SOVABOO

Bri & Kai. Serce wie

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Rozdział 2/2 · Strona 1 z 250%

Kelnerka Mary jednak wyrzuciła nas z dinera około pierwszej w nocy. Na drogę wręczyła nam dwa papierowe kubki ze świeżym espresso, zamknęła za nami drzwi i stanowczo odwróciła tabliczkę na „Closed”.

Nocne powietrze kampusu po dusznym lokalu pachnącym frytkami i burgerami wydało się chłodne i czyste. Na asfalcie błyszczały drobne kałuże po niedawnym deszczu. Szliśmy pustą ulicą ramię w ramię, oświetlani przez rzadkie, przygaszone latarnie, i nawet nie wiem, dlaczego nie rozeszliśmy się każde w swoją stronę.

Kai wsunął rękę do kieszeni wiatrówki, ja ściskałam palcami ciepły kartonowy kubek i przez pierwsze pięćdziesiąt metrów milczeliśmy. Nie dlatego, że nie było o czym mówić, tylko dlatego, że dzień został za nami, a my oboje trawiliśmy wyznania, które wylaliśmy na siebie przy lepkim, wytartym stoliku.

— Dzięki za towarzystwo, tak w ogóle – pierwszy przerwał ciszę Kaylen, kiedy dopiliśmy espresso i zatrzymaliśmy się pod latarnią, żeby wyrzucić kubki do kosza. Odwrócił się i spojrzał na mnie. – I za szczerą konsultację, Bri. Musiałem to usłyszeć.

— Polecam się – gorzko się uśmiechnęłam, unosząc wzrok znad mokrego asfaltu. – Dla ciebie wszystkie konsultacje gratis. Ale jeśli naprawdę chcesz odzyskać swoją dziewczynę, zapomnij wszystko, co nagadałam. Kiedy chodzi o sprawy osobiste, głupio słuchać cudzych rad. Po prostu dzisiaj trochę nie jestem sobą, inaczej raczej nie powiedziałabym ci tego, co powiedziałam.

— Rozumiem, nie przejmuj się.

Z tęsknotą spojrzałam w ciemną głębię parku, za którym, jeśli przejść jeszcze kilka przecznic i boisko sportowe, znajdował się mój akademik.

— I zgubiłam na parkingu walizkę z rzeczami – westchnęłam, przypominając sobie stratę. – Za to teraz nie będę hałasować kółkami na całą ulicę i przeszkadzać ludziom spać. Widzisz, umiem znajdować plusy w totalnej katastrofie.

— Myślisz, że walizka nadal tam jest? Twój były mógł ją podnieść – zasugerował Kaylen.

Wzruszyłam ramionami bez przekonania:

— Nie wiem, pewnie tak. Najważniejsze, że torebkę z kluczami i telefonem mam przy sobie. Jutro poproszę któregoś znajomego chłopaka, żeby pomógł mi jej poszukać. Sama do tamtego parkingu teraz za żadne skarby się nie zbliżę.

— Bri, odprowadzę cię – zaproponował Kaylen. – Jest już późno, a dla mnie to żaden problem. I tak nie zasnę do rana.

Miał rację. Z parkingu leciałam na oślep, zapominając o całym świecie. Ale iść samej przez pusty, ciemny park kompletnie mi się nie uśmiechało.

— No, chyba że naprawdę nie zaśniesz…

Zdążyliśmy zrobić zaledwie kilkanaście kroków, kiedy nagle gwałtownie zatrzymałam się pośrodku pustej alejki i zastygłam. Kaylen też zahamował. Odwróciwszy się do mnie, pytająco uniósł brew.

— Bri?

 

Zawsze wyróżniałam się racjonalnym myśleniem i trzymałam się zasad, słowo daję! Starałam się żyć tak, żeby potem nie musieć wstydzić się swoich czynów. Ale co, jeśli się myliłam? Czy dzisiejszy wieczór nie udowodnił mi tego lepiej niż jakiekolwiek wzory?

Ile czasu minie, zanim przełknę ogromną gulę krzywdy, złości i nie uduszę się rozczarowaniem?

Mam złamane serce, rozmazany tusz i przeklęte poczucie w duszy, że jeśli teraz zrobię choćby jeszcze jeden krok… to skręcę w złą stronę!

Odwróciłam się do chłopaka, podniosłam głowę i zdecydowanie spojrzałam prosto w jego niebieskie, uważne oczy.

— Kai, zrozumiałam, czego nam trzeba. Powinniśmy się ze sobą przespać. Dzisiaj! A najlepiej od razu. Dasz radę? – wypaliłam bez najmniejszego zająknięcia.

