Rozdział 1
— Menedżerką od cleaningu jestem! — wtrąciła donosicielka. — Odpowiedzialną pracownicą parku! A ta dziewucha — staruszka zaterkotała, z ufnością przysuwając się do stróża porządku i dźgając mnie palcem — to bandytka jak się patrzy! Nie dość, że skakała po mojej kupie, to jeszcze kotu chciała jedzenie odebrać. Sama widziałam! Oj, złotko — „artystka” złapała się za serce. — Może ona jest bezdomna i oddasz ją do schroniska?..
— Jakiego znowu schroniska? Czy pani jest przy zdrowych zmysłach, szanowna pani — oburzyłam się. — Nie jestem bezdomna. I to było moje jedzenie!
— Widzisz, złotko, ona jeszcze wściekła! Zróbmy jej szczepionkę… uspokajającą? Albo skujmy kajdankami! Bo znowu rzuci się na kupę!
— Nie jestem wściekła, po prostu mam poranek… trudny! — zaprotestowałam chłodno. — A pani od razu urządziła bójkę. Swoją drogą, bicie ludzi brudną miotłą jest niehigieniczne!
— Ty też nie jesteś taka znowu czysta — prychnęła staruszka. — A ja swoją miotłę kąpię w odwarze z łopianu! Włosy będą ci teraz rosły piękniejsze niż dawniej, a potrzebne śrubki wrócą na miejsce. Jeszcze mi podziękujesz, że przywołałam cię do rozumu!
— Co? No wie pani…
Dawno już odsunęłam się od drzewa, a teraz stałam, próbując spopielić wzrokiem tę wredną donosicielkę. Też coś, takie bzdury o sobie usłyszeć!
— Ekhem, ekhem! — odchrząknął sierżant Leszenko, wciskając się między nas. — To co będziemy robić, obywatelko Wietrowa? — zapytał oficjalnie, ostrożnie rozsuwając nas na boki krępymi ramionami.
— Z czym? — nie zrozumiałam, odwracając ku niemu twarz.
— Z precedensem! Było naruszenie porządku? Czy menedżerka od sprzątania się myli?.. A może pani należy do tych damulek, które nie szanują cudzej pracy?
Cudzą pracę szanowałam. Co więcej, sama należałam do ludzi, którzy dużo się uczyli i dużo pracowali, od młodości znając wartość każdej zarobionej kopiejki.
Nagle zobaczyłam całą sytuację oczami policjanta i zrobiło mi się wstyd. No przecież nie będę mu na poważnie skarżyć się na czarnego kota i nagły pech. Poza tym jestem dorosłą, samodzielną dziewczyną w wieku dwudziestu pięciu lat. Przywykłam sama ponosić odpowiedzialność za swoje czyny…
…A do usprawiedliwiania się nie przywykłam, ale musiałam.
— Było, sierżancie — niechętnie przyznałam oczywistość. — To moja wina, przyznaję, brzydko wyszło. Czego pan ode mnie chce? Niech zapłacę mandat.
Odwróciłam się do staruszki.
— Przepraszam za bałagan, szanowna pani. To wyszło przypadkiem. Pomogłabym pani posprzątać, ale boli mnie noga. I muszę iść do pracy. Praktycznie jestem już spóźniona!
— Oj, daj spokój — machnęła ręką staruszka. — I tak cię z niej niedługo zwolnią.
Nie zaczęłam się z nią kłócić. Bo co ona w ogóle mogła o mnie wiedzieć? Takich specjalistek jak ja w branży reklamowej, w której pracowałam, ze świecą szukać! A jeśli już się taką znajdzie, trzeba być idiotą, żeby ze mnie zrezygnować.
Pracowałam, nie oszczędzając ani siebie, ani swoich podwładnych, i wyciskałam z mojego działu najlepsze wyniki! To moje reklamy drukowały magazyny i zamawiały znane marki. To mnie zapraszano na prezentacje i osobiście przedstawiano właścicielom firm. To moje imię znano na pamięć w odpowiednich kręgach. Właśnie dlatego, podejrzewam, Arnold się ze mną spotykał, a jego mama i siostra – moje bezpośrednie przełożone – znosiły konkurencję ze strony takiej wspaniałości jak ja.
Zwolnią? Ha! To niemożliwe!
— To ile jestem w-winna, sierżancie? — zapytałam chłodno mężczyznę, nagle czując, że zmarzłam. A noga bolała po prostu okropnie!
Policjant nie sprawiał wrażenia człowieka drobiazgowego i dziwnie na mnie zerknął. Spojrzał jakby z litością. Spod służbowej czapki sterczały kosmyki włosów, a w ręce nagle pojawiła się karteczka.
To właśnie ją mi wręczył.
— Proszę, Angelino! Nie jestem upoważniony do pobierania mandatów, ale jestem upoważniony do przyjmowania obietnic. Gdy tylko noga pani wyzdrowieje, odpracuje pani dzień w parku jako dozorczyni.
— Ale… — otworzyłam już usta, ale zaraz je zamknęłam. Leszenko patrzył nazbyt wyrzucająco… a jednocześnie z zaufaniem. A ja nigdy nie umiałam zawodzić tych, którzy we mnie wierzyli.
— Trzeba, Angelino. Trzeba!
Powiedział i odszedł.
I staruszka odeszła. Wróciwszy do rozrzuconej kupy liści, zabrała się pilnie do zamiatania ich miotłą, mrucząc coś pod nosem.
Obok, od strony kawowego kiosku, przeszła nieznajoma parka z papierowymi kubkami w rękach i do moich nozdrzy dotarł aromat świeżo zaparzonej kawy… Na skraju alejki siedział kot – ten sam, który ściągnął mi hot doga. Zerkając w moją stronę żółtymi oczami, z sytym zadowoleniem wylizywał długą łapę.
Rozwinęłam niewielką papierową kartkę w swojej ręce i przeczytałam:
„/pierwsze słowa nieczytelne/ Obowiązkowe do wykonania!”