Kapitel 29
Rozdział 18, część 1
Anusi słucha się z zaciekawieniem i póki jedziemy, dowiaduję się wielu interesujących rzeczy z życia byłego najlepszego przyjaciela. Córka wciąż jeszcze trochę się mnie wstydzi, ale to, co już do niej czuję, obiecuje nie zostawić między nami żadnych barier i mam nadzieję, że ona to czuje. Mała wciąż mi się przygląda swoimi niebieskimi oczkami, podczas gdy ja uśmiecham się do niej, obmyślając, jakich słów użyję wobec Alicji, kiedy przyjdzie czas na rozmowę.
Niełatwo je znaleźć — te właściwe słowa, zwłaszcza gdy wiesz, że zawiniłeś i rozumiesz, jakim niedojrzałym idiotą byłeś kiedyś. Jakim dokładnie widziała mnie Alicja, kiedy prosiła, by dać nam czas.
Ale idiotą nie byłem tylko ja.
Nie widzieliśmy się z Romanem Śnieżnym kilka lat, ale od ostatniego spotkania nic się nie zmieniło. I teraz też pozostawał głuchym na moje pragnienia człowiekiem, z którym kiedyś byliśmy blisko, lecz pewnego dnia oduczyliśmy się nawzajem rozumieć.
Widzę go na progu obcego mieszkania, niespodziewanie ostrzyżonego na krótko, w zwykłym t-shircie i spodniach, i nie witam się. Proszę Anusię, żeby się odwróciła i zakryła dłońmi uszy, po czym wyciągam zdziwionego Romka za koszulkę na klatkę schodową i z całego serca walę go w mordę.
— Więc Alicja wyszła za mąż i ma trójkę dzieci? Jest szczęśliwa i o mnie zapomniała, psia mać?!
Oczywiście były przyjaciel widzi swoją siostrzenicę i nie spieszy się z oddawaniem ciosów. Prostując się, dochodzi do siebie, ocierając krew z rozbitej wargi.
— Dwójkę — rzuca w końcu. — Trzecie sam sobie wymyśliłeś.
— Suka z ciebie, Śnieżny! — syczę z cichą wściekłością. — Trzy razy cię znajdowałem i za każdym razem mi kłamałeś!
— Po prostu dobrze cię znam, Mardżanow. Ty nigdy się nie zmienisz. Alicji taki ktoś nie jest potrzebny!
— A siebie? Siebie też dobrze znasz? Jaki egzamin miałem zdać, żebyś powiedział mi o córce? O tym, że rośnie bez ojca?.. Zabiję cię, Śnieżny! — nie wytrzymując, znów uderzam Romka w szczękę, ale tym razem on robi unik i cios trafia w ucho. Też nieźle. — Cholerny idiota!
— Uspokój się! — przechwytuje moją rękę, ale go odpycham. — Daj przynajmniej najpierw syna wychować.
— Nic nie szkodzi, poradzi sobie bez ojca. Znajdziemy twojej żonie nowego męża. Mądrego!
— Lepiej się zamknij, Mardżanow!
— Ani się waż! To nie ty będziesz decydować, z kim ma być Alicja i jak ma dorastać moja córka!
Obaj ciężko oddychamy, powstrzymując się od bójki w obecności dziecka. Ale obu kosztuje to wyraźny wysiłek. Zbyt wiele narosło w nas żalu przez ten cały czas.
— Gdzie jest Alicja? Dlaczego Ania jest z tobą?.. Anusiu! — Śnieżny zwraca się do siostrzenicy, a mała natychmiast się odwraca, zabierając dłonie z uszu. Bajkę o Wilku i Czerwonym Kapturku zna, ale wcale się nie boi. — Powiedz, czy ten pan cię ukradł? Jak cię znalazł?
Anusia to mądra dziewczynka. Podchodzi do mnie i kręci główką.
— Nie. Wujku Romku, to jest mój tata! On mnie nie ukradł, tylko odebrał z przedszkola! Mama powiedziała, że on nas znalazł i teraz chce z nami mieszkać. Prawda, tato? — podnosi buzię i patrzy na mnie tak szczerze, że zapominam o Romku, nachylam się i biorę córkę na ręce.
