SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 56: Rozdział 22, część 2

Peatükk 56

Rozdział 22, część 2

Jego twarz nieoczekiwanie rozluźniła się i rozjaśniła, a ja zaczęłam wątpić, czy w ogóle przekonałam go swoim wyznaniem. Wyglądało na to, że moje argumenty wydały się poważne tylko mnie. Pytanie zawisło między nami niczym napięty mostek i już przygotowywałam się, by odpowiedzieć: „Być może tak”, gdy poczułam na policzku dłoń Sokoła. Delikatnie pogładził moją skroń, wsuwając palce we włosy. W tej chwili trudno było uwierzyć, że w tej dłoni drzemie siła zdolna rozliczyć każdego, kto mnie skrzywdził.

– Czyż, powiedz mi – zapytał nagle Artem, przysuwając się bliżej. – Jeśli odrzucisz wszystkie wątpliwości… tęskniłaś za mną? Choć trochę?

Chłonęłam skórą jego dotyk, czując znajome mrowienie przebiegające przez ciało i nie od razu znalazłam odpowiedź. Ale wyznanie w końcu wymknęło mi się z ust:

– Tak.

Artem pokręcił głową.

– I to wszystko, Czyż? Małe, ciche „tak”? Przez dwie noce odchodziłem od zmysłów, to mi nie wystarcza. Powiedz to, Anfisa! – zażądał, uśmiechając się kącikami ust.

Dobrze, że zajęcia już się zaczęły i bufet niepostrzeżenie opustoszał. Łatwiej było wyrzucić z siebie prawdziwe:

– Bardzo! – i dodać to, do czego bałam się przyznać nawet przed samą sobą, patrząc w bystre oczy mojego Sokoła. – Przecież wiesz, Sokolski, że tobie nie da się odmówić!

– No, gołąbeczki! Jeśli pojedzone, to proszę do wyjścia! – wychyliła się zza lady bufetowa Wala, zmiatając serwetką okruchy z witryny. – Gruchają sobie! W domu będziecie kręcić miłość i strzelać oczami, a ja muszę zamknąć bufet, sprzątnąć stoły i skoczyć do kuchni po nową partię wypieków. Chociaż pięć minut chcę popalić po ludzku bez was!

– Ojej, przecież mam kolokwium z angielskiego! – oprzytomniałam, zrywając się od stołu pod niezadowolonym spojrzeniem bufetowej. Cofnęłam się gwałtownie, o mało nie przewracając krzesła, potem odskoczyłam w bok. Policzki płonęły mi ze wstydu, torba wypadła z rąk… Boże, kompletnie straciłam orientację w przestrzeni. Nic dziwnego po takich słowach!

– Odprowadzę cię, Czyż. Chodź!

Artem podniósł torbę i odnalazł moją dłoń, mocno ją ściskając. Chwycił swoją kurtkę i skierował się do wyjścia. Szliśmy w milczeniu i zatrzymaliśmy się dopiero pod drzwiami sali, której szukałam. Ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem składał się niemal z samych kolokwiów i zaliczeń – pewnie Sokół też musiał się spieszyć na swoje zajęcia.

– No to idę, Artem? Muszę już.

– Anfisa!

– Co? – wciąż staliśmy, trzymając się za ręce. Uniwersytet, kolokwium, zaliczenia… W świecie naszych spojrzeń wszystko straciło znaczenie i przesunęło się gdzieś na peryferia świadomości, rozpuszczając się w innej rzeczywistości.

– Właściwie ci nie powiedziałem. Nie zdążyłem powiedzieć, że dużo myślałem i ty…

– Czyżyk! Proszę wejść do sali! – z otwartych drzwi, naprzeciwko których staliśmy, wyjrzał wykładowca i surowo ściągnął brwi. – Mało tego, Anfiso, że się pani spóźniła, to jeszcze ze swoim chłopakiem rozbija mi pani kolokwium! Młody człowieku – zwrócił się do Sokoła – niech pan wreszcie zostawi swoją dziewczynę w spokoju i da jej normalnie zamknąć sesję.

