Rozdział 3
— Angelina, jesteś już na miejscu?! — zabrzmiało jednocześnie niecierpliwie i z ulgą. — No nareszcie!
Drzwi do działu się otworzyły i wszedł długi, chudy Mierzlajew w garniturze i krawacie. Po drodze do pracy zdążył zajechać do fryzjera na ułożenie włosów, więc teraz cienkie włosy Arnolda sterczały nad czołem, jakby przeżył spotkanie z huraganowym wiatrem. A ostre rysy twarzy wyrażały nie biznesową surowość, do której zawsze dążył, lecz raczej zdziwienie.
Przeszedł przez biuro, zatrzymał się przy moim stole i położył rękę na blacie. Zaczął niecierpliwie bębnić po nim palcami, dając niedwuznacznie do zrozumienia, że jest niezadowolony.
Zwykle mój chłopak unikał publicznego okazywania mi uczuć, od samego początku dając do zrozumienia, że to nieprofesjonalne i budzi w zespole niezdrowe zainteresowanie. A więc relacje osobiste lepiej przenieść poza biuro. Ale dziś był szczególny dzień i pochyliwszy się, krótko cmoknął mnie w policzek.
— Cześć, Lina.
— Cześć, Arnold.
— Spóźniłaś się.
Uśmiechnęłam się. Wyszło sztucznie. Na widok Mierzlajewa od razu przypomniał mi się nocny koszmar i smak brudnych liści w ustach.
A także słowa, które powiedziałam Żeńce. Nie wiem, może naprawdę winna była miotła, ale obrazki przed oczami nagle ułożyły się w niezbyt przyjemną rzeczywistość. Perspektywa przyszłości z Arnoldem teraz mnie przygnębiała i nagle zapragnęłam porozmawiać z nim od serca.
Po co to wszystko? Te pocałunki w policzek, jakby kradzione. Rzadkie spotkania w szalonym grafiku pracy. Dość zabawy w kartonowy związek. Zawsze rozumieliśmy, że między nami nie ma żadnych „szczególnych” uczuć.
Czy mogą być między „zakochanymi”, którzy nawet nie życzą sobie dobrej nocy?
Jakiś dziwny miałam dziś nastrój i wyrzut Arnolda mnie zabolał. Dlatego odpowiedziałam sucho i powściągliwie:
— Tak, spóźniłam się. Tak wyszło. Ty zawsze się spóźniasz albo w ogóle nie pojawiasz się w biurze, i co? Planeta nie zeszła z orbity.
Mierzlajew nie spodziewał się takiej odpowiedzi, tym bardziej po pocałunku, i zamarł.
— Ale mama… — zaczął niepewnie, jednak w porę poprawił głos. — Khm! — kaszlnął nisko. — Regina się martwi. Prosiła zapytać, czy tezy do prezentacji są gotowe na wypadek, gdyby klient chciał jeszcze raz wszystko omówić. Prawnik już przygotował potrzebne dokumenty i ogólnie… nie możemy dopuścić do błędu.
— Rozumiem.
Odwróciwszy się od Arnolda, otworzyłam pocztę i dysk wirtualny.
— Tak, są gotowe. Poczekaj parę minut. Wszystko jest na dysku, zaraz wyciągnę i wydrukuję.
— Czemu twój telefon nie odpowiada? — burknął mój chłopak, kiedy przenosiłam plik do pamięci służbowego komputera, pozostawiwszy jego strój bez komentarza. — Wiesz, że Koreańczycy opóźniają spotkanie o godzinę?
— Opóźniają? — tego się nie spodziewałam i podniosłam na niego oczy. — Po co? Jakoś to wyjaśnili?
— Nie. — Arnold spoważniał. — Po prostu odwołali spotkanie w restauracji i przenieśli je do sali konferencyjnej „Astorii” na trzynastą.
— Dziwne — zdziwiłam się. — Klienci sprawiali wrażenie ludzi punktualnych i odpowiedzialnych.
— Właśnie, Angelina! Plany się zmieniają, a ja nie mogę się z tobą skontaktować! Do tego spóźniasz się bez uprzedzenia. Nie uważasz, że to nienormalne?
Wszystko, co przydarzyło mi się dziś rano, było nienormalne, ale kogo obchodzą cudze problemy? Arnold patrzył prosto na mnie, ale mnie nie widział. Ani mojej bladej twarzy, ani nastroju. Dla niego pozostawałam powłoką ich rodzinnego sukcesu i niczym więcej.
