Rozdział 2
— Nie, Wietrowa, ty kiedyś rzucisz swojego Omeżka, otworzysz agencję reklamową i zrobisz mnie swoim zastępcą. Obiecuję harować bez wytchnienia i nazywać cię wyłącznie Bossową!
— To propozycja?
— Tak, miej to na uwadze.
— Dobrze — poważnie wypuściłam powietrze i schowałam bolącą nogę pod biurko — możliwe, że pomyślę. Kiedyś… nie teraz!
Marik nadal na mnie patrzył, kiedy otwierałam pliki robocze, udając, że zamierzam pracować, chociaż cały zespół miał dziś tylko jedno zadanie – podpisać kontrakt i rozpocząć tydzień pracy od firmowego bufetu. I nie wytrzymałam:
— Sobota, zaraz dziurę we mnie wywiercisz! Nie zamierzam biec do Arnolda, zadowolony? Jak będzie trzeba, przyjdzie trzeci raz.
— Ty za nim nigdy nie biegałaś. Mnie interesuje co innego.
— Co takiego?
— Dlaczego twoja komórka nie odpowiada i co z twoją nogą. Giela — Marik spoważniał. Właściwie to potrafił. — Co się stało? Masz po prostu fatalny nastrój.
— Aż tak widać?
— Dla kogoś, kto cię zna – tak.
Nastrój miałam jeszcze gorszy, ale starałam się trzymać. I zanim opowiedziałam przyjacielowi o swoim katastrofalnym poranku, wymieniłam się z dziewczynami wiadomościami z pracy. Nie było ich wiele, ale coś przemyślałam w domu przez weekend i teraz wprowadzałam zmiany do zadań roboczych.
Poza Koreańczykami mieliśmy bieżące projekty i przy jednym z nich wyświetliłam na wspólnym monitorze nowy scenariusz z propozycją, żeby go rozważyć. Nagle przyszło mi do głowy, żeby zmienić wszystko – od logo po spot reklamowy. Od sloganu po kolory firmowe.
— Dziewczyny — zwróciłam się do swojego sześcioosobowego zespołu — czekam na wasze uwagi i propozycje do końca dnia pracy. Rysujemy i piszemy wszystko, co przyjdzie do głowy! Dalej pokażę, co wymyśliłam. Firma-klient w starej odsłonie się wyczerpała, w tym tkwił problem. Potrzebny im pełny rebranding!
— Lina, ale „Agromars” będzie przeciw — zauważyła graficzka Larisa, bardzo obowiązkowa i poważna dziewczyna około trzydziestki. Nasz główny człowiek-argument na rzecz „minusa”. — To spore wydatki dla firmy.
— A ja się zgadzam z Liną. No i co? Jeśli zdecydowali się na zmiany, to czemu nie na radykalne? — pospieszyła z odpowiedzią Kristina, specjalistka od tekstu i człowiek-argument na rzecz „plusa”. — Ważny jest rezultat! Zobaczysz, zmienią zdanie, kiedy stworzymy im nową twarz i nowe życie!
— Właśnie! — przytaknęłam. — Zuchy, dziewczyny! Czyste jak biała kartka. Dlatego logo firmy powinno być białe! Budzić zaufanie. Przyciągać czystością i nieskazitelnością reputacji! Żadnego złota w duecie. Proste i naturalne kolory. Zrozumiałe słowa. Czasy się zmieniają, ludzie nie chcą płacić za to, czym kiedyś się rozczarowali.
— I powiesz to „Agromarsowi” w twarz? — na twarzy samej Larisy wciąż widać było wątpliwość, ale położyła już rękę na tablecie graficznym i otwierała program roboczy. — Regina znowu zrzuci negatyw na ciebie, a sama umyje ręce.
Wzruszyłam ramionami, doskonale wiedząc, że tak właśnie będzie.
— Powiem, Laris. W końcu po to do nas przyszli i płacą nam, żebyśmy rozwiązali ich problemy. Powiem, bo inaczej odmówię odpowiadania za porażkę reklamy.
— A kawa, Lin? Wypijemy? Czekałyśmy na ciebie godzinę.
— Dobrze, dziewczyny. Wszyscy dziesięć minut przerwy na kawę i pracujemy!
Właśnie w te dziesięć minut, przy gorącym espresso, opowiedziałam Marikowi o swoim podłym poranku i przygodach z kotem oraz miotłą.
A potem otworzyły się drzwi i zjawił się Arnold. I z jakiegoś powodu dzisiaj zupełnie nie chciałam go widzieć.