SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Chapter 7/10 · Page 3 of 465%

— Ponieważ to dla mnie prawdziwy zaszczyt pracować w tak znanej i dużej agencji jak państwa! — nie zachwyciła mnie energiczną odpowiedzią nieznana Lucjena.

— Jestem szczęśliwa, że mogę poznać tak perspektywicznego kierownika jak Maksim Bogdanowicz! Tyle o nim słyszałam i tak podziwiam jego sukcesy, że nie mogłam przepuścić szansy trafienia do państwa zgranego zespołu! To marzenie – być tutaj, w sercu biznesu reklamowego, i budować wspólną przyszłość… pod jego kierownictwem!

A sama patrzy na Maksima i skromnie się uśmiecha. Na pewno już wyobraża sobie w myślach ich roboczy tandem.

Na próżno. Lepiej patrzyłaby na Krapiwinę, wtedy zauważyłaby, jak tej od podobnej perspektywy usta zacisnęły się i popękały.

Ja zaś nie przenosiłam oczu w stronę Ogoniastego Centaura. Powstrzymywałam się. Żeby przedwcześnie nie dobić go teczką z krokodyla!

— W pani CV napisano, że zna pani angielski. Jak dobrze?

— Tak, mam certyfikat poziomu średniego. Całkiem znośnie, żeby porozumiewać się z native speakerami. Oczywiście brakuje mi doświadczenia, ale jestem w procesie ciągłej nauki!

Standardowo. Nudno. Przewidywalnie.

— I czemu od razu nie zadać pytania po angielsku i nie ocenić odpowiedzi? — wymamrotałam po angielsku, podejrzliwie patrząc na Krapiwinę.

A ona sama go w ogóle zna? Coś wątpię.

Ale podejrzewam, że na kartce przed nią jest jeszcze mnóstwo „ciekawych” pytań!

— Pani hobby? Proszę nam o nim opowiedzieć. — To pytanie zadał trzeci człowiek z ekipy szefostwa, dyrektor do spraw zarządzania i finansów o imieniu Jurij Kopiejka. Jeszcze młody, ale już łysiejący mężczyzna około trzydziestu pięciu lat. Bardzo zwinny i pojętny typ, z którym kilka razy wcześniej się krzyżowaliśmy.

Ale jego pytanie… Oni tu grają w bierki?

— Serio?!

Ups. Chyba powiedziałam to na głos. No, dzisiaj mi wolno. Nerwy mi szaleją!

— Słucham? — brunetka natychmiast się spięła, po kruczemu szarpiąc głową w moją stronę. — To przechodzi wszelkie granice! Kochaniutka, jest pani pewna, że trafiła pod właściwy adres, a nie do teatru? Tutaj nie wykrzykuje się kwestii i nie wtrąca didaskaliów, kiedy nikt pani nie prosi!

Kiedy nikt mnie nie złości, zawsze zachowuję się wyjątkowo uprzejmie. Ale dziś przypadek jest wyjątkowy.

— Och, przepraszam! — pospieszyłam szczerze przeprosić. — Po prostu przywykłam do poważniejszych pytań. Widzi pani, hobby to bardzo, bardzo osobista sprawa! Ja na przykład zbieram znaczki. Ale czy jest pani pewna, że to jest „to”, czym powinnam dzielić się z nieznanym zgromadzeniem? A gdybym była fetyszystką? Właśnie popchnęłaby mnie pani do kłamstwa!.. Rozumie pani, istnieje różnica między etyką korporacyjną a osobistą… I przede wszystkim poważne firmy powinny szanować granice osobiste swoich pracowników. Czy jest pani innego zdania?

Zapytałam i znów poprawiłam okulary, obserwując, jak moje CV płynnie przechodzi z ręki generalnego, czyli starszego Orłowskiego, do ręki piorącej jego pieniążki, to jest do Kopiejki.

— Proszę wybaczyć, Bogdanie Andriejewiczu — niezadowolony burknął ten ostatni — ale chciałbym poznać tego San Sanycza osobiście! Kogo on nam przysłał?

— Lepiej, Jura, zapoznaj się z jej CV — zauważył główny boss. — Sądząc po nim, przysłano nam najlepszego specjalistę w tej „Galaktyce”.

Właśnie!

Pobłażliwie uśmiechnęłam się do mężczyzn, pokazując, że wcale nie mam nic przeciwko temu, by przestudiowano moje „dossier”. Ba-ardzo mi to odpowiadało! Tym bardziej że cała uwaga znów przełączyła się na moją osobę.

— Proszę posłuchać, Gilotyno…

— Gielotyno! Ale można po prostu Giela. Widzi pan, pełne imię zostawiam wyłącznie dla wrogów!

