Kapitel 28
Rozdział 17
Poniedziałkowy poranek otwiera przede mną nowe życie z mnóstwem zadań, a zamierzam rozwiązać je wszystkie na swoją korzyść. Po umyciu się i ubraniu budzę Alicję, obiecując jej, że wrócę wcześniej.
Mówi, że czuje się dobrze, i oddycha mi się lżej. Na zegarze dopiero po szóstej rano, jeszcze wcześnie, ale zamierzam spotkać się z ojcem przed jego przyjazdem do biura. Wyjeżdżam, by omówić niedawną propozycję mojego udziału w zarządzaniu rodzinną firmą. Teraz jestem tym bardzo zainteresowany, tak samo jak tym, żeby wyleczyć Śnieżną. Tak czy inaczej, chcę dać jej wszystko, co tylko zdołam. A stać mnie na wiele, i ci, którzy mnie znają, dobrze o tym wiedzą.
No właśnie, jak to bywa? Jeszcze dwa dni temu żyłem sam i byłem zdany tylko na siebie. Nudziłem się z bezczynności, nie rozumiejąc przyczyny tej nudy, a dziś odpowiedzialność gna mnie, by potraktować życie serio. Wyrwać swoje, jeśli trzeba, ale nikomu i niczego nie ustąpić. W tym bardziej wdałem się w matkę niż w ojca i myślę, że starszy będzie musiał się posunąć, jeśli chce, bym został w firmie. W przeciwnym razie będę musiał iść własną drogą, ale nie chcę oglądać Śnieżnej wieczorami nad tłumaczeniami — a właśnie tym ona się zajmuje. Dość tego!
Ciekawe, co to był za facet, który mógł ją tak po prostu puścić i nie zabezpieczyć jej i córki? Czyżby ten srany Rybacki? Nie, mało prawdopodobne. Mała Ania w ogóle nie jest podobna do tego grubopoliczkowego durnia, jakiego zapamiętałem. Nie ta rasa.
Ile ona ma lat — cztery? Cholera, nie znam się na dzieciach. Co się im mówi? Jak się przy nich zachować? Zawsze starałem się omijać te stworzenia szerokim łukiem. Ale dziewczynka Śnieżnej jest zabawna i dociekliwa. I z charakterem, to widać od razu. Jak dorośnie, będzie dawać odpór facetom nie gorzej niż Śnieżna.
I Alicja ją kocha. Nawet się nie spodziewałem, że na ich relację będzie się tak miło patrzyło z boku.
Spotykam się z ojcem w mieszkaniu rodziców. O sprawach osobistych nie opowiadam, nie jesteśmy przyzwyczajeni do bycia wylewnymi wobec siebie. Przedstawiam mu swoje pragnienie przejścia do pracy w biurze i mówię na jakie dokładnie stanowisko.
— A nie pęknie ci pępek, Rusłan, od zostania dyrektorem do spraw logistyki?
— Nie. I tak rozwiązuję zadania dotyczące dostaw materiałów budowlanych i zamykam kwestie transportu. Do tego znam wszystkich kierowców, dostawców i jestem na bieżąco z twoimi planami. Potrzebujesz reformy wewnątrz firmy, zacznij od mnie.
— Dobrze. Młodszy dyrektor, z gabinetem w zarządzie.
— Świetnie. Nie obiecuję, że będę w biurze zawsze — w garażu problemy rozwiązuje się szybciej, ale obiecuję być obecny na naradach i odprawach. I pensja, tato. Zwiększ ją trzykrotnie. Odpracuję to.
— Trzykrotnie? Rusłan, brakuje ci finansów? — mruży oczy starszy Mardżanow, co mnie nie dziwi. Nigdy nie prosiłem o pieniądze. Najpierw rodzice dawali mi sami, a potem wszystko mi pasowało. Okazuje się, że jednemu człowiekowi wcale tak wiele nie potrzeba. — Masz konto w banku. Jeszcze trzy lata temu razem z matką wpłaciliśmy na nie sporą sumę i do tej pory leży nietknięta. Jeśli potrzebujesz, możesz z niej skorzystać. Bez problemu, pod warunkiem, że będziemy wiedzieć, na co ją przeznaczasz. Jesteś naszym jedynym synem i nie dałeś nam jeszcze powodu do wątpliwości, że nie potrafisz kontrolować własnych finansów.
