SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/10 · Page 3 of 415%

W miniony czwartek przeprowadziłyśmy z Reginą tę prezentację dla Koreańczyków, Mierzlajewa pyszniła się na niej w brylantowym komplecie wypożyczonym od naszych klientów i w norkowej pelerynie, demonstrując sukces swojej agencji i kunszt dentysty, a ja dwoiłam się i troiłam, tłumaczyłam, zarysowywałam, pokazywałam i obiecywałam.

Obiecywałam to, co wiedziałam na pewno – że wykonam. I wszystko poszło cudownie. Przedstawiciele klienta wyszli zadowoleni, z zamiarem powrotu w poniedziałek. Właśnie dlatego ja, tak jak wszyscy, w myślach już rozdzielałam, na co wydam premię i dokąd wyślę Żeńkę na wycieczkę.

Właśnie dlatego, wchodząc do biura i kierując się do swojego biurka, udałam, że nie zauważyłam kilku butelek musującego przy szufladzie mojego asystenta.

— Cześć wszystkim! Przyszłam! Marik, schowaj to, żebym nie widziała.

— Cześć, Lina! Przecież i tak nie widziałaś! A tak przy okazji, zauważyłaś, bossko? To twoje ulubione martini! I już nie mogę się doczekać, żeby je otworzyć.

— Bossko? — uśmiechnęłam się krzywo na żart przyjaciela. — Uważaj, żebyś nie nazwał mnie tak przy Reginie. Jeszcze wezwie na dywanik i opowie o subordynacji. Dziewczyny, nie słuchajcie Soboty! W poniedziałki nachodzi go zaćmienie!

— Mylisz się, Wietrowa. Na mnie spływa olśnienie! I uwierz, wszyscy tutaj wiedzą, czyją jesteśmy drużyną!

Z Marikiem trudno było się spierać i wiedziałam o tym lepiej niż inni. Z Marianem Sobotą przyjaźniliśmy się od uniwersytetu. Nie powiedziałabym, że w czasie studiów byliśmy nierozłącznymi przyjaciółmi, ale odnosiliśmy się do siebie z sympatią.

Nasza przyjaźń umocniła się na piątym roku, kiedy pojawiły się wspólne zainteresowania i praktyka w poważnym zakładzie produkcyjnym, dokąd trafiliśmy razem. Ale reklamowanie bloczków betonowych i zbrojenia okazało się niezbyt interesujące i po udanej obronie dyplomu poszłam szukać pracy bliżej branży mody i urody. A rok później, kiedy dostałam swój mały dział, przeciągnęłam do siebie także Marika. Od tamtej pory ufałam mu jak sobie i ani razu tego zaufania nie zakwestionowałam.

Uroda Soboty zwracała kobiecą uwagę. Wysoki, dobrze zbudowany brunet z zielonymi oczami, był wyjątkowo uśmiechnięty i sympatyczny. Mógłby bez trudu łamać dziewczęce serca, gdyby miał odpowiedni typ osobowości. Ale Marik unikał problemów, wystarczały mu książki i własne towarzystwo, a w wolnym czasie wolał pędzić po trasach na sportowym motocyklu.

Z powodzeniem zajmował uwagę dziewczyn z działu, zabawiając je historiami, które oczytanemu Marikowi nigdy się nie kończyły, a przy tym potrafił ze wszystkimi zachować dystans. Ze wszystkimi oprócz wiernej przyjaciółki. Krótko mówiąc, dla mnie był swoim człowiekiem i, jak wszyscy moi ludzie, nie znosił mojego chłopaka.

Po prostu go nie cierpiał!

Biurko Soboty stało obok mojego i powiedział cicho, kiedy postawiłam torbę na biurowej szafce obok drukarki i zaczęłam się rozbierać:

— Nasz Omeżek już jest. Przyjechał razem z Reginą, biznesowy jak moje teczki, i już wali kopytem. Dwa razy do nas zaglądał, pytał o ciebie. Przyczepił się do mnie, czemu twój telefon nie odpowiada.

— Arnold? — zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na wieszaku. Spojrzałam na przyjaciela. — A czemu do ciebie? — zdziwiłam się. — Zwykle udajecie, że się nie widzicie.

I to „zwykle” trwało nie pierwszy rok. Ale dzięki Bogu syn Reginy rzadko bywał w biurze, a jeśli już przyjeżdżał, to spędzał parę godzin w gabinecie matki, po czym zabierał mnie na obiad i wyjeżdżał w „pilnych sprawach”, czasem zabierając ze sobą także Ałłoczkę.

— No to ja go zapytałem, czy przypadkiem nie myśli, że nocowałaś u mnie? — Marik uniósł brew.