Bardzo dobitnie powiedziane! Rzeczywistość momentalnie odzyskała ostrość i granice. Miałam już wejść do środka, ale Sokół mnie zatrzymał i lekko musnął wargami moje usta pod surowym wzrokiem wykładowcy.

– Anfisa, tylko spróbuj znowu uciec, i tak cię znajdę – obiecał i dopiero wtedy mnie puścił. – I włącz telefon, tchórzliwy Czyżyku, obiecałem twojej mamie, że zmyję głowę jej córce.

– Artem, czy ty…

– Biegnij już! – Sokół uśmiechał się promiennie. – Do zobaczenia!

Kiedy szłam do swojej ławki, ja również nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wciąż widziałam przed oczami przystojną twarz Sokoła i lekki rumieniec na jego policzkach. To wszystko było poruszające nie tylko dla mnie. Kolokwium? Jakie kolokwium? Test leksykalno-gramatyczny? Myśli kłębiły mi się w głowie, serce waliło. Dopiero po dłuższej chwili zdołałam skupić się na nauce i cokolwiek napisać. I dopiero po czasie zauważyłam nieobecność Uliany.

– Nikołajenko! – pochyliłam się i cicho zawołałam kolegę siedzącego przede mną. – Siergiej!

– A? Co? – chłopak podniósł głowę i obejrzał się przez ramię. – Czego chcesz, Czyżyk? – zapytał. – Postanowiłaś się nade mną zlitować i pomóc w teście?

– Pudło – uśmiechnęłam się. – Sam myśl. Jesteś przecież „megamózgiem”, pamiętasz, jak się chwaliłeś na pierwszym roku? No to udowodnij, że nie kłamałeś, wierzę w ciebie. A nie wiesz, gdzie jest Kim? Gdzie się podziała? – wskazałam wzrokiem na puste miejsce w drugim rzędzie.

Chłopak wzruszył ramionami.

– Pojęcia nie mam. Widziałem ją na przerwie pod salą z Malwinem. Ale z Sewą kogo się nie zobaczy, więc może po prostu gadali o pogodzie. A co?

– Nic – szepnęłam, chmurząc się. – Pisz!

– Panie profesorze! – zawołałam wykładowcę dziesięć minut później, zamykając zeszyt. – Czy mogę wyjść?

– Czyżyk, to pani już skończyła? Oddaje pani pracę? – zdziwił się mężczyzna. Reszta grupy wciąż pociła się nad zadaniami.

– Tak, oddaję.

Wyszłam na korytarz, włączyłam telefon i wybrała numer Ulianki. Kim nie odbierała, więc musiałam zadzwonić do Leszki.

– Leszka, cześć, tu Fania. Powiedz, czy nie ma u ciebie przypadkiem Uli? – zapytałam ostrożnie.

– Nie, a co? – chłopak natychmiast się spiął. – Przecież powinna być z tobą na zajęciach. Nie ma jej?

– Tak, była – starałam się odpowiedzieć lekkim tonem. – Po prostu… po prostu się minęłyśmy, więc postanowiłam do ciebie zadzwonić. Skończyła wcześniej i gdzieś poszła, a ja jej szukam.

– Hm, no bywa – mruknął Leszka. – Nie, od rana jej nie widziałem. Chyba od rana – dodał niepewnie.

– Leszka?

– A?

– A Martynow jest w pobliżu?

– Sewa? – Leszy był zdziwiony. – Nie. Też gdzieś wyparował. Fania, a co się stało?

Bardzo nie chciałam niepokoić Leszki, a poza tym, prawdę mówiąc, nie miałam prawa wtykać nosa w życie prywatne jego siostry. Nie miałabym, gdyby Ula była mi obojętna.

– Nie, nic. Pa! Zadzwonię jeszcze.

Uliana znowu nie zareagowała na połączenie, więc sprawdziłam historię powiadomień. Dzwoniła mama, Sokół… Ostatnim nieodebranym było połączenie od Malwina. A właściwie kilka połączeń. Tym razem z dobrze znanego numeru.

Martynow odebrał natychmiast.