— Wszystko w porządku, tato. Mam swoje oszczędności. Nie o to chodzi, tylko o wolność finansową. Pieniędzy nigdy za wiele. Chcę po prostu wiedzieć, za co haruję i na co mogę liczyć. Mam sporo osobistych planów.
— Dobrze, Rusłan. Słyszę cię, ale nie licz na żadne taryfy ulgowe.
Prycham, odrywając biodra od parapetu, przy którym stoję, pijąc poranną kawę.
— A czy kiedykolwiek jakieś były? — opłukując filiżankę, żegnam się z ojcem i wychodzę. — Cześć, szefie! Jadę do chłopaków do garażu. Sprawdzę listy przewozowe i dopilnuję załadunku. Widzimy się w porze obiadu!
Koło południa dzwonię do Alicji. Na mojej komórce jest mnóstwo nieodebranych połączeń — od Siergieja Chmielnickiego, a nawet od Alinki, ale pomijam je, by wybrać jej numer.
Śnieżnej nie ma w domu. Pojechała do domu aukcyjnego pomóc klientowi wyrobić dokumenty na zakupiony towar, ale niedługo wróci. I to „pojechała”... cholera, wcale mi się nie podoba.
— Alicja, po co? Przecież powiedziałem ci, żebyś przestała myśleć o pracy. Chcę, żebyś była w domu i była bezpieczna!
— Mardżanow, nie podnoś na mnie głosu. Twoje „chcę” pojawiło się dopiero wczoraj. Twoim zdaniem powinnam była zwolnić się z wyprzedzeniem?
— Przedwczoraj.
— Dobrze, niech będzie. Ale do tego „szczęśliwego momentu” jakoś żyłam i coś planowałam. Nie mogę zmienić swojego życia za pstryknięciem twoich palców. Mam zobowiązania wobec ludzi i córki!
— Sugerujesz, że między nami nie ma takich zobowiązań? Coś jak: nie jestem twoim mężem?
— A jeśli nawet?
— Jeszcze nie ma, Śnieżna. Ale będą!
— Przywykłam sama za siebie odpowiadać, Rusłan.
— Odwykniesz. Najwyższa pora.
— Chcę powiedzieć...
— Odechce ci się!
— Mardżanow, z tobą nie da się rozmawiać!
— Możemy też pomilczeć, nie mam nic przeciwko. Tylko najpierw pobierzemy się, a potem i tak będzie po mojemu.
— Nie wyraziłam zgody i jeszcze ze sobą nie rozmawialiśmy.
— Przecież przed chwilą powiedziałaś, że to niemożliwe!
— Głuptas — ona parska śmiechem. — Kłócisz się ze mną jak w szkole, słowo daję!
— Aliska, obraziłaś się?
— Trochę.
— Skończę koło czwartej i wpadnę po ciebie. Wieczorem porozmawiamy, o czym tylko zechcesz.
— Nie musisz przyjeżdżać, wezmę taksówkę. Mam nadzieję skończyć do trzeciej i będę w domu. Nakupiłeś tyle jedzenia, muszę zdążyć pomyśleć o kolacji.
Uśmiecham się. Kierunek jej myśli bardzo mi się podoba.
— To znaczy, Śnieżna, że o mnie myślisz? Może nawet tęsknisz. Mam rację?
— Możliwe. Rusłan, czy ty nie powinieneś pracować?
— Cholera, ja też tęsknię. Alicja?
— Co?
— Uważaj na siebie.
W ciągu dnia wymieniamy jeszcze kilka wiadomości, ale czas i tak ciągnie się niemiłosiernie. Pracy jest dużo i udaje mi się skończyć później. Kiedy wchodzę do mieszkania Śnieżnej z bukietem kwiatów i tortem, na klatce schodowej spotykam jej sąsiadkę.
Kobieta ma na sobie czapkę, kurtkę i kapcie. Wygląda na to, że gdzieś się wybierała, ale jest czymś zmartwiona i stoi przy uchylonych drzwiach, trzymając się ściany.
— O, konkurent się zjawił! — wykrzykuje głośno, gdy mnie zauważa. Zresztą całkiem przyjaźnie.
— Dzień dobry... zdaje się, Wiera Andriejewna? — podchodzę i witam się z kobietą. — Dlaczego zaraz konkurent? Mieszkamy razem z Alicją — uściślam na wypadek zbędnych plotek.
Dom nie jest nowy, na pewno mieszka tu wielu emerytów, a nie chcę, żeby Śnieżną obgadywano bez powodu. Dziewczyna o takim wyglądzie nie mogła zostać niezauważona, a to oznacza, że nie ominie jej zainteresowanie otoczenia.
