SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Chapter 7/10 · Page 4 of 468%

Nie skromniłam się i przytaknęłam:

— Tak właśnie jest. Co konkretnie państwa interesuje? Zarządzanie, design, praca z mediami? Jestem gotowa odpowiedzieć na każde pytanie.

Ale mężczyzna nie byłby sobą, gdyby nie zadał mi nieoczekiwanego pytania:

— Gdzie pani wcześniej pracowała?

— Eee, poza tym. To informacja tajna — odpowiedziałam, dając sobie sekundę do namysłu. — Może porozmawiamy o obiegu dokumentów i ustawianiu potrzebnych procesów? Jestem pewna, że w państwa agencji są więcej niż dopracowane i interesujące.

— Nie, interesuje mnie, dlaczego tajna? — nalegał mężczyzna.

A niech go!

— Bo osobista.

— A mimo to proszę opowiedzieć.

No cóż...

— Widzi pan… — zaczęłam wymyślać na poczekaniu (starszy Orłowski umiał naciskać) — zanim trafiłam do państwa, musiałam uciekać z poprzedniego miejsca pracy. A wszystko dlatego, że mój były szef i jego zastępca pobili się o mnie jak koguty! Oferowali rękę i serce! Musiałam się ewakuować przez okno i schodzić po drabinie pożarowej. Proszę, nawet nogę skręciłam – dobrze, że nie obie naraz! I oczywiście zostałam bez listu polecającego. Ale dzięki San Sanyczowi, poratował!

— Jak interesująco.

— Niezbyt. Jeszcze dokumenty ukradli. Sama seria pecha.

— A u nas, znaczy, ta seria się kończy? Skoro przyszła pani do nas, Giela?

— A u państwa jestem pewna, że żadne miłosne przygody mi nie grożą.

— Dlaczego? — brew mężczyzny uniosła się. — Mamy tu dość młody zespół, jeśli pani zauważyła.

— Zauważyłam — kiwnęłam głową, naciągając uśmiech. — I jako przyzwoita dziewczyna nie zamierzam kręcić romansów w miejscu pracy. O nie! Wolę rozwiązywać zadania robocze i rozplątywać problematyczne węzły. Wykonywać polecenia i pilnować ogólnego regulaminu zespołu. U mnie w sekretariacie zawsze jest taki porządek, że ho ho!… — błysnęłam zębami, ale zaraz przywróciłam twarzy powagę.

— Poza tym pański dyrektor zupełnie nie jest w moim typie! — poinformowałam, odwróciłam głowę i po raz pierwszy obrzuciłam Maksima Orłowskiego oceniającym spojrzeniem. Na wszelki wypadek nawet poprawiłam okulary, spotykając orzechowe spojrzenie zmrużonych oczu. — Nie lubię owłosionych mężczyzn.

Odwróciwszy się do jego ojca, zakończyłam:

— Ja bym wolała pogłaskać kotki… krótkowłose! No więc co, zaczniecie państwo mnie testować czy mam jeszcze posiedzieć w kolejce?

Starszy Orłowski milczał, nadal mnie studiując, i pierwszy poddał się finansista Kopiejka.

— Nie trzeba siedzieć — zirytowany wtrącił swoje „pięć groszy”. — Myślę, Wietrzyk, że pani do nas nie pasuje. Wszystkiego dobrego! Następna… kto tam u nas? Kiro, odczytaj imię na głos, proszę.

Ale na próżno spieszył się, żeby się mnie pozbyć. Osobiście nie zamierzałam się żegnać. Dlatego wstałam i opuściłam teczkę. Podniosłam rękę jak dziennikarka na konferencji prasowej.

— No co znowu?! — Kopiejce od irytacji spociły się zakola.

— Przepraszam, czy mogę otrzymać rozszerzoną odmowę? Potrzebuję jej dla San Sanycza, razem z pańskim nazwiskiem! W czym dokładnie nie pasuję? Mojej kompetencji państwo nie sprawdzili, więc jest inny powód. Jaki? Nie odpowiada państwu mój wiek, wyznanie, wzrost, waga albo, nie daj Boże, wygląd?.. Co państwa nie urządziło? Bo jeśli to ostatnie...

— Co pani ma na spódnicy, Wietrzyk? Znaczek „Mistrz Yoda”?

Szykowałam się do poważnej walki o stanowisko sekretarki, więc nie byłam gotowa na to, że usłyszę obok siebie niski, z dudniącymi nutami głos Maksima Orłowskiego.

Postanowił opuścić miejsce przy oknie i podszedł bliżej, zmuszając mnie do urwania pretensji w pół obrotu.

Odwróciłam się i spojrzałam w twarz młodego mężczyzny.

