SOVABOO

Kruche serce

Ch. 33: Rozdział 19, część 2

Peatükk 33

Rozdział 19, część 2

Wciąż jeszcze nie do końca oswoiliśmy się z nowiną, którą usłyszeliśmy zaledwie godzinę temu w gabinecie Pawła Pawłowicza, gdy wręczał mi wypis z kliniki. Umówiliśmy się, że omówimy to w domu.

Jednak nie da się o tym nie myśleć. A z ust profesora brzmiało to tak:

— No tak, dzieciaki, z wami nie można się nudzić… Niezłą zagadkę mi zadaliście. Nie mogłem pojąć, dlaczego hormony Alicji szaleją. To nie mogło się dziać bez powodu. Okazało się, że i owszem, powód jest! Mało tego, miejsce jest już zajęte. Jesteś w ciąży, dziewczyno. To bardzo wczesny etap, ale musimy się z tym liczyć.

Palec profesora wystrzelił w górę, celując prosto w Rusłana.

— Zwłaszcza ty, chłopcze!

— Jak to w ciąży? — rzucił skonsternowany Mardżanow. — To znaczy, że…

— Co dokładnie to znaczy, Alicja wyjaśni ci bez mojej pomocy. Ja natomiast mam obowiązek cię ostrzec, Rusłanie. Słuchaj mnie uważnie.

— Słucham, Pawle Pawłowiczu.

— Żadnej toksykozy — to raz. Jutro odpoczywacie, a pojutrze natychmiast do kliniki, do mojej żony! Jest ginekologiem i w tej dziedzinie bije mnie na głowę! Żadnych emocjonalnych huśtawek i obciążania serca — to dwa. Masz się zachowywać, chłopcze, ciszej niż woda i niżej niż trawa. Jasne?

— Całkowicie.

— Żadnej grypy, kataru ani alergii. Przy najmniejszych objawach — natychmiast tutaj! Jeśli nie ja, to moi lekarze będą wiedzieli, co robić. I po trzecie — pilnuj Alicji jak oka w głowie!

— Tak, rozumiem! A… czy to nie jest niebezpieczne?

— A wcześniej o czym myślałeś?

Rusłan przeczesał dłonią ciemne włosy i winnie opuścił ramiona:

— Chciałbym powiedzieć, że tą częścią ciała, która nie ma głowy, ale to nieprawda.

Profesor Szybujew udał, że nie słyszy odpowiedzi Mardżanowa i złożył podpis pod dokumentacją medyczną.

— Trzymaj, żartownisiu! — podał wypis, który Rusłan odebrał. Profesor kontynuował: — Ile lat żyję, nie przestaję się dziwić ludzkiej naturze — oto dla kogo życie jest najważniejsze. Powiem ci tak, Rusłanie: im trudniejsze warunki, tym silniejsze owoce. Ale witaminy nie zaszkodzą. Różnego rodzaju! Dobre jedzenie i świeże powietrze!.. I za dwa tygodnie do mnie! Razem!.. No, wracaj do zdrowia, dziewczyno. Wszystko wam się uda!

 

Taka mniej więcej rozmowa odbyła się w gabinecie profesora. Dopóki jedziemy z Rusłanem do domu, nie jesteśmy w stanie jej kontynuować. Rozmawiamy z Anusią, rozmawiamy ze sobą o czymkolwiek, byle nie o tym, co nas dzisiaj zdumiało.

Bo we mnie mimowolnie obudził się strach o córkę i pamięć o bólu.

A Rusłan przestraszył się o mnie.

Wiem to i rozumiem, że muszę pierwsza sobie z tym poradzić. Z nas dwojga to ja muszę go uspokoić, jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało.

Wchodzimy do mieszkania, a Mardżanow musi zejść jeszcze raz, żeby przynieść wszystkie torby. Wraca szybko, ale i tak marszczy brwi, widząc, że zdążyłam się rozebrać i powiesić nasze z Anusią rzeczy w szafie.

— Przestań, Rusłanie. Nie będziesz mógł mnie zawsze pilnować. To drobiazgi.

— Zdołam — zaoponował uparcie. — I to jeszcze jak!

— Po co? Przecież ustaliliśmy, że jestem już zdrowa, a więc samodzielna. A co powiesz, gdy wrócę do pracy? Oczywiście nie teraz, ale kiedyś…

— Aliska, nienie drażnij lwa. O „kiedyś” porozmawiamy kiedy indziej! — odpowiedział niespodziewanie ostro, sprawiając, że spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

Poznałam już Rusłana z różnych stron. Uśmiechniętego z córką, zatroskanego o mnie, chłodno opanowanego wobec innych ludzi. Przez ostatnie dwa tygodnie byliśmy ze sobą blisko jak nigdy wcześniej, więc dlaczego jest taki spięty?

