SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Chapter 1/10 · Page 1 of 20%

Chciałabym móc powiedzieć, że dzień zaczął się jak zwykle – od porannego biegu w parku i kubka parzącego americano, kupionego w kawowym kiosku przy wyjściu z parku… ale nie.

Dzień zaczął się koszmarnie!

 Nie cierpię poniedziałków. Z jakiegoś powodu to właśnie w poniedziałki przytrafiają się ludziom najgorsze rzeczy. Nagle gryzie was pies, pojawiają się pilne sprawy albo trafiają się niesympatyczne typy. Po prostu któregoś dnia budzicie się i rozumiecie, że wszystko stanęło na głowie! Że iluzja spokoju prysła, stabilność popękała i oto już wypadliście z matrixa, dyndacie nad przepaścią na jednej ręce, a nad głową niesie się wasz rozpaczliwy krzyk: „Pomocy!”

To właśnie od tego krzyku obudziłam się zlana potem, bo we śnie goniła mnie ogromna ryba podobna do czarnego kota i za wszelką cenę chciała mnie zjeść. Z kotem wszystko było jasne – poprzedniego wieczoru spotkałam przy swoim domu cudne, żółtookie stworzenie i postanowiłam je pogłaskać, ale ryb nie znosiłam. I na pojawienie się takiej niespodzianki w moim życiu zasadniczo się nie zgadzałam!

Jeszcze tego brakowało!

Ja dobrze wiem, po co śnią się ryby. Na dzieci i wicie gniazda. Tylko że męża nie mam, a mój chłopak, z którym łączyły mnie praca, rzadki nudny seks i plany na przyszłość, sam nie był gotów tych planów realizować przez najbliższe jakieś piętnaście lat.

Więc rybę we śnie powinnam była złapać, poklepać po brzuchu i ze słowami „Płyń, leszczyco, ode mnie do innej dziewicy” wypuścić z powrotem do wody. Ale gdzie tam, skoro była wielkości rekina i omal mnie nie pożarła!

W rezultacie zaspałam o trzy minuty dłużej niż zwykle i nie usłyszałam budzika, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało! Zaplątana w kołdrę zwaliłam się z łóżka i prawie przebiłam sobie policzek szczoteczką do zębów, zamierzając nadrobić grafik i zdążyć na poranny bieg, na który wychodziłam do parku w poniedziałki, środy i piątki niezależnie od pory roku i pogody.

 
Zawsze wychodziłam, ale tylko nie w ten poniedziałek, kiedy wybiegłszy na alejkę, niespodziewanie skręciłam nogę. Na równym miejscu! I to ja – Angelina Wietrowa! Młoda kobieta sukcesu, przyzwyczajona pewnie chodzić na wysokich obcasach i równie pewnie prowadzić swoje „porsche”! Na które, swoją drogą, zapracowałam własnym rozumem i staraniem! Dla wszystkich wokół osoba ambitna i konsekwentna, nagle jak ostatnia ofiara wypadłam z trasy, przejechałam się po przymarzniętej kałuży i runęłam nosem w kupę liści przyprószonych śniegiem.

Wyplułam, co miałam do wyplucia. Dobrze, zdarza się. Wstałam i dzielnie dokulałam się do kawowego kiosku po swoje gorące americano… ale kawa skończyła się na mnie.

To nie żart. Skończyła się. Na mnie. W kawowym kiosku!

Ha! Dom wariatów!

— Dobrze, a co macie? — spojrzałam surowo na chłopaka po drugiej stronie okna.

Patrzył na mnie podejrzliwie, więc musiałam niewzruszenie zdjąć z czoła przyklejony do niego liść.

— Herbatę albo gorące mleko? Kakao? Zróbcie mi już cokolwiek, skoro z arabiką w kraju taki kryzys!

— Niestety nie mogę. Zepsuł mi się ekspres — odpowiedział sprzedawca z poczuciem winy. — Ale jest cola z lodówki. Chce pani?

W cienkiej wiatrówce i sportowych legginsach zaczynałam marznąć, a zęby zgrzytnęły mi ze złości:

— Pan sobie żartuje? Jaka zimna cola, dowcipnisiu, przecież mamy początek grudnia!

Chłopak w kiosku jednak sobie nie żartował i pospiesznie pokręcił głową.

— N-nie. Zaproponowałbym pani gorącego hot doga, ale pani nigdy go nie bierze…

— A dzisiaj wezmę! — niespodziewanie się uparłam i zacisnęłam usta. — Proszę dać!

Wyrwawszy chłopakowi podanego hot doga, zapłaciłam i pokuśtykałam z powrotem ku alejce, zamierzając wrócić do domu. Co za pech!