Kaylen znieruchomiał i z zaskoczenia wyjął ręce z kieszeni. W półmroku ulicy dobrze było widać, jak uniosły mu się brwi. Ale jeśli go zaszokowałam, próbował ten szok ukryć.

— Briar, jesteś pewna? – chociaż nie, głos jednak mu siadł.

— Jak nigdy! – zrobiłam krok w jego stronę, odgarniając z policzka potargane wiatrem kręcone pasma. – Znam siebie, Kai. Z Travisem koniec, temat zamknięty. Ale jutro wszyscy dookoła znowu zaczną mi truć, że nie można żyć samą nauką i że pilnie potrzebuję chłopaka. „Bri, nie jesteś arkuszem w Excelu, jesteś żywym człowiekiem”. Ulegnę, znowu uwierzę jakiemuś kretynowi, zbuduję sobie różowe zamki na piasku, oddam mu dziewictwo, a on po tygodniu prześpi się z kimś w swoim pickupie. Nie, lepiej ty! Ty przynajmniej nie będziesz musiał mnie okłamywać.

— A ty z Sandersem nie…

Wycelowałam w Kaylena palec, natychmiast zmieniając się w groźną Briar Adams.

— Tylko nie waż się z tej waszej męskiej solidarności uznać, że sama jestem sobie winna. Trev mógł uczciwie powiedzieć, że potrzebuje innego związku, nie trzymałabym go, możesz mi wierzyć! W każdym razie byłoby to uczciwsze niż zabawianie się z inną za moimi plecami!

— Bri, będziesz żałować – powiedział Kaylen poważnie, patrząc na mnie niemal ze współczuciem, i na sekundę straciłam impet. Ale nie ustąpiłam.

— Słuchaj, rozumiem, że wyglądam koszmarnie. To nie jest najlepszy wieczór w moim życiu i możliwe, że nie jestem w twoim typie…

— Daj spokój, Briar, nie o to chodzi. Sama wiesz, jak wyglądasz. Nawet teraz.

Jasne błękitne oczy i długie kasztanowe włosy, dziedzictwo po babci Irlandce, wyróżniały wszystkie kobiety w naszej rodzinie. Najpewniej o to mu chodziło.

— Możliwe, ale dla mnie to nigdy nie było najważniejsze. Kai, ty na pewno wiesz, co robić z dziewicą. Czuję, że ci ufam… choć znamy się dopiero dwie godziny. Wiesz, prawda?

Chłopak przygryzł wargę i spojrzał na mnie spode łba. Powoli odgarnął ręką włosy z czoła.

— Nie.

Urwałam:

— Jak to „nie”? A twoja była i związek od liceum?

Kaylen znowu wsunął ręce do kieszeni, nieruchomiejąc w miejscu.

— Pokłóciliśmy się w jedenastej klasie, a ona przespała się z bratem swojej przyjaciółki, „kozackim absolwentem”. Potem on ją rzucił…

— I przyszła do ciebie?

— Mniej więcej.

— O cholera!

— Zgadzam się.

— I wybaczyłeś? Proszę, powiedz, że nie.

Kai ciężko westchnął, wpatrując się w ciemność nad moją głową, i niepewnie wzruszył ramionami.

— Zamierzałem powiedzieć „nie”, ale była bardzo przekonująca.

Nie wytrzymałam i cicho się roześmiałam:

— Och, nic nie mów! Już to widzę: ty, ona, a między wami słowa o wiecznej miłości i jej majtki. To był twój pierwszy raz, prawda? – domyśliłam się.

Teraz Kaylen też się uśmiechał, znów patrząc na mnie. Na jego policzku na moment pojawił się niewiarygodnie uroczy dołeczek. No proszę, ten dzień nie kończy się aż tak źle, skoro przestaliśmy się dołować.

— Zgadłaś – przyznał.

— To wpadłeś, chłopcze! – żartobliwie szturchnęłam go pięścią w bok. – Nie miałeś żadnych szans się wymknąć! I jak poszło? No dalej, przyznaj się, Kai! Naprawdę mnie to ciekawi. Obiecuję, że jutro wszystko zapomnę. Słowo harcerza!

I kiedy już pomyślałam, że Kaylen z męskiej dumy przemilczy sprawę, nagle ze śmiechem wypalił:

— No, uwinąłem się w jakieś trzy sekundy.

Roześmiałam się szczerze, a Kai mi zawtórował. Od naszego śmiechu gdzieś w krzakach zerwał się ptak i zaszeleściły korony drzew. Zamilkłam pierwsza i znowu spojrzałam na chłopaka. Odezwałam się już bez cienia żartu:

Rozdział 2 / 2 · Strona 1 z 2