— Telefon już odpowiada — odpowiedziałam przytłumionym głosem. — Ja… zapomniałam go naładować.
— Ty zapomniałaś? — cienkie brwi Arnolda podskoczyły do góry i niezadowolony nadął policzki. — Znalazłaś moment. Bardzo krótkowzroczne, Angelina!
Obok Marik odchrząknął i nerwowo kaszlnął, a ja pomyślałam, czy nie pozwalam Mierzlajewowi na zbyt wiele.
Marik kaszlnął jeszcze raz – niżej i głośniej.
Na zbyt wiele.
I dlaczego wcześniej nie chciałam się do tego przed sobą przyznać? Do tego, że wyglądam jak szmata.
Wstałam. Z Mierzlajewem rozmawialiśmy niezbyt głośno, ale kiedy między ludźmi pojawia się napięcie, dźwięk nie jest mu potrzebny. Rezonuje niewidzialnymi falami i zawsze widać je dla cudzych oczu. No i dziewczyny przy biurkach ucichły.
— Arnold, postanowiłeś zrugać mnie przed moim działem? — zapytałam chłopaka wprost, ściszając głos. — Może porozmawiamy o mojej krótkowzroczności na osobności? I przy okazji o sprawach osobistych też możemy porozmawiać. Wydaje mi się, że czas.
Podeszłam do drukarki, wydrukowałam kartkę z tezami i znów odwróciłam się do Arnolda.
— Proszę, trzymaj — powiedziałam, podając mu papier. — Przekaż Reginie i Ałle, niech zwrócą uwagę na tabelę, tak łatwiej się orientować. I powiedz im, że zejdę do sali konferencyjnej zaraz po was. Po prostu zadzwoń do mnie, okej?
Wiedziałam, że przy całym moim zaangażowaniu w sprawy agencji jej właścicielka, pani Mierzlajewa, nie znosiła, kiedy którykolwiek z podwładnych ściągał kołdrę na siebie, dlatego na wszystkie ważne spotkania pierwsze zawsze stawiały się ona i Ałłoczka.
Ale jaka tam tabela! Arnold stał i wstrząśnięty patrzył na moje nogi.
I wcale nie tak, jak patrzył, kiedy były nagie, a ja miałam nastrój, żeby mu je pokazać.
— Lina! — brwi Arnolda podskoczyły jeszcze wyżej niż wcześniej. — Dlaczego jesteś w adidasach?!
Tak, tutaj wszyscy przywykli widzieć mnie inną, ale przecież ludzie mają krytyczne dni w każdym sensie!
Rozzłościłam się. Jeszcze cicho, ale poważnie.
— Bo tak mi wygodnie — odpowiedziałam wymijająco, biorąc pod uwagę, że dziewczyny nadal przysłuchiwały się każdemu mojemu słowu, a opowiadać o czarnym kocie nikomu więcej nie zamierzałam. — Przepraszam, ale na obcasach dziś nie jestem w stanie stanąć.
Dla mnie dobrą wiadomością było już to, że nie kulałam, a dzięki blokadzie przeciwbólowej mogłam pojawić się na spotkaniu z Koreańczykami, nie wywołując zbędnych pytań.
— Ale ty jesteś twarzą agencji, Wietrowa!
— A mimo to dzisiaj ta twarz będzie w adidasach.
Arnold odwrócił się i wyszedł. Drzwi trzasnęły. Dziewczyny usilnie udawały, że pracują, ale komuś jednak się wyrwało:
— No to pięknie! Szykujcie gaśnicę. Pobiegł poskarżyć się mamusi!
— Czemu od razu poskarżyć — poważnie zauważył Marik w powstałej ciszy. — A może nasz główny brand manager wreszcie sobie przypomniał, że jest mężczyzną, i postanowił wziąć odpowiedzialność za spotkanie na siebie?
Tym razem skoroszytem do Soboty nie dało się dosięgnąć, więc rzuciłam w Marika papierowymi serwetkami.
Nie trafiłam. Tylko naciągnęłam rękę i wszystko rozsypałam.
Nawet w tym dzisiaj nie miałam szczęścia!
***
Arnold zadzwonił za trzy minuty trzynasta i poinformował, że on, Regina i Ałła zeszli już na drugie piętro centrum biznesowego „Galaktyka” i idą w stronę sali konferencyjnej.
— Dobrze, zrozumiałam. Będę za jakieś dziesięć minut.
— I weź ze sobą kilka folderów reklamowych. Trzeba jakoś usprawiedliwić twoje spóźnienie.