SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/10 · Page 1 of 330%

Do Marika zadzwoniłam już z ulicy. Poprosiłam, żeby przyniósł mój płaszcz i rzeczy. Wszystko, co zdoła zabrać. Wrócić do działu, któremu oddałam cztery lata życia, nie potrafiłam.

Jak spojrzę dziewczynom w oczy? Co powiem? Jak wyjaśnię, dlaczego straciłam kontrakt i przepuściłam perspektywy?

Oskarżenia, które Mierzlajewa rzuciła mi w twarz, dosłownie mnie zniszczyły. Zwłaszcza jej lodowate „Jesteś zwolniona”.

Ale skłamię, jeśli powiem, że mnie zaskoczyły. Nie. Zawsze domyślałam się, że Regina żyje według zasad, które są dalekie od życiowych pryncypiów zwykłych ludzi. Ale dopóki te zasady mnie nie dotyczyły, starałam się ich nie zauważać, obejmując kierownictwo nad swoim niewielkim działem. W końcu byliśmy tylko pracownikami najemnymi, a plotki o tym, jak dokładnie naszej właścicielce przypadła agencja reklamowa (i przez kogo po drodze przeszła), pozostawały plotkami.

Jednak usłyszeć, że Mierzlajewa, jak się okazało, ode mnie też oczekiwała podobnych kroków… Pamiętać, o co dokładnie wyrzuciła mi w obecności swojego syna, a on milczał – było obrzydliwe i bolesne.

Tak, kiedyś przyszłam do niej z ulicy, a ona przyjęła mnie do pracy. Ale nie dlatego, że zrobiło jej się mnie żal, i oczywiście nie dlatego, że okazała się człowiekiem z sercem. Tylko dlatego, że nie mogła płacić doświadczonym specjalistom, a ja zgodziłam się zacząć od małego.

I nigdy nie przyszłam do niej jako nędzarka. Przyniosłam ze sobą dyplom i wiedzę. Energię, której agencji brakowało, a także ogromne pragnienie tworzenia wyjątkowych projektów. Najlepszej reklamy! I uczciwie pracowałam na dobro „Regina-style”.

To dlaczego właśnie dziś się potknęłam?

Tak, projekt z Koreańczykami był jak „Jackpot”, wart kilka milionów i mógł potrwać niejeden rok. Ale starałam się go zdobyć…

Pan Song, współzałożyciel koreańskiej marki „Choki Woki”, zachowywał się jak bogaty i rzeczowy człowiek. Cała ta gadka o jego aluzjach i deserach to bzdura. Żałosna próba Reginy usprawiedliwienia porażki. Uraza, że konkurenci nas obeszli.

Ale jakichkolwiek podłości Mierzlajewa by nie nagadała, w jednym miała rację – to ja przygotowałam lwią część prezentacji. To ja zajmowałam uwagę Koreańczyków. To ja budowałam strategię współpracy i to ze mnie ostatecznie zrezygnowali.

Naprawdę okazałam się nieprzekonująca i wszystkich zawiodłam.

Przeceniłam siebie?

Możliwe.

Ale byłam pewna sukcesu i w tej pewności nawet nie przyszłoby mi do głowy dzielić się informacjami z konkurencją. Po co? Tym bardziej że nie mam żadnych kontaktów z „Imperial-KUB”. Po prostu nie mogło ich być, bo od uniwersytetu nie znoszę Maksima Orłowskiego.

Oczywiście nikomu o tym nie mówiłam, nawet Marikowi. Wszyscy jesteśmy dorośli i każdy ma swoje sekrety… Ale oskarżyć mnie o to, że wiedziałam o zerwaniu kontraktu i dlatego się spóźniłam, po mojej lojalności wobec agencji, było podłe.

Jak Mierzlajewowie w ogóle mogli coś takiego wymyślić?

Jak… jak mogli mnie zwolnić?!

I dlaczego Arnold do tej pory nie zszedł i mnie nie znalazł?

 
Kiedy Marian przyszedł, zdążyłam już zmarznąć na parkingu. Zaczął padać lekki śnieżek. Noga rozbolała się, więc usiadłam prosto na zderzaku swojego „porsche” i objęłam się ramionami.

Sobota wyszedł z budynku w rozpiętej kurtce, z dwiema torbami na ramionach i kaskiem motocyklowym w ręku. Podszedł, podał mi płaszcz i postawił jedną z toreb na bagażniku.

— Giela, no i czemu nie wsiadłaś do samochodu? Przeziębisz się.

— Nie pytaj — odpowiedziałam chłopakowi martwym głosem. — I jestem Lina, zapomniałeś? Umawialiśmy się.

Wzięłam płaszcz, zsunęłam się z bagażnika i narzuciłam go na siebie. Ręce mi drżały, a na Marika wstyd było patrzeć.