— Mąż nieformalny, znaczy się?
— Widzę, że zna się pani na rzeczy — uśmiecham się sucho do sąsiadki, marząc o tym, by się z nią pożegnać. Już się odwracam, ale ona mnie zaskakuje.
— A skoro mieszkasz, to dobrze, że wróciłeś! Trzymaj! — wyjmuje z kieszeni i podaje mi klucze. — Alicja prosiła, żeby ci je dać, kiedy się zjawisz. A mnie poprosiła, żebym odebrała Aneczkę — niedawno dzwoniła. I bardzo chętnie bym to zrobiła, zawsze pomagam młodym, jak mogę. Ale właśnie się ubierałam i złapało mnie w plecach. Przeklęte korzonki! Widzisz, nie mogę włożyć butów! A jak iść w kapciach, skoro tam mokro. Ale teraz, skoro przyszedłeś, sam odbierz dziecko.
— Skąd odebrać? — patrzę na sąsiadkę lekko oszołomiony, nie do końca rozumiejąc, czego ona ode mnie chce.
— Z przedszkola, oczywiście! A ty co się tak wystraszyłeś? — oczy sąsiadki się zwężają. — Przecież mąż jesteś, sam powiedziałeś.
— Powiedziałem. Tylko ja nie wiem, jak ją... jak ją stamtąd odebrać?
— Ach ci konkurenci — ubolewa kobieta. — Jak przychodzi do poważnej sprawy, to ręce opadają! Dobra, doczłapię z Bożą pomocą, jeśli mnie paraliż nie trafi.
Odrywa rękę od ściany, ale ją zatrzymuję.
— Nie, proszę stać! Ja ją odbiorę. Tylko niech mi pani powie, gdzie mam iść?
***
Zostawiam tort i kwiaty w mieszkaniu Śnieżnej, wychodzę na zewnątrz i dzwonię do niej.
— Alicja, gdzie jesteś? — pytam zaniepokojony.
— Rusłan, wciąż jestem w pracy! — słyszę jej przejęty głos. — Wybuchł tu taki skandal, nie miałam pojęcia, że takie rzeczy się zdarzają.
— Co się stało? Nadal jesteś w domu aukcyjnym?
— Nie, pojechaliśmy z klientem do firmy prawniczej. Chodzi o to, że pewien kolekcjoner sprzedał mojemu klientowi przedmiot, wziął pieniądze, a dzień później się rozmyślił i żąda zwrotu. Ale mój klient odmawia oddania przedmiotu, słusznie podejrzewając, że ktoś zaproponował kolekcjonerowi lepszy interes, a ten teraz kombinuje. Czekamy na prawników i przyjazd policji.
— A policja po co?
— Bo ci dwaj się pobili i ochrona musiała ich rozdzielać! Jeden ma przedmiot, drugi certyfikat i nie mam pojęcia, jak to rozwiązać!
— Przyjadę po ciebie!
— Dobrze, ale później. Teraz nie dam rady. Mam umowę, nie mogę zostawić klienta, rozumiesz? To potrwa jeszcze ze dwie godziny, nie krócej.
— Alicja…
— Ojej, muszę kończyć!
— Obiecaj, że od razu zadzwonisz!
— Obiecuję!
— I zwolnisz się w cholerę! — Ale tego ostatniego Śnieżna już nie słyszy, a ja ze złością wpycham komórkę do kieszeni spodni.
Do diabła z taką pracą! Zbyt drogo kosztuje zdrowie Aliski! To wszystko mi się nie podoba: podejrzani klienci, zabrany czas, szarpanie nerwów. Omijając i przeskakując przez kałuże w stronę wyjścia z podwórka, obiecuję sobie, że więcej nie puszczę Śnieżnej do pracy. Potrzebuje spokoju i ciepła. Dobrych emocji. Czasu z Anią, w końcu!
Przede mną rozwidlenie ścieżek, rozglądam się za przedszkolem „Rodniczek”. Sąsiadka mówiła, że jest tuż za sąsiednim blokiem. Cóż, mam nadzieję, że idę w dobrą stronę.
Z naprzeciwka idą matki z dziećmi. Mija mnie brodaty ojciec z zasmarkanym dzieciakiem, którego prowadzi za kaptur, niosąc hulajnogę pod pachą. Jakaś babcia trzyma za ręce wnuki. Widzę właściwy budynek, wchodzę przez bramę i mimowolnie zwalniam kroku, chowając ręce w kieszeniach kurtki. Wchodzę po schodach, czując nagle dziwne skrępowanie, jakbym znalazł się w obcym świecie.
