Pewnie tylko przez rozmowę z trenerem Hurleyem i sekretarką Moran w gabinecie miejscowego szeryfa policji oraz świadomość, że jeszcze ktoś potrafi we mnie wierzyć.

Dlatego nic mnie dziś nie kosztowało obudzić się wcześniej. A tym bardziej przygotować kilka muffinek dla Ashley. Jeśli człowiek może zachorować na kogoś, to ja na tę dziewczynę choruję już od dawna i nie chcę zdrowieć.

 

Siedzi w ławce przede mną i coś pisze, pochylając głowę nad zeszytem. Kark ma odsłonięty dla mojego spojrzenia, ciemnorude włosy leżą na ramieniu i wydaje mi się, że potrafiłbym zobaczyć ją nawet z zamkniętymi oczami.

Ashley czuje mój wzrok i ostrożnie ogląda się, żeby nauczyciel nie zauważył. Uśmiecha się, a jej uśmiech jest tak samo szczery jak ona sama. Teraz, kiedy na mnie patrzy, w jej ciemnoszarych oczach nie ma już obawy i nieufności, płonie w nich światło radości i mnie też to odpowiada.

Odwraca się, a ręka sama wyciąga się ku niej i dotyka pleców. Prowadzę palcami po dziewczęcej łopatce i wspinam się do szyi, żeby dotknąć jej skóry. U Ashley jest tak samo delikatna jak usta i od razu chcę więcej. Tego, o czym staram się nie myśleć, żeby nie zwariować. Żeby nie myśleć o niej i Rentonie, i nie dać zazdrości szansy stanąć między nami. W tej dziewczynie już teraz mieszka piękna kobieta, a myśli o niej i tak wypełniają głowę…

Cholera! Powinienem dać nam obojgu możliwość uczestniczenia w lekcji, ale to jakaś konieczność — cały czas dotykać Ash i widzieć ją obok.

Dziś rano nawet nie myślałem, czego chcę, po prostu ją znalazłem, żeby jeszcze raz spotkać się spojrzeniami, złapać szeroki uśmiech i znów przekonać siebie, że wszystko między nami nie jest snem.

Z trudem udaje mi się wypuścić Ashley od siebie na następną lekcję i do ostatniej chwili sterczę na korytarzu przy jej szafce, odciągając ją rozmową i przeszkadzając spakować plecak. Łapiąc ciemnoogniste pasmo włosów, prowadzę palcami wzdłuż smukłego ramienia do łokcia, przyciągając ku nam ciekawskie spojrzenia.

Wciąż się peszy, kiedy zostawiam w jej szafce kartonowe pudełeczko z muffinkami, zabieram jej plecak i obiecuję sam odprowadzić ją do właściwej klasy. Śmieje się cicho, zauważając, że tak spóźnię się na lekcję i spłoszę wszystkie swoje fanki.

Gówno mnie to obchodzi! Podoba mi się ta dziewczyna i nie chcę niczego sobie zabraniać.

***

Wieczorny trening lacrosse wychodzi dość ostry, mimo że w piątek rozegraliśmy udany mecz ze szkołą Lincolna i wielu chłopaków wciąż nie puścił bojowy nastrój po zwycięstwie. Dzisiaj jest pogodny dzień, a obok na boisku sportowym trwa trening „Czerwonych Lisic” — ich trenerka jest niezadowolona z występu swoich cheerleaderek na ostatnim meczu i na całego opieprza podopieczne, żądając, żeby przejęły od nas ducha drużyny i wreszcie zaczęły dorównywać „Złotym Orłom”.

Kate Harding też tu jest, ale Renton jakoś nie cieszy się ze swojej dziewczyny i nie widać, żeby zwracał na nią uwagę. Za to kiedy na stadionie pojawia się Ashley z aparatem i swoją przyjaciółką dziennikarką, Renton dwa razy przepuszcza piłkę, zerkając w stronę ładnych dziewczyn.

Źle robi. Trzeciego razu mu nie wybaczam i zwalam go z nóg, posyłając, żeby przeorał nosem trawę.

— Nie śpij, kapitanie! Bo zaraz złapiesz żądło!

Chapter 4 / 5 · Page 2 of 3