— Czyżbyś był niebezpieczny, Mardżanow? — rzuciłam mu wyzwanie spojrzeniem, a on natychmiast spasował.

— Nie dla ciebie, Śniegu.

Sama do niego podeszłam i wspięłam się na palce, by pocałować go w usta. Są uparte, ale uległe, i łatwo odpowiedziały na pocałunek.

— Więc nie warcz. Pozwól mi się cieszyć tym, że jesteśmy w domu. Wciąż nie wierzę, że wróciłam!

W domu jest spokojnie, wreszcie możemy zostać we trójkę. Anusia szczebiocze o czymś, biegnie z nami do kuchni i pomaga tacie nakryć do stołu oraz rozpakować jedzenie, podczas gdy ja wyjmuję filiżanki i nalewam wody do czajnika.

Włączając go, wracam myślami do swoich rzeczy i mojego domu, za którym zdążyłam zatęsknić. Chłonę domową atmosferę, która pozwala mi poczuć — teraz jest ze mną Rusłan. Nie na wieczór czy dwa, ale wygląda na to, że na poważnie i na długo. I choć wszystko między nami zostało powiedziane już w szpitalu, to właśnie widok Mardżanowa w mojej kuchni z naszą dziewczynką mówi mojemu sercu, że wszystko się zmieniło.

Dla nas wszystkich.

Oni z Anusią idą do sypialni kłaść Theo i lalki spać, a ja biorę rzeczy i idę pod prysznic. Nie zamykam się — to jedna z zasad, na które zgodziłam się przystać, dopóki w pełni nie odzyskam sił. Rozbieram się i staję pod wodą. Z przyjemnością zanurzam się w ciepłych strużkach, które dla mnie jeszcze długo nie będą gorące.

Namydliwszy skórę, powoli spłukuję pianę i szampon, płuczę włosy i wychodzę spod prysznica. Wycierając się ręcznikiem, opuszczam go, spotykając w odbiciu lustra samą siebie — tę prawdziwą. Unosząc rękę, ostrożnie przesuwam palcami po długiej bliźnie, która biegnie między moimi piersiami — tam, gdzie bije serce.

Blizna jeszcze nie wygoiła się całkowicie i miną długie miesiące, zanim przestanę ją zauważać. Zanim przestanę pamiętać i myśleć o tym, jak to wszystko mogło się dla mnie skończyć.

Rusłan wchodzi do łazienki i widzi mnie. Przystaje na progu, przymykając za sobą drzwi. Podchodzi bliżej i obejmuje mnie od tyłu, przyciskając usta do mojej skroni.

— Powinnaś się ubrać, Alicjo.

— Nie jest mi zimno.

— O czym myślisz? Mam nadzieję, że nie o jakichś bzdurach typu ta blizna? — pyta, słabo kryjąc niepokój. — Śniegu, nie myśl o tym! Jesteś piękna nawet z nią. Nie ma drugiej takiej jak ty.

Patrzę na niego w lustrze i widzę wzrok, jakim na mnie spogląda. Usta ma spokojnie zaciśnięte, ciemne rzęsy opuszczone.

Unosi dłoń i odgarnia włosy z mojego ramienia, nie pozwalając wodzie kapać na pierś.

— I kogoś takiego jak ty też już nie ma — wyznaję nagle. — Zawsze to wiedziałam, ale bałam się, że bycie z tobą to ból. A potem ból przyszedł bez ciebie i pokazał mi, jaka byłam głupia.

Odkładam ręcznik i odwracam się do niego twarzą. Unoszę głowę, by spojrzeć w oczy pełne dojrzałych jagód.

— Rusłanie, myślę o tym — kontynuuję wyznanie — że tylko dzięki tobie żyję. I o tym, że nie mam na świecie nikogo bliższego niż ty. Proszę, powiedz, że to prawda. Że wada już nie wróci. Że nigdy…

Rozumie mnie bez słów i przytula do siebie, jakbym była z kryształu. Obiecuje:

— Nigdy więcej, Śniegu.

A mnie tak miło jest go czuć i obejmować. Wsuwać dłonie na jego gorące ciało, wsuwając je pod koszulkę. Całować obojczyki.

— Aliska, ostrożnie! Kiedy tak mnie obejmujesz…

— Chcę cię, Rusłanie.

— Śnieżna, nie żartuj.

— Chcę cię. Jeśli to żart, to chcę śmiać się razem z tobą. Zróbmy to! Rozbierz się dla mnie albo ja sama cię rozbiorę.

 
Dobrze, że nie muszę prosić dwa razy. Rusłan ściąga koszulkę, zdejmuje spodnie. Owijając mnie suchym szlafrokiem, milcząco staje pod prysznicem, nie wstydząc się swojej nagości. I jakby bojąc się uwierzyć w moją prośbę.