– Czekaj – powiedział zamiast powitania, a po kilku sekundach odezwał się znowu: – Zadzwoniłaś jednak? No proszę, Fania, jestem zaszczycony. Myślałem, że będę musiał dłużej czekać. Jesteś teraz dla nas osobistością nieosiągalną.

– Martynow, gdzie jest Uliana? – zapytałam wprost.

– Ze mną, a co?

– Jak to: z tobą?

– No tak to. Co cię to obchodzi, Czyżyk?

Nie miałam mu co zarzucić. Nic mnie on nie obchodził, gdyby nie moja przyjaciółka.

– Sewa, a co z Leszką?

– A może my coś do siebie czujemy? Naprawdę. Zdziwisz się, ale okazuje się, że ktoś mnie kocha – chłopak parsknął. – Właśnie to usłyszałem. I zamierzamy z Ulą miło spędzić czas. Nie masz nic przeciwko? – zapytał drwiąco. – Zresztą, Czyżyk, ty nigdy nie miałaś nic przeciwko. Żebyś chociaż raz coś powiedziała, a nuż bym posłuchał? A teraz, cóż, chyba przelecę twoją kumpelę, skoro tak bardzo tego chce, a potem popłaczę na jej piersi, mówiąc, jaką jesteś suką. Myślisz, że pozwoli bratu mnie skrzywdzić? – Malwin wybuchnął śmiechem. – Czyżyk, słabo znasz dziewczyny. Prawie nic nie będę musiał robić, ona zrobi wszystko sama. A potem można ją rzucić. Wierz mi, potrafię to rozegrać z klasą.

– Ale z ciebie gnida, Martynow!

– Nie jestem gnidą, Fania – odparł już poważnie. – Chcę odzyskać to, co moje. A twoja Uliana zasłużyła na lekcję – była ostrzegana! Ale jeśli zgadzasz się przyjść do mnie i porozmawiać o nas, to niech będzie, obiecuję, że nie będę się aż tak śpieszył. Jeszcze zdążysz nam przeszkodzić. Czerwony wieżowiec za uniwersytetem na rogu, niedaleko masz.

– Wal się!

Szłam korytarzem, nie wiedząc, co począć. Martynow miał rację – teraz nawet Leszka nie zdołałby otrzeźwić siostry. Sewa ma dość uroku, by zawrócić w głowie dziesięciu dziewczynom na raz. A może prawdę mówiąc, życie rzeczywiście każdemu z nas daje własne lekcje? Czy mam prawo decydować za Ulę?

Cholera. Cholera! Nie wiem. Położyłam torbę na parapecie, westchnęłam i usiadłam obok, chwytając twarz w dłonie.

Prawie się nie zdziwiłam, gdy Malwin dopadł mnie na schodach, zagradzając drogę. Do końca zajęć zostało jeszcze trochę czasu i byliśmy zupełnie sami.

– Myślisz, że on cię kocha? – zaczął bez wstępów, wbijał palce w moje przedramiona i przyciskał mnie do ściany. – Wyobraziłaś sobie, że jesteś mu potrzebna? Uwierzyłaś w tanie słówka Sokoła? Wiesz, że wczoraj nie pojechał do siebie sam? Nie wierzysz? Zapytaj Leszego. Często biorą sobie laski na spółkę, wczoraj też się nie nudzili. Może i tobą się podzielą przy okazji!

– Zjeżdżaj.

– Po co to zrobiłaś, Fańka? Co chciałaś osiągnąć? Chciałaś się zemścić? No to ci się udało. Do teraz nie mogę dojść do siebie. Niezłą lekcję mi dałaś.

– Martynow, natychmiast zabierz ręce!

– Nie wrócisz do niego. Nigdy! Rzucisz uniwersytet i oboje przeniesiemy się do innego miasta, rozumiesz? Wyjedziemy stąd w cholerę! Zapomnimy o wszystkim i zaczniemy od nowa! Nie obiecuję, że łatwo ci wybaczę, ale spróbuję. Bo ja to przynajmniej naprawdę cię kocham, ty idiotko!

