Rozdział 1
Chciałabym móc powiedzieć, że dzień zaczął się jak zwykle – od porannego biegu w parku i kubka parzącego americano, kupionego w kawowym kiosku przy wyjściu z parku… ale nie.
Dzień zaczął się koszmarnie!
Nie cierpię poniedziałków. Z jakiegoś powodu to właśnie w poniedziałki przytrafiają się ludziom najgorsze rzeczy. Nagle gryzie was pies, pojawiają się pilne sprawy albo trafiają się niesympatyczne typy. Po prostu któregoś dnia budzicie się i rozumiecie, że wszystko stanęło na głowie! Że iluzja spokoju prysła, stabilność popękała i oto już wypadliście z matrixa, dyndacie nad przepaścią na jednej ręce, a nad głową niesie się wasz rozpaczliwy krzyk: „Pomocy!”
To właśnie od tego krzyku obudziłam się zlana potem, bo we śnie goniła mnie ogromna ryba podobna do czarnego kota i za wszelką cenę chciała mnie zjeść. Z kotem wszystko było jasne – poprzedniego wieczoru spotkałam przy swoim domu cudne, żółtookie stworzenie i postanowiłam je pogłaskać, ale ryb nie znosiłam. I na pojawienie się takiej niespodzianki w moim życiu zasadniczo się nie zgadzałam!
Jeszcze tego brakowało!
Ja dobrze wiem, po co śnią się ryby. Na dzieci i wicie gniazda. Tylko że męża nie mam, a mój chłopak, z którym łączyły mnie praca, rzadki nudny seks i plany na przyszłość, sam nie był gotów tych planów realizować przez najbliższe jakieś piętnaście lat.
Więc rybę we śnie powinnam była złapać, poklepać po brzuchu i ze słowami „Płyń, leszczyco, ode mnie do innej dziewicy” wypuścić z powrotem do wody. Ale gdzie tam, skoro była wielkości rekina i omal mnie nie pożarła!
W rezultacie zaspałam o trzy minuty dłużej niż zwykle i nie usłyszałam budzika, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało! Zaplątana w kołdrę zwaliłam się z łóżka i prawie przebiłam sobie policzek szczoteczką do zębów, zamierzając nadrobić grafik i zdążyć na poranny bieg, na który wychodziłam do parku w poniedziałki, środy i piątki niezależnie od pory roku i pogody.
Zawsze wychodziłam, ale tylko nie w ten poniedziałek, kiedy wybiegłszy na alejkę, niespodziewanie skręciłam nogę. Na równym miejscu! I to ja – Angelina Wietrowa! Młoda kobieta sukcesu, przyzwyczajona pewnie chodzić na wysokich obcasach i równie pewnie prowadzić swoje „porsche”! Na które, swoją drogą, zapracowałam własnym rozumem i staraniem! Dla wszystkich wokół osoba ambitna i konsekwentna, nagle jak ostatnia ofiara wypadłam z trasy, przejechałam się po przymarzniętej kałuży i runęłam nosem w kupę liści przyprószonych śniegiem.
Wyplułam, co miałam do wyplucia. Dobrze, zdarza się. Wstałam i dzielnie dokulałam się do kawowego kiosku po swoje gorące americano… ale kawa skończyła się na mnie.
To nie żart. Skończyła się. Na mnie. W kawowym kiosku!
Ha! Dom wariatów!
— Dobrze, a co macie? — spojrzałam surowo na chłopaka po drugiej stronie okna.
Patrzył na mnie podejrzliwie, więc musiałam niewzruszenie zdjąć z czoła przyklejony do niego liść.
— Herbatę albo gorące mleko? Kakao? Zróbcie mi już cokolwiek, skoro z arabiką w kraju taki kryzys!
— Niestety nie mogę. Zepsuł mi się ekspres — odpowiedział sprzedawca z poczuciem winy. — Ale jest cola z lodówki. Chce pani?
W cienkiej wiatrówce i sportowych legginsach zaczynałam marznąć, a zęby zgrzytnęły mi ze złości:
— Pan sobie żartuje? Jaka zimna cola, dowcipnisiu, przecież mamy początek grudnia!
Chłopak w kiosku jednak sobie nie żartował i pospiesznie pokręcił głową.
— N-nie. Zaproponowałbym pani gorącego hot doga, ale pani nigdy go nie bierze…
— A dzisiaj wezmę! — niespodziewanie się uparłam i zacisnęłam usta. — Proszę dać!
Wyrwawszy chłopakowi podanego hot doga, zapłaciłam i pokuśtykałam z powrotem ku alejce, zamierzając wrócić do domu. Co za pech!