Ona natychmiast obejmuje mnie za szyję.
— Prawda, Śnieżynko — odpowiadam. — Bardzo chcę!
Obok prycha Śnieżny, ale jakoś nieprzekonująco. Jakby wiedział, że gówno mnie to obchodzi.
I tak właśnie jest. Będę miał jeszcze czas, by mu to udowodnić.
Zwracam się do byłego kolegi z klasy i obiecuję:
— Teraz z Anusią pójdziemy, ale wrócę i porozmawiamy. Uzbierało mi się do ciebie zbyt wiele pytań.
— No to dawaj, Rusłan, będę czekał.
— Czekaj! Ale nie zapomnij założyć aureoli sprawiedliwego, świętoszku. Żebym miał co ci obić!
***
Wychodzę z córką na zewnątrz i od razu dzwonię do Alicji.
Nie odbiera, co jest dziwne. Wybieram jej numer ponownie, ale w odpowiedzi słyszę tylko długie sygnały, jakby abonent był poza zasięgiem. To mnie niepokoi, bo do tej pory Śnieżna zawsze mi odpowiadała. Może nie od razu, ale zawsze w końcu słyszałem jej głos.
Podchodząc do samochodu, otwieram tylne drzwi i sadzam Anusię na siedzeniu. Zapinam ją pasem razem z pandą.
— Chcesz jeść? — pytam małą, a to nowe dla mnie pytanie brzmi niespodziewanie naturalnie. Jakbym pytał ją o to wiele razy.
— Nie bardzo. Tylko troszeczkę!
Grzebię w kieszeniach spodni i znajduję cukierki, które dzisiaj wziąłem z biurka ojca. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o niespodziance, którą sprawiła mi Alicja, ale nagle zachciało mi się ucieszyć jej małą. A okazało się, że naszą. Swoją.
Gdzie jesteś, Śnieżna? — myślę z niepokojem, a na głos wypowiadam:
— Gdzie jest twoja mama, Anusiu?
— Mama jest w pracy — odpowiada pewnie kruszynka — ale niedługo przyjedzie!
— Tak, oczywiście — mówię do niej, czując, jak w pierś chłodem wkrada się trwoga o Alicję. Strach, którego nie potrafię pokonać. — Ale chodź, lepiej sami pojedziemy jej poszukać. Dobrze, Śnieżynko?
— Dobrze. A dlaczego Śnieżynka?
— Bo twoja mama jest podobna do Śniegu, a ty jesteś podobna do niej.
Siadam za kierownicą i kieruję samochód do centrum miasta. Jadę do domu aukcyjnego, po drodze wciąż wybierając numer Alicji. Wsłuchuję się w sygnały, aż do momentu, gdy na mój kolejny telefon niespodziewanie odpowiada nieznajomy męski głos:
— Halo? Proszę mówić wyraźniej! Kto mówi?
— Jak to kto? — momentalnie sztywnieję. — A ty kim jesteś? Gdzie jest Alicja?!
— Proszę odpowiedzieć na pytanie, Rusłanie. Kim pan jest dla niej?
— Ojcem jej dziecka. A teraz ty mi powiedz, jakim cudem rozmawiam z tobą? To, że umiesz czytać, już pojąłem, ale potrzebuję Alicji! Dlaczego masz jej telefon?
Przez głowę przemyka mi korowód opcji i złych myśli, ale to, co słyszę w końcu, wymazuje je wszystkie.
— Rozmawia pan z lekarzem pogotowia — Aleksiej Bojko. Dziewczyna znajduje się w karetce reanimacyjnej. Odebrałem, jak tylko mogłem…
— Cooo…
A potem wyrwa. Pierwsza czarna wyrwa w moim życiu trwająca kilka sekund, w których nic nie słyszę i nie widzę drogi przed sobą. Tylko instynkt każe nodze nacisnąć pedał hamulca i zjechać na pobocze.
— …straciła przytomność. Kierujemy się do szpitala ratunkowego. Rusłanie, słyszy mnie pan? Proszę przyjechać na izbę przyjęć, jeśli ta dziewczyna jest panu znana.