Pokręciłam głową, patrząc mu prosto w oczy.

 – A ja ciebie nie. Nie!

Chłopak uśmiechnął się złośliwie.

–– Co, Fańka, w końcu ci zaswędziało? Zachciało ci się sprawdzić, jak to jest z innym? I co, podobało się?

– Tak – odpowiedziałam, sama nie spodziewając się, że się przyznam. – Lepiej niż z tobą.

Wargi Martynowa zacisnęły się, a ręce jeszcze mocniej ścisnęły moje ramiona.

– Czego ty nie rozumiesz? On już jest z inną! Ma cię gdzieś! Kim ty jesteś dla Sokoła? Nikim! Takich szarych myszek jak ty jest na tym uniwersytecie na pęczki. Czy ty naprawdę uwierzyłaś, że jesteś wyjątkowa?

– Zamknij się!

– Ani myślę! Mówię prawdę, Czyżyk. Co, boli? A może powiesz, że się mylę?

– Nie powiem – nie zamierzałam kłamać. – Tylko czego ty właściwie ode mnie chcesz, Martynow? Skoro jestem taka zwyczajna.

– Wszystko mi jedno, jak wyglądasz. Jesteś moja. Przyzwyczaiłem się do ciebie.

– Przyzwyczaiłeś się? – nie chciałam, a jednak uśmiechnęłam się gorzko. – Więc mówisz, że mnie kochasz?

– Tak – potwierdził.

– Ale nie jestem dla ciebie najładniejsza, tak?

– Przestań.

– Nie najmądrzejsza i nie najlepsza? Nie jestem ideałem nawet w najmniejszym stopniu?

Malwin zmieszał się.

–– Nie… jesteś lepsza – upierał się jednak. – Skoro zwróciłem na ciebie uwagę, to znaczy, że jesteś najlepsza. Źle mnie zrozumiałaś, Fania!

– A mnie się wydaje, że zrozumiałam idealnie. Idź do diabła, Martynow! – spróbowałam go odepchnąć. – Wolę być sama niż z tobą! Nawet jeśli… nawet jeśli dla Artema nie jestem wyjątkowa, on był ze mną szczerszy, choć wiedział mniej. I niczego mi nie obiecywał, w przeciwieństwie do ciebie, nie wyznawał mi miłości! I on na pewno nie wstydził się mnie tak jak ty! Puść mnie, słyszysz!

– Sewa?! – oboje odwróciliśmy głowy. Sokół powoli wchodził po schodach. – Ty?! – jego urywany oddech świadczył o tym, że jeszcze przed chwilą biegł. – Co ty tu do diabła wyprawiasz?

Malwin odwrócił się i odsunął nieco, ale mnie nie puścił.

– Cześć, Sokół, dawno się nie widzieliśmy – powiedział z drwiną. – Ja. Co, nie spodziewałeś się, przyjacielu? „Idź się przejść”, tak?

Artem zmarszczył brwi, zatrzymując się.

– Wyjaśnij to – rzucił, mierząc ostrym wzrokiem obcą dłoń trzymającą moje ramię. – Co to ma znaczyć, Martynow? Póki jeszcze możesz.

Mógł. I co więcej – bardzo chciał. Nie pamiętam, kiedy widziałam w moim byłym tyle determinacji.

– To, że ona jest moją dziewczyną jeszcze od szkoły, jasne?! I moją zostanie!

– Nie, nie jestem twoja – pośpiesznie zaprzeczyłam po raz kolejny. – Dawno już nie.

Artem odwrócił głowę i spojrzał mi w oczy.

– Więc to on, Fania? – w jego spojrzeniu błysnęło zrozumienie. – Ten, który do ciebie dzwonił… to Malwin?!

Milczałam, ale on i tak sam wszystko zrozumiał.

– Tak, to ona jest tą dziewczyną, o której mówiłem – potwierdził Martynow. – I jesteśmy razem!

Sokół patrzył na niego chłodno.

– Sewa, szczerze mówiąc, wszyscy myśleliśmy, że ta twoja szkolna miłość to bajka. Nic więcej niż wygodna wymówka.