Właśnie zdjęłam okulary i wytrzeszczyłam oczy.

— Tak mu powiedziałeś? Przecież on żartów nie rozumie!

— A co ja jestem, biuro informacji? — prychnął Sobota. — To nie mój problem, że nie śpicie razem. Mnie osobiście robi się niedobrze nawet od myślenia o tym. No, wiesz – o waszym seksie.

— Wody! — Marik uniósł rękę, udając, że cierpi z pragnienia i pije z butelki. — Zlituj się, nienasycona istoto, potrzebny mi przystanek!

Rozumiałam. I tylko Marikowi mogłam pozwolić na coś takiego. Dlatego chwyciłam ze stołu pierwszy lepszy skoroszyt z papierami i trzepnęłam go nim w czoło.

— Zamknij się!

Ile razy, złoszcząc się na siebie i swoje głupie relacje z Mierzlajewem, żaliłam się przyjacielowi przy kieliszku martini, jakim cudem wpakowałam się w związek z nim.

Nie, oczywiście wiedziałam „jak”. Teraz mogłam już bez domysłów założyć, że mnie, jeszcze niedoświadczoną dziewczynę, Regina omotała i przygarnęła do siebie. Nie bez powodu moja dyrektorka, gdy tylko zmieniłam koncepcję pracy wewnątrz zespołu i zaczęłam przynosić agencji pieniądze, przybliżyła mnie do siebie.

A kiedy pewnego razu, z prostoty ducha, zająknęłam się, że marzę o otwarciu własnej agencji reklamowej – zaprosiła mnie do domu i „nieoficjalnie” poznała z synem.

Regina, niczym swatka, opiekowała się nami i zasypywała aluzjami. Podsuwała mi Arnolda. Szeptała do ucha, że dziewczyna bez rodziców nie może płynąć przez życie jak bezpański liść. Że potrzebuję silnego i niezawodnego ramienia. Dobrego chłopaka, na którym zawsze będę mogła polegać.

Rozpieszczony matczyną opieką, próżny i jednocześnie leniwy Arnold zupełnie nie pasował do tych parametrów, ale nie byłam przyzwyczajona do męskiej uwagi i nie od razu rozpoznałam drobiazgi. A poza tym pojawiła się u mnie porządna pensja i pochlebiała mi uwaga tak pewnej siebie, doświadczonej kobiety jak Regina.

Jej bliźniacze dzieci były do niej podobne. Cała trójka z ostrymi podbródkami, ostrymi nosami, ciemnowłosa i lekko nadęta.

A może nawet nie lekko. Niewiele dotykałam życia rodziny Mierzlajewów poza pracą. I nawet później, kiedy ja i Arnold zostaliśmy parą, nasze relacje kleiły się z trudem. Nie lubiłam bywać u nich w domu, a Arnolda drażniła moja Żeńka, która na widok Mierzlajewa krzywiła nos, jakby zepsuł powietrze. Więc spotykaliśmy się najczęściej w pracy, a czasem – gdzie popadnie.

Nasz pierwszy raz był tak niezręczny i okropny, że przez dwa miesiące do siebie nie podchodziliśmy. Uznałam już, że między nami wszystko się skończyło i można dalej płynąć jak bezpański liść, dopóki nie wmieszała się Regina.

Nie, ze mną nie rozmawiała, ale z synem – zdecydowanie. I jak każda młoda, niedoświadczona dziewczyna zrozumiałam to dopiero po fakcie, analizując ponownie rozbudzone uczucia jej syna do mnie. I nasz drugi raz. Już nie tak okropny jak pierwszy, ale do fajerwerków emocji nawet się to nie zbliżało. Bardziej do atrakcji pod tytułem „Zróbmy to już na szybko”, kiedy trafiłaś do klubu rozrywek dla dorosłych i trzeba tej dorosłości sprostać.

W zeszły Nowy Rok upiliśmy się z Marikiem tequilą w barze „Czerwona Dupa” (który w rzeczywistości nosił nazwę „Czerwona Morela”, ale szyld najmniej ze wszystkiego przypominał morelę), wyściskaliśmy się po bratersku i opowiedzieliśmy sobie o swoim „pierwszym razie”.

Boże, najpierw płakaliśmy z litości, a potem rżeliśmy do łez jak konie, niczego nie ukrywając.

Krótko mówiąc, przy okazji ja też miałam czym dźgnąć Sobotę.

Powiesiłam płaszcz w szafie i usiadłam przy stanowisku pracy. Włączając komputer, cicho zauważyłam do przyjaciela:

— Marik, ty kiedyś dobijesz Arnolda i Regina cię zwolni.

Chapter 2 / 10 · Page 3 of 4