— Czy ona żyje? — wyduszam. Tak, wiem, że w aucie jest Ania i wszystko słyszy, ale nie mogę nie zapytać.
— Robimy wszystko, co w naszej mocy.
— Psia krew, odpowiedz wreszcie!
— Żyje, usunęliśmy blokadę serca i podłączyliśmy pacjentkę do aparatury podtrzymującej życie, ale nastąpiło pełne zatrzymanie organu. Powtarzam, teraz sytuacja jest pod kontrolą.
— Ona ma wadę serca! Wiezcie ją do centrum kardiologii! Słyszycie?!
— Działamy zgodnie z procedurą. Rozłączam się. Proszę przyjechać do szpitala.
Cholera. Cholera. Cholera!
Krew odpływa mi z twarzy, nie mam czym oddychać. Brakuje mi miejsca w tym pieprzonym aucie, mam ochotę złamać kierownicę, rozbić szybę, zrobić coś destrukcyjnego, by pozbyć się poczucia bezradności i strachu. Nienawidzę się za to!
Aliska. Aliska!
Mam wrażenie, że sam w tym momencie umieram.
Palce zaciskają się do białości, spieszę się, by wykręcić kierownicę i wrócić Teslą na drogę. Mrugam gwałtownie, pędzę przed siebie, próbując zobaczyć przed sobą cokolwiek jasnego, bo rzeczywistość przed oczami rozpada się na kawałki. Światła latarni odbijają się w mokrej od deszczu szybie i muszę się czegoś uchwycić, inaczej…
Zwalniam i głośno wydycham powietrze, przypominając sobie, że nie jestem już sam. Przypominając sobie naszą pierwszą rozmowę z Alicją i jej słowa o ojcu dziecka, któremu zamierzała powierzyć córkę.
Anusia.
Wyciągając rękę, ustawiam lusterko wsteczne, by zobaczyć małą przykuloną na siedzeniu i spotkać się z nią wzrokiem.
Ania cicho płacze, bezgłośnie, siedzi jak myszka i rozumiem, że ona boi się jeszcze bardziej niż ja, choć to niemal niemożliwe. Wszystko słyszała i wszystko zrozumiała, bo to ona, a nie ja, żyła z Alicją przez ten cały czas i zna ją najlepiej ze wszystkich.
— Nie płacz. Zaraz tam będziemy — obiecuję jej i skręcam na światłach. Jadę pod adres, pod który jeszcze pięć minut temu nie pomyślałbym, żeby ją zabrać, ale nie mam wyboru.
Szpital ratunkowy to nie miejsce dla przerażonego pięcioletniego dziecka i w moim rozpadającym się świecie rozumiem to bardzo wyraźnie.
Zatrzymuję samochód przed domem moich rodziców, biorę Anusię z pandą na ręce i wchodzę do klatki. Potem wchodzę na swoje piętro. Otwierając drzwi kluczem, wchodzę do mieszkania, w którym okazuje się niespodziewanie głośno w porównaniu z tą ciszą, z której przyszliśmy. Ale córka nie boi się nowego miejsca i o nic nie pyta.
Teraz mam wrażenie, że rozumiemy się bez słów.
Gwarne towarzystwo siedzi przy owalnym stole w dużym salonie, a ja wolałbym wrócić do cichego mieszkania Śnieżnej. Matka pierwsza mnie zauważa i radośnie wykrzykuje tonem gościnnej gospodyni, spiesząc się, by wstać od stołu:
— Ojej, a oto i nasz Rusłan przyszedł! Co za miły zbieg okoliczności, jakby wiedział, że o nim rozmawiamy!.. Sofio Borysówno, łamałyśmy sobie głowę, jak przedstawić sobie nasze dzieci, i niepotrzebnie! Synku, wejdź, mamy gości! — daje mi znać i kontynuuje: — Ineczko, miła, nie krępuj się! Czuj się jak u siebie w domu. Po prostu nasz syn potrafi robić niespodzianki… Prawda, Ru… Rusłan?!
Matka wychodzi do przedpokoju i zastyga ze zdumienia, widząc na moich rękach Anusię.
— Kto to z tobą jest? — unosi brwi, zdezorientowana przyglądając się nam.