– A wszyscy gówno mnie obchodzą! Nie, jak widzisz.

– Nigdy jej z nikim nie zapoznałeś i zawsze mówiłeś, że twoja dziewczyna studiuje w innym mieście, a ona przez cały ten czas była tuż obok?

– Kłamałem. Studiowałaby tam, gdyby tu nie przyjechała. Co ty do cholery wyprawiasz, Fańka! – Malwin obejrzał się na mnie. – Widzisz, do czego to doprowadziło! A prosiłem cię! Błagałem! Jakieś nędzne pięć lat i nigdy bym cię nie zostawił!

– Wychodzi na to, Martynow, że ty na jej oczach…

– A to, Sokół – Malwin naparł na przyjaciela – to nie twój interes, jasne?

Napięłam się, czując, że zaraz dojdzie do starcia. Wydawało się nieuniknione, a uścisk na moim ramieniu stał się bolesny. –

 Nie mój – zgodził się Sokolski i nagle krótkim ruchem uderzył chłopaka w bok. Szybko i pozornie lekko, ale palce na moim ramieniu natychmiast puściły, a ręka Malwina zwisła bezwładnie wzdłuż ciała. Jęknął i cofnął się o krok. – To nie był mój interes, Sewa – zauważył sucho Artem – dopóki nie spotkałem Anfisy. Teraz bardzo mnie to dotyczy. Nie chcę wiedzieć, co was łączyło w przeszłości, ale teraz ona jest ze mną. Mówię ci to prosto w twarz, gdybyś sam się nie domyślił. I nie lubię, kiedy dotykają jej cudze ręce. Zapomnij o niej! Albo daję słowo, że pomogę ci zapomnieć!

– Artem, proszę, nie rób tego! – zakryłam twarz dłońmi, widząc, jak mocno zacisnęły się pięści Sokoła, a w jego oczach zapłonęła stal. Domyślałam się, do czego jest zdolny – wieści o jego bójkach zawsze go wyprzedzały, a jego przyjaciel wiedział o tym najlepiej. Nie było wątpliwości, który z nich wyląduje zakrwawiony na podłodze. Ale moja krwiożerczość spała, chciałam po prostu odejść z Artemem. – Proszę!

– Czyż? – w oczach Sokoła na moment mignęła konsternacja i coś na kształt bólu. Jego ręce opadły, a usta rozchyliły się, jakby potrzebował gwałtownego wdechu.

Głupek! Naprawdę pomyślał, że przestraszyłam się o Malwina jako o swojego chłopaka? Że choć przez sekundę mogłabym żałować przeszłości? Po tym wszystkim? Czy on w ogóle pamiętał, co mu wyznałam w bufecie?

Że nigdy, nigdy, nigdy nie będę w stanie z niego zrezygnować! Boże, chyba wpadłam po uszy.

Podeszłam i objęłam Artema w pasie. Mocno przytuliłam się do mojego Sokoła, kładąc policzek na jego piersi. Na moją potylicę natychmiast miękko opadła jego dłoń.

– Anfisa…

– Nie chcę, żeby on cokolwiek dla nas znaczył. Niech spada! Dawno już mu odpuściłam.

I nie kłamałam. Naprawdę dawno zostawiłabym tę stronę życia za sobą, gdyby nie przypominała o sobie raz po raz.

Za moimi plecami rozległ się gorzko-zły śmiech Malwina.

– Odpuściłaś? Głupia jesteś, Fańka! Znalazłaś sobie zamianę – na Sokolskiego! Czym on jest lepszy? Znam go, pobawi się tobą jak kot z myszą i wyrzuci, po drodze przyduszając. Myślisz, że jesteś jedyna? – chłopak zaśmiał się. – Naiwna! Widziałem, jakie dziewczyny zostawiał. Rzuci cię, wtedy do mnie nie przychodź, słyszysz! Nawet jeśli przypełzniesz – nie wybaczę!

– Zamknij się już, Sewa. Proszę po dobroci – warknął Artem.