— Tak. Wielki mistrz zakonu Jedi. Jestem fanką „Gwiezdnych wojen”.

— Wygląda na to, że nie tylko. A to znaczek „Peron dziewięć i trzy czwarte”?

— Szkolna fascynacja „Harrym Potterem”.

— Jednorożec?

— Zbyt uważnie ogląda pan moją spódnicę.

— Cóż, pani obejrzała moje włosy.

— Nie. Inaczej dałabym bardziej rozbudowany komentarz.

— Kawa?

— Trzy filiżanki dziennie, nie mniej. Znam się na odmianach, wolę etiopską arabikę. „Mokka”, „Maragogipe”, „Bourbon”. Koniecznie średnie palenie. Pije pan z cukrem?

— Bez. Czasami. Częściej wieczorem.

— Taksówka?

— Rzadko. Wolę prowadzić sam.

— Korespondencja? Potrzebny raport?

— Tylko służbowa. Co z pisaniem tekstów i listów?

— Bez problemu. Angielski włącznie. Koreański częściowo. Proszę mu powiedzieć, że mnie rozumie — nie odwracając się, zwróciłam się do Azjaty przy stole i usłyszałam odpowiedź:

— Rozumiem ją, Maks.

— Więc co? Bierze mnie pan? — zapytałam Orłowskiego wprost.

— Chcę najpierw usłyszeć dziesięć argumentów „za”.

Pewny siebie drań. Wie, że taka próba bez trudu zbije człowieka z tropu.

Ale nie mnie i nie dzisiaj. Aż chciałoby się przyłożyć teczką w ten cienki uśmieszek!

I dlaczego on jest taki wysoki?

— Bo jestem wyrazista, oryginalna, obowiązkowa i bystra. Ostrożna, wychowana, przewidująca, pracowita, oczytana, rozsądna, pomysłowa i, co najważniejsze – mądra oraz kreatywna. Szybka, zdyscyplinowana i… ile argumentów pan naliczył? Mam kontynuować?

— Biorę panią, Gielotyno. Stanowisko sekretarki kierownika należy do pani.

No nie?! On mówi serio? I nawet malinowe podkolanówki nie przeszkadzają?

Kopiejka zorientował się pierwszy i wyprowadził dziewczyny z sali. Gdy tylko wyszła ostatnia, przy stole natychmiast poderwała się Krapiwina:

— Co? Bogdanie Andriejewiczu, nie możemy do tego dopuścić! Maksim, zwariowałeś? Ona nie może siedzieć w sekretariacie! Spójrz na nią!

Poczekajcie. Wciąż dochodziłam do siebie.

Nie powinni byli przyjąć mnie tak szybko. Tylko nie Orłowski. Jeszcze z nikim nie powalczyłam naprawdę, a już jestem przyjęta?

Sens słów brunetki dotarł do mnie nie od razu, ale osiadł we właściwym miejscu i odwróciłam się do młodej kobiety.

— Przepraszam? — pospieszyłam zagrać surowość. — Szanowna pani, proszę przestrzegać subordynacji w obecności osób postronnych – to sterylna etykieta — zauważyłam do Krapiwiny, wchodząc w rolę. — Jeśli zapomniała pani o tej ostatniej, chętnie przypomnę, że nie jest pani teraz z Maksimem Bogdanowiczem sam na sam, żeby oceniać stan jego zdolności umysłowych.

Orłowski zdążył odejść do ojca, ale z zaskoczeniem się obejrzał.

Brunetka też straciła twarz, od bieli aż po ziemistość.

— T-to do mnie? — nie uwierzyła w to, co usłyszała.

Pokuśtykałam do stołu i wzięłam do ręki tabliczkę. Przeczytałam, stukając palcem i pokazując działaniem, do kogo się zwracam:

— Krapiwina Kira Kakaszkowna…

— Ksaszkowna jestem! — ryknęła brunetka, zrywając się. — To znaczy Ksantiewna!

— Oj, naprawdę? — oprzytomniałam, na oczach tracąc surowość. — Nigdy nie słyszałam podobnego patronimiku. Przepraszam za Kakaszkownę, po prostu Kakaszkowna to pierwsze, co ciśnie się na język, kiedy się panią widzi. To znaczy nie panią, tylko pani patronimik! Patrzy się na Ksantiewna, a widzi Kakaszkowna. Przysięgam! — przekonująco chwyciłam się za serce — pierwszy raz mi się coś takiego zdarza!

— Wietrzyk! Do mojego gabinetu! — ryknęli za moimi plecami. — Natychmiast!

I… poszłam.

Chapter 7 / 10 · Page 4 of 4