SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/5 · Page 1 of 360%

Powoli odwracam głowę i widzę go przy naszym stoliku. Właśnie teraz.

Stoi i patrzy na mnie, jakby to była dla niego najzwyklejsza rzecz — podejść do nas podczas lunchu i zagadać. W rękach trzyma papierową torbę z lunchem i unosi ją, wskazując miejsce obok mnie.

— Nie masz nic przeciwko, Ashley, jeśli dotrzymam wam towarzystwa? Strasznie chce mi się jeść.

Zachary niewzruszenie rozprawia się z taco, ale unosi dłoń, witając chłopaka, a Jake też kiwa mu z napięciem, podczas gdy on czeka na moją odpowiedź.

— Oj, o-oczywiście, że nie! Siadaj!

Matthew bierze krzesło od sąsiedniego stolika i przysuwa je do naszego. Siada, najpierw stawiając swój lunch na stole. Zdejmując z ramienia plecak, wiesza go na oparciu mojego krzesła, a ja śledzę go wzrokiem i rozumiem, że dziwnie odczuwam jego obecność w kręgu moich przyjaciół i obok siebie — jakby po nowemu. I zupełnie nie wiem, jak się zachować.

Za to on wie. Odwracając się do mnie, swobodnie obejmuje mnie za ramiona i lekko całuje w usta.

— Cześć, Ash. Okazuje się, że w szkole nie da się cię złapać, a wiadomości nie czytasz. Dopiero była i, mówią, już jej nie ma!

Co? Pisał do mnie?

Dziewczyny gapią się na nas na całego, a ja nagle czerwienię się pod ich spojrzeniami.

Co tam! Nie tylko pod ich spojrzeniami, bo teraz połowa obecnych w stołówce starszych uczniów, zapomniawszy o jedzeniu, obserwuje nas. To, jak Matthew Palmer otwarcie całuje Ashley Wilson. I nie na jakiejś szalonej imprezie, kiedy połowie ludzi mąci się w głowie, tylko w szkole! Przy wszystkich! A to zupełnie nie to samo.

Nic nie odpowiadam, nie wiedząc, jak przyjąć uwagę Matthew, więc sam decyduje za mnie. Przesunąwszy kciukiem po moim policzku, przenosi dłoń na potylicę i z wyrozumieniem uśmiecha się kącikami ust.

— No dobrze, miss Uśmiech. Skoro twoi przyjaciele już wiedzą, nie będę się dłużej powstrzymywał. I tak długo czekałem.

Tym razem całuje mnie na serio. Pochylając się do mojej twarzy, obejmuje swoimi ustami moje i pozwala mi w pełni poczuć swoją obecność w moim życiu, czule głaszcząc mnie po szyi.

Całowanie się w szkole jest zabronione. Na korytarzach — zdecydowanie, ale w stołówce jeszcze dopuszcza się pewne swobody. Tylko nie aż tak otwarte.

Ale inaczej Matthew chyba nie potrafi, a mnie znów zamiera oddech i po skórze przebiegają ciarki.

Wokół nagle robi się niezwykle cicho i Zachary, zdaje się, jako jedyny teraz to rozumie.

— Palmer, kończ, bo problemy będziesz miał nie tylko ty, ale i Ashley. Lepiej podaj mi sól, taco dzisiaj jest kompletnie bez smaku!

Niechętnie przerywamy pocałunek i jeszcze przez kilka sekund patrzymy sobie w oczy, zanim odwracam wzrok i chwytam kartonik z sokiem.

— I tobie smacznego, Baker! — słyszę równą odpowiedź Matthew, zresztą całkiem życzliwą. — Trzymaj! — znajduje solniczkę i posyła ją po stole do mojego przyjaciela, a ten zręcznie ją łapie. — Ale nie jestem pewien, czy sól coś tu pomoże.

Przy stole jest nas sześcioro, ale jemy tylko ja i Zack. Chociaż może jeszcze Jake próbuje udawać, że jest w stanie przeżuć swojego hamburgera. Za to Trisha i Amber nadal siedzą z uchylonymi ustami i zdezorientowane patrzą na Matthew.

Dobrze, że jego to nie peszy, bo ja nie potrafię naprawić sytuacji — najpierw musiałabym uspokoić własny puls i poradzić sobie widelcem ze spaghetti.

Wyciąga ze swojej papierowej torby lunchbox i otwiera go.

Liście szpinaku, ciemny chleb, równo pokrojone kawałki pieczonego indyka, biały ser i kostki awokado, garść orzechów pekan i nerkowców. Pinta mleka w wysokiej butelce.

Wszyscy to widzimy, ale ciekawość pierwsza wyrywa się Jake’owi:

— Palmer, co, lunch do szkoły pakowała ci ukochana babunia? Żyć, nie umierać, stary!