– Gratuluję, Sokół! Wyglądasz na bohatera. Zobaczymy tylko, na jak długo ci starczy zapału – uśmiechnął się krzywo Malwin. – Patrz tylko, żebyś się nie zabawił z Czyżykiem za bardzo. Może na nią poczekam, kto wie – polizę rany! Zbyt długo się z Fańką znamy, żeby tak po prostu o mnie zapomniała – poruszył podbródkiem. – Nie sądzę, żeby kłamała, że nic jej nie obiecałeś.

– Nie, nie obiecałem – przyznał Sokół.

– No właśnie. Mówię przecież, że cię znam. Naprawdę jeszcze nie nauczyłeś się nawijać makaronu na uszy?

– Nie było potrzeby – odparł Artem. – A o wielu rzeczach nie zdążyłem powiedzieć, to prawda. Nie każdego dnia dociera do człowieka, że kocha. I nie od razu znajduje słowa. Ale one nie są dla twoich uszu, Martynow. Więc jeśli nie jesteś idiotą, resztę dopowiedz sobie sam.

– No dawaj! To opowiedz jej, kogo wczoraj kochałeś-przeleciałeś, bohaterze, kiedy jej nie było? Widziałem, że wyszedłeś z baru nie sam. Swoją drogą, jak było, co, Sokół? Świetka to lala! Szmata, wiadomo, jakich mało, ale za to jak się rusza w łóżku...

Zamarłam w ramionach Sokoła, on też zesztywniał, by po chwili powoli odsunąć mnie na bok. A już sekundę później pięść Artema wbiła się w twarz Malwina, rzucając go na ścianę.

– Ale z ciebie szuja, Sewa! Jeszcze gorsza, niż myślałem.

Martynow nie od razu zdołał odpowiedzieć, ale podniósł głowę.

– Nic to, jakoś przeżyję twoje rozczarowanie… przyjacielu – splunął krwią na podłogę. – Fańka, naprawdę mu wierzysz? – zapytał gorzko, zwracając twarz ku mnie. – Jeszcze nie jest za późno, żeby powiedzieć „nie” i wyjechać. Uwierz mi, Czyżyk! Przecież zawsze mnie kochałaś, o wszystkim będziemy mogli zapomnieć!

Wierzyłam, nic nie mogłam na to poradzić. Wierzyłam! Ale nie jemu.

– Zaryzykuję, Martynow, i spróbuję być szczęśliwa – odpowiedziałam, czując, jak ręce Sokoła znów mnie oplatają, przyciągając do jego piersi. – Nawet bez obietnic. Tym bardziej że znam ich cenę dzięki tobie.

Nie zdążyliśmy odejść, gdy między nas a Malwina wpadł jak huragan Leszka. Chwytając przyjaciela za klapy kurtki, Leszy podniósł go i przycisnął do ściany.

– Coś ty jej zrobił, ty gnoju?! Co?! – wrzasnął. – Gadaj! Dlaczego ona ryczy?! Zabiję cię, Sewa! Zabiję, rozumiesz?! Oderwę ci jaja! Ciesz się, że nie dopadłem cię pierwszy – dałem ci jeszcze pożyć, ty draniu!

Głos Martynowa jednak nie drżał. Brzmiał złośliwie i obojętnie, jakby było mu już wszystko jedno.

– Z kim? Z Czyżykiem? Precyzuj, Lechu, bo dzisiaj wszystko wolniej do mnie dociera.

– Z moją Ulianką! Martynow, do jasnej cholery! – Leszy uderzył pięścią w ścianę. – Nie udawaj!

– A co niby miałem jej zrobić? Przecież to siostra kumpla. Nawet jej nie pocałowałem, chociaż bardzo chciała. Herbatą ją napoiłem, ale to chyba nie jest śmiertelne?

Obejrzałam się, ale Sokół już miękko ściągał mnie w dół schodów. Powiedział, całując mnie w skroń:

– Chodź, Czyż, oni sami się dogadają, a ja zabieram cię do domu. Odzyskuję cię. Nie bój się, nie dam ci czasu na wspomnienia. Po prostu nie będziemy go na to mieć.