A mnie podoba się patrzenie na niego. Uśmiecham się, widząc jego poważną twarz i wzrok skupiony na mnie.

Odwraca się i wypluwa pianę. Pięknymi dłońmi zgarnia włosy z twarzy, prezentując sportowe bicepsy i mocny, wyrzeźbiony brzuch.

— Aliska, nie śmiej się ze mnie.

— Nawet o tym nie pomyślałam. Jaki z ciebie przystojniak, Mardżanow. Niezłe ciacho! Najgorętszy z brunetów!

— A nam na pewno wolno? Cholera, trzeba było zapytać profesora.

— I jak ty to sobie wyobrażasz? Wydaje mi się, że on by się nie zdziwił, gdybyśmy zrobili to już w sali szpitalnej.

Rusłan jęczy i wywraca oczami, w końcu rozpromieniając się w uśmiechu. Wychodząc spod prysznica, owija wokół bioder ręcznik i bierze mnie na ręce, ostrożnie niosąc do sypialni.

Zamyka za nami drzwi, wciąż trzyma mnie w ramionach i całuje. Najpierw czule, a potem zachłannie, podczas gdy ja wplatam palce w jego mokre włosy i gładzę mocne plecy. Nie spieszy się z odkładaniem mnie i rozumiem, że dzisiaj inicjatywa należy całkowicie do mnie.

Szeptem proszę, by mnie postawił, i miękko popycham go w stronę łóżka. Zrzucając szlafrok, zdejmuję ręcznik z jego bioder i obejmuję go za szyję.

— Mardżanow, pamiętasz, jak kiedyś, gdy wchodziłeś bez zaproszenia do mojego pokoju, marzyłeś o zrobieniu ze mną czegoś nieprzyzwoitego, jeśli zostanę twoją dziewczyną?

— Wciąż chcę to zrobić, Śniegu. To pragnienie nigdy nie mija.

— Więc na co czekamy? Znów jesteś w moim pokoju, a ja jestem teraz twoją dziewczyną. I tak wiernie sypiałeś obok przez te dwa tygodnie, że zamęczyłeś mnie widokiem swojej wspaniałości!

Rusłan śmieje się. Kładąc się do łóżka, opiera się plecami o ścianę i przyciąga mnie do siebie na uda. Całuje ramię, szyję, chowając usta pod moim podbródkiem. Gładząc moje plecy gorącymi dłońmi, szepcze mi do ucha tak bezwstydnie znajomo, że od jego słów po moim ciele przebiegają dreszcze.

— Jesteś dla mnie kimś więcej niż dziewczyną, Aliska. Jesteś moim Śnieżnym Marzeniem. Nie będziemy już czekać, ale żeby zrealizować wszystkie moje nieprzyzwoite sny, będziemy potrzebowali większego łóżka!

 
Kochamy się czule i ostrożnie. Napawamy się bliskością naszych ciał niespiesznie, nie rozdzielając ust ani rąk. Czując się nawzajem i oddając bez słów. A później, gdy leżymy w ciszy i Rusłan mnie obejmuje, mówi:

— Alicjo, chciałem powiedzieć o twojej ciąży… To, że jestem idiotą, jest jasne. Powinienem był wcześniej pomyśleć o konsekwencjach, a nie mądrzeć po szkodzie, tak jak teraz. Ale martwię się o ciebie. O to, jak to zniesiesz.

Powiedzieć, że o tym samym nie myślałam, byłoby nieprawdą. Ale nie jestem gotowa niczego teraz decydować.

— Ja też powinnam była myśleć. Tym bardziej że raz się już sparzyłam.

— Aliska, przysięgam, jeśli to nam się zdarzy jeszcze raz — Rusłan opiera się na łokciu i patrzy na mnie poważnie. — Poproszę Andriuhę, żeby mi wszystko porządnie zawiązał, co się da i w każdym możliwym miejscu!

— Jeszcze raz?! — unoszę na niego rzęsy ze zdumieniem. — Mardżanow, ty mówisz poważnie?

— To znaczy, nie to chciałem powiedzieć — Rusłan śpieszy z usprawiedliwieniem, ale ja już kładę dłoń na jego karku i odrywam głowę od poduszki, by pocałować go w usta.

— Dziecko to trudna sprawa, Rusłanie. Ale jeśli lekarz powie, że damy radę urodzić, postaram się, abyś zasmakował wszystkich uroków jego wychowania! I dopiero wtedy porozmawiamy o „jeszcze raz”.

— Rzucasz mi wyzwanie, Śniegu? — no tak, uśmiech wrócił — przekorny i czarujący. Ten chłopak zawsze uwielbiał się spierać. I co niemniej ważne, wygrywać.

— Kuszę perspektywami, tatusiu. Myślę, że tak będzie sprawiedliwie!