— Giela — zwrócił się do mnie starszy Orłowski. — Skoro tak, jeśli pani wie lepiej od moich podwładnych, jak przeprowadzać rozmowę kwalifikacyjną w tym gabinecie, proszę zadać pytanie swojej potencjalnej koleżance. Słuchamy uważnie.

Proszę bardzo!

Zatrzepotałam rzęsami i z gotowością odwróciłam twarz do długowłosej kandydatki – tej ze średnim angielskim. Usłyszawszy propozycję, dziewczyna z niedowierzaniem zerknęła na moje malinowe podkolanówki z zielonymi rombami, jak patrzy się na gąsienicę, która spadła na cudzy kostium.

Oj, wielkie rzeczy! To ona jeszcze brudnych liści nie jadła!

— Lucjeno — zaczęłam miło — proszę opisać swoje działania jako sekretarki dyrektora wykonawczego, jeśli pani szef jest zajęty, a do niego z pilną wizytą spieszy, powiedzmy… dyrektorka do spraw obsługi klientów! A najlepiej od razu razem z dyrektorem do spraw finansów! Wyobraża sobie pani, nie zgadza im się roczny raport!

Kopiejka z Krapiwiną zgodnie parsknęli. Niby: co ona sobie pozwala! A starszy Orłowski zabębnił palcami po stole.

— Oczywiście pospieszę odprowadzić ich do Maksima Bogdanowicza — energicznie odpowiedziała dziewczyna.

— Nieprawidłowa odpowiedź — zaprotestowałam. — Są warianty?

— Zapytam Maksima Bogdanowicza, czy mogą wejść? I jeśli mogą, odprowadzę…

— Nie mogą. Przecież powiedziano pani, że jest zajęty!

— Ale proszę posłuchać — zmieszała się kandydatka — oni są dyrektorami! Drugimi osobami w agencji. Mogą mieć pilny powód wizyty!

— Mogą — zgodziłam się. — Więc czemu najpierw nie dowiedzieć się, jaki? A dopiero potem działać. A jeśli wodzą panią za nos z tym swoim raportem?

— Mnie? To znaczy ja mam się dowiedzieć? — Lucjena całkiem się pogubiła. Pozostałe dziewczyny też patrzyły na mnie uważnie z dziwną mieszaniną obawy i niezadowolenia na twarzach.

— Oczywiście. Niech najpierw powiedzą, czego chcą!

— Ale jestem zwykłą sekretarką!

— Nie tylko! — pewnie zaprzeczyłam. — Jest pani strażniczką czasu i zdrowia swojego szefa. A więc i całego zespołu! Można powiedzieć, najpotrzebniejszą osobą w firmie! A jeśli komuś oprócz szefa nie podoba się pani podejście do pracy – to jego problem.

— No wie pani…

— Lucjeno, nic osobistego, po prostu doświadczenie! A pani wyraźnie brakuje doświadczenia.

Spojrzałam na nią, westchnęłam i odwróciłam się do stołu. Skupiłam brwi:

— Swoją drogą, chciałabym dowiedzieć się o wysokość pensji sekretarki w „Imperial-KUB”. Czy macie państwo premie? Mam nadzieję, że nadgodziny są płatne?.. Jeśli trzeba, mogę konsultować także w sprawach reklamy — bezwstydnie poinformowałam. — Oczywiście przy odpowiedniej pensji.

Czy trzeba mówić, że kandydatki siedzące obok były kompletnie przybite, szczerze nie rozumiejąc, co się dzieje i dokąd mnie niesie.

Osobiście też tego nie wiedziałam, ale hamować nie zamierzałam. Przecież dopiero brałam rozpęd!

— Konsultować? Wątpię, żeby pani cokolwiek rozumiała z reklamy! — jadowicie zauważył Kopiejka, nerwowo stukając długopisem o stół.

A jeszcze dziesięć minut temu siedział za nim jak w restauracji „Riwiera”, bezwstydnie oglądając kobiece kolana potencjalnych sekretarek.

— Ja też wątpię! — w tym samym tonie oburzyła się Krapiwina, zwracając się do głównego Bossa. — Czy pan nie widzi? Przed nami stoi zupełnie bezczelna osoba! Bogdanie Andriejewiczu, od razu mówiłam, że nic z tego pomysłu nie wyjdzie! Tym bardziej że Maksim też jest przeciw!

Co? A to niespodzianka.

Nie zrozumiałam.

Pytająco zerknęłam na brunetkę, a potem na głównego. To potrzebują sekretarki czy nie?

— No dlaczego od razu bezczelna? — niespodziewanie spokojnie zauważył starszy Orłowski. — Raczej dobrze poinformowana. Sądząc po CV, Gilo… Przepraszam, Giela w wielu dziedzinach jest więcej niż obeznana.

Chapter 7 / 10 · Page 3 of 4