Nigdy nie bywałem w takich miejscach. Żebym tylko nie potknął się o jakiegoś malucha.
To uczucie tylko się nasila, gdy popycham drzwi i wchodzę do środka. Wita mnie zapach przedszkola, głosy i ściany pomalowane w statki kosmiczne i — z jakiegoś powodu — żyrafy.
— Dzień dobry. Gdzie znajdę starszą grupę? Hej, pomoże mi pani? — pytam jakąś kobietę, ewidentnie pracownicę, która w holu okleja tablice informacyjne. — Nazwisko wychowawczyni: Piętak Taja Waleriewna.
— Prosto i w lewo.
Kierunek jasny, ale w tym labiryncie i tak mógłbym zabłądzić.
Cholera, ile tu drzwi!
W końcu znajduję tę właściwą i wchodzę prosto do szatni z mnóstwem szafek.
Jest tu głośno. Hałasują dzieci w grupie, hałasują na korytarzu, a dwie kobiety rozmawiają przy otwartych drzwiach. Czyjeś dziecko skacze po ławeczkach ze spodniami na głowie, a dwójka innych bawi się w berka — wypadają z sali zabaw, z piskiem przebiegają przez szatnię i znikają.
Staję oszołomiony, zdając sobie sprawę, że właśnie ktoś mi podeptał buty i nawet tego nie zauważył.
Za to ja zostaję zauważony przez panie, obie odwracają głowy.
— E-em…
— Dzień dobry, pan do nas, młody człowieku? — zwraca się do mnie ta starsza. Muszę coś odpowiedzieć.
— Do państwa. Pani to Taja Waleriewna?
— We własnej osobie. A pan…
— Ja przyszedłem po Anię. Jej mama nie mogła, zatrzymała się w pracy.
Kobieta zastanawia się przez chwilę i woła Anię z sali. Wybiega dziewczynka, pulchna blondynka, zupełnie mi obca, i z zaciekawieniem patrzy na wychowawczynię. Potem obie patrzą na mnie, ale ja kręcę głową.
— To... to nie ona. Nie ta Ania.
— To proszę podać nazwisko dziecka. Mamy trzy Anie. I co to znaczy „nie ta”?
No tak, pytanie za sto punktów. Ale zanim zdążę podać nazwisko Alicji, kobieta wyciąga w moją stronę rękę i bezapelacyjnie prosi:
— Młody człowieku, czy mogę zobaczyć pana dowód? W przeciwnym razie będę musiała poprosić o opuszczenie placówki. Widzę pana pierwszy raz tutaj.
To żaden problem. To o wiele łatwiejsze niż czuć się jak idiota. Odsuwam połę kurtki, wyjmuję z wewnętrznej kieszeni dowód i podaję go kobiecie.
— Proszę, oto on.
— To mój tata! Przyszedł po mnie!
Nic dziwnego. Pewnie takie zapewnienia padają tu codziennie i nie od razu rozumiem, do kogo są skierowane. Ale oczywiście rozpoznaję dźwięczny głos małej Śnieżnej, więc odwracam głowę.
Ania w sukience i rajstopach stoi w progu sali zabaw, tuląc pandę i patrzy na mnie znajomymi, jaskrawoniebieskimi oczami. Jest zadyszana od biegania, jej ciemne włosy są w nieładzie, a jeden kucyk znów zsunął się na ramię. Chudziutka, prosta jak trzcinka.
Ale czy ja się nie przesłyszałem?
— Och, panie Rusłanie, nastraszył mnie pan — uśmiecha się tymczasem kobieta, oddając mi dokument. Biorę go nieposłusznymi palcami. — Dlaczego od razu pan nie powiedział, że chodzi o Aneczkę Mardżanową? Pańska dziewczynka jest u nas nowa, nic dziwnego, że się zaniepokoiłam. Choć przy moim doświadczeniu mogłam się domyślić — chichocze. — Jesteście tacy podobni!
Co?.. Mam wrażenie, że sam nie słyszę własnego głosu, gdy przełykając ślinę w suchym gardle, chrapliwie wyduszam:
— Jak... pani powiedziała? Mardżanowa?!