Odgryzłam kawałek hot doga, ledwie go przeżułam i właśnie miałam usiąść na ławce, czując ból w stłuczonej nodze, kiedy ktoś mi go podstępnie… ukradł!

Potężny czarny kot wyskoczył z krzaków, wyrwał mi hot doga z ręki i popędził z nim przed siebie, bez wstydu i sumienia unosząc mój gorący śniadaniowy łup.

— E-ej… Stój! Dokąd?! Oddawaj, to moje!

Oczywiście nie zamierzałam dojadać hot doga po obcym kocie. Nie dojadałabym go nawet po znajomym! Ale dzisiaj wszystko szło w sposób absolutnie skandaliczny, układanka zwyczajnego obrazka rozsypała się w drobny mak i nie wymyśliłam nic lepszego, niż zerwać się z miejsca i rzucić w pogoń za złodziejaszkiem.

— Stój, bezwstydniku!

Dzielnie przebiegłszy kulawym sprintem do połowy alejki… jęknęłam, krzyknęłam i potknąwszy się o czyjąś miotłę, znowu zwaliłam się nosem… Zgadza się! W znaną mi już kupę liści.

Co to ma być za świństwo!

Jaki kretyn ją tu nagarnął?!

 
Tym razem podnosiłam się wolniej i dłużej wypluwałam śmieci. Ze złości miałam ochotę zacisnąć pięści i kogoś ubić. Najlepiej właśnie tę kupę. Co też zrobiłam, gdy tylko wstałam. Zamachnęłam się zdrową nogą i rozkopałam liście na wszystkie strony. Żeby kupa nie myślała, że jest taka wielka!

Już miałam pokuśtykać do domu, kiedy w tej samej sekundzie za moimi plecami rozległ się przenikliwy gwizdek i czyjś głos wrzasnął wniebogłosy:

— Ratunku! Policja! Tutaj! Chuliganeria w parku!

Co, chuliganeria? Podniosłam głowę. Park był miejscem publicznego i kulturalnego wypoczynku, rosły tu świerki, dęby i skakały wiewiórki. Spacerowały mamy z dziećmi. Krótko mówiąc, tylko spotkania z bandytami brakowało mi tego ranka.

Jednak zrobiło się ciekawie i już prawie odwróciłam się w stronę krzyku… gdy nagle ktoś niegrzecznie przyłożył mi miotłą w tył głowy.

— Oj!

Dwa razy!

— Przestańcie! Zwariowaliście?!

— Masz, ty parszywa szkodnico! Dostaniesz jeszcze!

— Natychmiast przestańcie!

— A nuże odejdź od kupy, chuliganko. Bo jak cię smagnę! W mig zamienisz mi się w kikimorę!

Co?!

Mała, złośliwa starucha stała za mną z miotłą przy piersi i gniewnie błyskała kłującymi ślepiami, usiłując mnie nią dosięgnąć. (Najwyraźniej miejscowa dozorczyni, której pracę właśnie zniszczyłam.)

Odskoczyłam do tyłu i przycisnęłam plecy do drzewa, gotowa się bronić, ale policjant już był tu jak na zawołanie.

Krępy i niewysoki mężczyzna głośno chrząknął, wyszedł skądś z boku i przyłożył dłoń do służbowej czapki:

— Sierżant Leszenko! — przedstawił się uroczyście. — Okręg Leśny, trzynasty komisariat policji! — Wyjąwszy z kieszeni legitymację, mężczyzna machnął nią przed naszymi ze staruszką twarzami, schował do kieszeni i zmarszczył krzaczaste brwi. — Wzywano? — zainteresował się ważnym tonem.

— Nie! — oszołomiona pokręciłam głową, przeczuwając kłopoty. Za to dozorczyni nakablowała:

— Wzywano, złotko. Jeszcze jak wzywano! No, popatrz, co ta dziewucha narobiła. Całą robotę mi spartoliła… Neurasteniczka!

— Odezwała się Baba Jaga! — nie pozostałam dłużna. Nastrój miałam obrzydliwy. Zwłaszcza po strąconej czapce i włosach potarganych miotłą.

I poza tym „tak” mnie jeszcze nikt nie wyzywał!

— Jak się pani nazywa, obywatelko? — surowo zainteresował się policjant. Odwrócił się od staruszki i patrzył na mnie z wyrzutem.

— Angelina Wietrowa — odpowiedziałam z godnością, jak przywykłam odpowiadać.

Kiedy ulepiłaś samą siebie z niczego, mimowolnie uczysz się szanować własne osiągnięcia w każdej sytuacji. Nawet w takiej, kiedy wyglądasz jak nie wiadomo kto!

— Czy to prawda, obywatelko Wietrowa, że pani tutaj chuligani? Dlaczego przeszkadzała pani w pracy operatora utrzymania terenu?

Chapter 1 / 10 · Page 1 of 2