Odgryzłam kawałek hot doga, ledwie go przeżułam i właśnie miałam usiąść na ławce, czując ból w stłuczonej nodze, kiedy ktoś mi go podstępnie… ukradł!
Potężny czarny kot wyskoczył z krzaków, wyrwał mi hot doga z ręki i popędził z nim przed siebie, bez wstydu i sumienia unosząc mój gorący śniadaniowy łup.
— E-ej… Stój! Dokąd?! Oddawaj, to moje!
Oczywiście nie zamierzałam dojadać hot doga po obcym kocie. Nie dojadałabym go nawet po znajomym! Ale dzisiaj wszystko szło w sposób absolutnie skandaliczny, układanka zwyczajnego obrazka rozsypała się w drobny mak i nie wymyśliłam nic lepszego, niż zerwać się z miejsca i rzucić w pogoń za złodziejaszkiem.
— Stój, bezwstydniku!
Dzielnie przebiegłszy kulawym sprintem do połowy alejki… jęknęłam, krzyknęłam i potknąwszy się o czyjąś miotłę, znowu zwaliłam się nosem… Zgadza się! W znaną mi już kupę liści.
Co to ma być za świństwo!
Jaki kretyn ją tu nagarnął?!
Tym razem podnosiłam się wolniej i dłużej wypluwałam śmieci. Ze złości miałam ochotę zacisnąć pięści i kogoś ubić. Najlepiej właśnie tę kupę. Co też zrobiłam, gdy tylko wstałam. Zamachnęłam się zdrową nogą i rozkopałam liście na wszystkie strony. Żeby kupa nie myślała, że jest taka wielka!
Już miałam pokuśtykać do domu, kiedy w tej samej sekundzie za moimi plecami rozległ się przenikliwy gwizdek i czyjś głos wrzasnął wniebogłosy:
— Ratunku! Policja! Tutaj! Chuliganeria w parku!
Co, chuliganeria? Podniosłam głowę. Park był miejscem publicznego i kulturalnego wypoczynku, rosły tu świerki, dęby i skakały wiewiórki. Spacerowały mamy z dziećmi. Krótko mówiąc, tylko spotkania z bandytami brakowało mi tego ranka.
Jednak zrobiło się ciekawie i już prawie odwróciłam się w stronę krzyku… gdy nagle ktoś niegrzecznie przyłożył mi miotłą w tył głowy.
— Oj!
Dwa razy!
— Przestańcie! Zwariowaliście?!
— Masz, ty parszywa szkodnico! Dostaniesz jeszcze!
— Natychmiast przestańcie!
— A nuże odejdź od kupy, chuliganko. Bo jak cię smagnę! W mig zamienisz mi się w kikimorę!
Co?!
Mała, złośliwa starucha stała za mną z miotłą przy piersi i gniewnie błyskała kłującymi ślepiami, usiłując mnie nią dosięgnąć. (Najwyraźniej miejscowa dozorczyni, której pracę właśnie zniszczyłam.)
Odskoczyłam do tyłu i przycisnęłam plecy do drzewa, gotowa się bronić, ale policjant już był tu jak na zawołanie.
Krępy i niewysoki mężczyzna głośno chrząknął, wyszedł skądś z boku i przyłożył dłoń do służbowej czapki:
— Sierżant Leszenko! — przedstawił się uroczyście. — Okręg Leśny, trzynasty komisariat policji! — Wyjąwszy z kieszeni legitymację, mężczyzna machnął nią przed naszymi ze staruszką twarzami, schował do kieszeni i zmarszczył krzaczaste brwi. — Wzywano? — zainteresował się ważnym tonem.
— Nie! — oszołomiona pokręciłam głową, przeczuwając kłopoty. Za to dozorczyni nakablowała:
— Wzywano, złotko. Jeszcze jak wzywano! No, popatrz, co ta dziewucha narobiła. Całą robotę mi spartoliła… Neurasteniczka!
— Odezwała się Baba Jaga! — nie pozostałam dłużna. Nastrój miałam obrzydliwy. Zwłaszcza po strąconej czapce i włosach potarganych miotłą.
I poza tym „tak” mnie jeszcze nikt nie wyzywał!
— Jak się pani nazywa, obywatelko? — surowo zainteresował się policjant. Odwrócił się od staruszki i patrzył na mnie z wyrzutem.
— Angelina Wietrowa — odpowiedziałam z godnością, jak przywykłam odpowiadać.
Kiedy ulepiłaś samą siebie z niczego, mimowolnie uczysz się szanować własne osiągnięcia w każdej sytuacji. Nawet w takiej, kiedy wyglądasz jak nie wiadomo kto!
— Czy to prawda, obywatelko Wietrowa, że pani tutaj chuligani? Dlaczego przeszkadzała pani w pracy operatora utrzymania terenu?