Wszyscy mamy podobne myśli, ale tylko ja znam prawdę. Jak szkoda, że to kolejny sekret Matthew.

— Nie zgadłeś, Finley — spokojnie odpowiada Palmer, zabierając się do lunchu. — Specjalnie rano jeżdżę koło kościoła Butlerów, tam karmią nawet takich jak ja. A jeśli nie karmią, to po prostu zabieram jedzenie jakiemuś bezdomnemu i szybko się zmywam. Jak widzisz, warto.

— A-a… — chyba Finley naprawdę w to wierzy i w jego czarnych oczach pojawia się zainteresowanie.

Różowe mięso indyka w sezamowej skorupce na tle jego zmiętego hamburgera z chudym listkiem sałaty rzeczywiście wygląda o wiele apetyczniej. Każde z nas zamieniłoby na nie swój lunch, więc rozumiem przyjaciela.

— On żartował, Jake — mówię chłopakowi, próbując opanować zmieszanie i zerkając na Matthew. — Po prostu trafił mu się magiczny lunchbox, oto cały sekret!

— A-a… — Finley powtarza z lekkim rozczarowaniem i tym razem na serio zabiera się za swojego hamburgera, wciąż nie zdecydowawszy, czy obrażać się na Palmera, czy nie.

W lunchboxie leży niewielka czekoladowa muffinka z migdałami i cukrem pudrem w papierowej foremce. Matthew wyciąga ją, przesuwając w moją stronę, i teraz pachnie tak pysznie masłem kakaowym i wanilią tuż przy mojej ręce, że mimowolnie zerkam na cudzy deser.

Zauważywszy moje spojrzenie, Matthew chwyta równymi zębami kawałek indyka i pytająco unosi brew.

Co? O nie!

Nie będę jeść jego lunchu. Tylko nie to! To w końcu nieuczciwe i niegrzeczne!

Palmer ma przed sobą jeszcze kilka lekcji i trudny trening lacrosse. Potrzebuje sił, białka, węglowodanów… i…

— Mogę?

— Tobie wolno wszystko, miss Uśmiech. To dla ciebie.

Wiem, jak Matthew gotuje. Jeszcze zanim odgryzam kawałek, jestem już pewna, że będzie obłędnie pyszne, i oczywiście uśmiecham się szeroko do chłopaka, przyjmując poczęstunek.

— Oj, dziękuję!

— Jake, szturchnij mnie, i to mocno! — nagle odzywa się Trisha, nie ukrywając zdumienia w głosie. — Nasza Wilson naprawdę zamierza sama wciągnąć cudzą pyszną czekoladową babeczkę? Sama?!

— Mhm. Bardzo na to wygląda. Ashley — Finley zwraca się do mnie — wszystko słyszałaś. Jeśli nie dasz mojej dziewczynie spróbować tej cudownej muffinki, zeżre mi uszy! A potem je wypluje i powie, że taki się urodziłem!

Brzmi to niespodziewanie wesoło i wszyscy razem pierwszy raz śmiejemy się przy wspólnym stole.

— Cześć, Amber. Ja… ee… Chciałem…

Wszyscy odwracamy głowy i widzimy Bruce’a Brody’ego, który zatrzymał się przy naszej paczce.

Szczupły chłopak ma na sobie koszulę i ciemne spodnie. Odrośnięte włosy są trochę nastroszone nad czołem, a okulary przeciwsłoneczne wciąż ma na nosie. Podszedł zdecydowanie, ale teraz wyraźnie się denerwuje, więc poprawia plecak na plecach i przygryza wargi.

Zresztą Ambi też daleko do spokoju, bo na widok Brody’ego dziewczyna wstaje od stołu i zwraca się do niego:

— Cześć, Bruce! Już wiem o bójce. Wszystko wyszło tak okropnie — i na imprezie, i potem… To moja wina, wybacz, proszę!

— Za co?

— Za to, że skłamałam kumplom Rentona, jakobym miała chłopaka, a tu pojawiłeś się ty. Nie powinnam była cię prosić… no, wiesz o co.

— Amber, czy my… możemy porozmawiać?

— Tak, oczywiście. Tutaj?

— N-nie — zacina się Bruce, oglądając się na nas, i skinieniem głowy wskazuje drzwi wejściowe.

— Lepiej poczekam na ciebie na korytarzu.

— Dobrze.

Brody odchodzi, a Amber powoli siada. Ale ledwie doczekawszy, aż chłopak zniknie z pola widzenia, chwyta swoją torbę i znów zrywa się z miejsca.

— Ambi, poczekaj! — wołam za przyjaciółką. — A twój lunch?

Chapter 4 / 5 · Page 1 of 3