Wychowawczyni, która dopiero co się uspokoiła, znów sztywnieje, a Aneczka podchodzi do mnie i bierze mnie za rękę. Patrzy mi poważnie w twarz, gdy się ku niej obracam.
— Tata żartuje, pani Taju. Prawda, tato?
Ten dotyk małej jest jak dwa ciosy pod żebra.
— Chyba…
Kobieta kręci głową i wraca do rozmowy, a ja wciąż stoję i patrzę na Anię. Idę za nią do jednej z szafek i widzę na niej swoje nazwisko. Wciąż oszołomiony nowiną, patrzę, jak dziecko Alicji… jak moja córka otwiera szafkę i wyjmuje swoje rzeczy. Siadając na ławeczce, kładzie obok zabawkę i zaczyna się samodzielnie ubierać, cały czas na mnie zerkając.
Niemożliwe, ale… Boże, ona naprawdę jest do mnie podobna.
Przykucam obok niej.
— Wiedziałaś? — szepczę cicho. W szatni wciąż jest głośno, ale my słyszymy teraz tylko siebie.
Anusia potakuje nieco zawstydzona.
— Kiedy? — nie kończę, ale ona rozumie.
— Kiedy przyszedłeś, a mama nazwała cię po nazwisku. Od razu mi się spodobałeś.
— Ile masz lat, Aniu? — wyciągam rękę i biorę w palce jej wąski nadgarstek. Zsuwam dłoń na jej ciepłą rączkę i ściskam ją w swojej.
Anusia zastyga w pół ruchu. Patrzy poważnie, nie odrywając oczu od moich.
— Pięć.
— A kiedy masz urodziny, wiesz?
— Tak. Szesnastego września.
Unoszę rękę i zdejmuję gumkę z jej kucyka. Rozpuszczam drugi. Przesuwam dłonią po jej długich włosach, po ciemnej główce, wyzywając się w duchu od najgorszych.
— Idiota… Cholerny durniu! Jak mogłem się nie domyślić?!
— To brzydkie słowa, tato. Nie wolno tak mówić.
— Tak, nie wolno. Ale zasłużyłem.
Przyciągam Anusię do siebie i tulę do piersi, czując, jak zapiera mi dech, a w oczach pieką łzy. Z powodu prawdy, własnej głupoty i żalu… do pewnego byłego przyjaciela. Całuję córkę, rozpoznając jej zapach i miękkość skóry, w tej sekundzie jasno rozumiejąc, że to moje dziecko. Moje! I nic już nie będzie takie samo. I ja nie będę — nie zdołam.
— Aneczko, wybacz mi! — proszę, ale ta prośba brzmi zbyt poważnie dla jej dziecięcej duszy, więc milczy. Zamiast odpowiedzi oplata rączkami moją szyję i mocno przytula się do mojego policzka, jakby tym uściskiem wybaczała mi długich pięć lat nieobecności w jej życiu.
Ale ja sam sobie wybaczyć nie potrafię, a to objawienie boleśnie porusza kamienie w mojej duszy, raniąc sumienie.
Wyobrażam sobie, co czuła Alicja, gdy pojawiłem się w ich życiu i niczego nie zrozumiałem. Patrzyłem na jej dziecko, nie dopuszczając nawet myśli, że może być moje.
Skończony idiota, by nie rzec gorzej. Ale zawsze byłem tak daleko od podobnych spraw. Dbałem, by nie było konsekwencji. Tak bardzo, że dopiero teraz nagle rozumiem, po co sześć lat temu przyszła do mnie Alicja. A ja wtedy nie mogłem pojąć dlaczego.
To było tak do niej niepodobne… Uznałem, że chciała ze mną zerwać ostatecznie.
Wychodzimy z Anią z przedszkola, a ja wciąż nie potrafię postawić jej na ziemi. Niosę ją razem z pandą, nie zwracając uwagi na kałuże i siąpiący deszcz.
Kiedy docieramy do mojego samochodu, dopiero wtedy stawiam córkę na chodniku. Przykucam przed nią i pytam:
— Aniu, powiedz, wiesz, gdzie mieszka twój wujek Roma? — starając się, by w moim głosie nie przebił się narastający w gardle warkot.
— Tak, wiem.
— To dobrze. Bo teraz pojedziemy do niego w odwiedziny, żeby się przywitać.
— Tak jak wilk przyszedł w odwiedziny do babci Czerwonego Kapturka? — domyśla się mała.
— Dokładnie, moja mądralo! Bardzo chcę z nim porozmawiać!