Tuż za nią do przedpokoju wychodzi ojciec i on też zamiera w przejściu.
To nie czas na kłótnie o moje zdolności, więc odpowiadam rodzicom tak, jak jest:
— To moja córka. Aneczka.
— Cooo?! — ze zdziwienia okulary matki niemal wędrują na czoło. Rzuca szybkie spojrzenie na ojca, ale ten stoi milcząc, więc matka znów zwraca się do mnie. — Co to znaczy „córka”, Rusłan? To żart? — zniża głos do głuchego szeptu, rezygnując z gry pod publiczkę. — Skąd ci się wzięło dziecko?
— Stąd, skąd biorą się wszyscy. Z kapusty! — odpowiadam i stawiam Anusię na ziemi.
W mieszkaniu jest ciepło, więc zdejmuję z główki małej czapkę, przesuwam dłonią po jej ciemnych włosach. Zostawiając dłoń na jej ramieniu, podnoszę twarz do matki.
— Mamo, nie mam czasu na kłótnie i odpowiadanie na pytania. Teraz muszę iść. Zostawiam Aneczkę pod waszą opieką, ale jeśli z jej głowy spadnie choć jeden włos… Nie będziecie mieli ani syna, ani wnuczki!
— Rusłan, czy ty oszalałeś, żeby tak mówić? — sapie matka. — Wyjaśnij to… chociaż trochę! To jednak żart?
— Nie ma czego wyjaśniać i jakie, do diabła, żarty! Jej mamę właśnie zabrało pogotowie do szpitala z atakiem serca. Muszę natychmiast do niej jechać.
— Do kogo — do niej?
— Do mojej Alicji! Jest w szpitalu ratunkowym. Zaopiekujcie się Anią, to wszystko, o co was proszę!
— Czekaj, Rusłan… pamiętam — przypomina sobie matka. — Wiem. Taka piękna, poważna dziewczyna z jasnymi włosami. No jasne! W którym szpitalu? Co z nią?!
— No tak, ty pamiętasz — nie mogę powstrzymać gorzkiej szpili. — I ja też nie potrafiłem o niej zapomnieć. Szczegóły później, nie teraz!
Odwracam się od rodziców i przykucam przed córką. Ona wpatruje się we mnie swoimi oczkami, jakby nikogo innego tu nie było. Odłożywszy zabawkę na podłogę, rozpinam jej suwak i zdejmuję kurtkę. Biorę dłońmi za wąskie ramiona.
— Anusiu — mówię cicho, ale rodzice słyszą. — To twoi babcia i dziadek, nie skrzywdzą cię. Tutaj jesteś w domu, niczego się nie bój, rozumiesz?
— Nie boję się, tato.
— Mądra dziewczynка! Mama mówiła, że na twojej rączce jest bardzo ważna bransoletka.
— Tak, jest. O, tutaj! — córka unosi rączkę i pokazuje bransoletkę. Przytakuję, gładząc ją po włosach.
— Pokażesz ją babci. Twoja babcia jest mądra, sama wszystko zrozumie, uwierz mi.
— Dobrze, pokażę. A mama?
— Anusiu, ja teraz pojadę do twojej mamy i będę z nią cały czas, obiecuję! Nikomu jej nie oddam. Nie będzie sama, będzie ze mną.
— A ja? Gdzie będę?
— A ty na razie zostaniesz tutaj, Śnieżynko. Tak będzie lepiej. Ale zadzwonię do ciebie i przyjadę, jak tylko będę mógł.
— A mama nie będzie się bała?
Odpowiadam tak pewnie, jakbym sam w to wierzył:
— Ze mną nie. Twoja mama jest bardzo dzielna, tak jak ty!
Nachylam się i całuję córkę w gorące policzki, wciąż mokre od łez.
— Kocham cię, moja dzielna mądralo — mówię, i to jest prawda, którą czuję.
— Ja też cię kocham, tato.
— Mój Boże, Renacie… ty też to widzisz? — gdzieś z boku wykrzykuje matka, ale ja już wstałem i wychodzę. Zostawiając otwarte drzwi, śpieszę tam, gdzie czeka na mnie Alicja.
— Jasne jak słońce, Olgo.