— W pracy jesteś dyrektorką z zadęciem, Wietrowa, a tutaj dziewczyną, którą znam sto lat. I nie pociągaj nosem. Siadaj do samochodu i po ludzku opowiedz, co się stało.

Nie chciałam wspominać. Tylko tego brakowało, żebym się rozryczała.

— Czyli już wiesz, że mnie zwolnili?

Marik smutno kiwnął głową.

— Tak. Regina na górze miota się i wścieka – wszyscy pochowali się jak myszy. W takim tempie do wieczora rozniesie pół agencji. Już swoją sekretarkę doprowadziła do łez – ryczą razem z Ałłoczką. Powiedziała, że zawaliłaś kontrakt z Koreańczykami i sprzedałaś informacje „Imperial-KUB”…

— Kłamstwo! — wyrwało mi się protestująco, ale zupełnie żałośnie.

— Wiem. A jeszcze ostrzegła, że jeśli ktoś przy niej ośmieli się wspomnieć twoje imię i utrzyma z tobą kontakt, może od razu żegnać się z miejscem pracy.

 
Wyjęłam z torebki brelok od samochodu i zamarłam z nim w ręku, niezdolna cokolwiek zrobić. Ta wiadomość wstrząsnęła mną bardziej niż samo zwolnienie.

Mój piękny zamek sukcesu nie tylko pękł, okazał się z piasku i rozsypał na moich oczach.

Wkrótce nie zostanie nawet moje imię, nie mówiąc już o drodze powrotnej.

— Przepraszam, Marian — bezsilnie wypuściłam powietrze. — Nie spodziewałam się czegoś takiego po Reginie. Skrzywdzenie ciebie i dziewczyn nie było na mojej noworocznej liście życzeń.

Marik odebrał mi brelok i sam otworzył „porsche”. Zostawiwszy drzwi otwarte, obszedł samochód i włożył do środka moją torbę. Usiadłszy na fotelu pasażera, wpatrzył się we mnie współczującym wzrokiem.

— No, opowiesz, co się stało w sali konferencyjnej, Giela? Siadaj, bo zaraz cała „Galaktyka” będzie się na nas gapić z okien.

Usiadłam. Trzasnęłam drzwiami. I opowiedziałam.

 
Nie wszystko. O pretensjach Mierzlajewej dotyczących „zmarnowanego weekendu z panem Songiem” wspomniałam skąpo. Niezręcznie było mówić o czymś takim chłopakowi, ale czegoś Sobota domyślił się sam.

Pomilczeliśmy.

— Wierz albo nie, Angelina, ale wszystko dzieje się na lepsze — niespodziewanie powiedział Marik. — Ktoś musiał przerwać błędne koło „ty i Mierzlajewowie”, zanim całkiem cię w sobie rozpuszczą. Więc czemu nie Koreańczycy? — Spojrzał na mnie. — Naprawdę myślisz, że życie się skończyło?

Nie myślałam. Wiedziałam.

— Coś w tym rodzaju — odpowiedziałam. — Regina zmiesza moją reputację z błotem, jeśli gdziekolwiek się pojawię. A ty?

— No, oczywiste, że trudno będzie znaleźć nową pracę. Lubiłem tutaj.

Mrugnęłam na Marika. I tak, przez łzy.

— Sobota, chyba nie przyszło ci do głowy zwolnić się przeze mnie? — wymamrotałam. — Nie trzeba!

— Oczywiście, że nie! — prychnął chłopak. Uniósłszy rękę, położył palce na kasku i spojrzał w przednią szybę. — Przez ciebie nawet bym nie pomyślał! Ale przez warunki – tak. — Nagle zrobił się bardzo poważny i bardzo zły. — Nie jestem jej Omeżkiem, żeby za mnie decydowała, z kim mam rozmawiać!

Bałam się o to zapytać, ale oczywiście zrozumiałam, gdy tylko zobaczyłam w ręku Mariana kask motocyklowy i drugą torbę, że on też odszedł z agencji.

— Coś wymyślimy, Sobota. Obiecuję! — obiecałam przyjacielowi, zupełnie nie czując w sobie tej pewności.

Tej właśnie pewności, którą usłyszałam od niego w odpowiedzi:

— Nie wątpię w to ani przez sekundę, Wietrowa. Tylko nie zwieszaj nosa!

*** 

Z Marikiem pożegnaliśmy się na parkingu i, umówiwszy się, że zadzwonimy do siebie, rozjechaliśmy się do domów.

Był jeszcze dzień, czułam się moralnie zmiażdżona i prowadziłam samochód po szosie okropnie. Pełzłam ulicami miasta jak ślimak, nie zwracając uwagi na kierowców trąbiących ze wszystkich stron.

Chapter 4 / 10 · Page 1 of 3