SOVABOO

My nad oceanem

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Rozdział 7/23 · Strona 2 z 328%

— Mnie nie! — upiera się Amber. — Nie znoszę zarozumialców, szczególnie z kiepską pamięcią! Lubię „Złote Orły” i osobiście życzę im zwycięstwa! Ale będę po stronie Palmera — przynajmniej przez cały ten czas nie udawał mojego przyjaciela. Poczekaj tylko — przyjaciółka znowu marzycielsko się uśmiecha — ja się tylko dowiem, z kim się spotyka, i wykręcę w gazecie taką intrygę! Taką! Żaba Kate pęknie ze złości!… Mogą ją nawet wybrać królową szkoły, ale na pewno nie będzie jedyną osobą, o której wszyscy mówią. Och, aż mnie ręce świerzbią!

Zanim wrócimy do redakcji do Zachary’ego i Roana, musimy jeszcze zajrzeć do sali gimnastycznej i przygotować mały reportaż o szkolnej drużynie cheerleaderek „Czerwone Lisice”. Nic niezwykłego: po prostu opowiedzieć, jaka jest wspaniała i popularna, by zwrócić uwagę uczniów oraz mieszkańców Sandfield Rock na szkołę Ellison i nowy sezon sportowy.

Ani ja, ani Amber nie chcemy iść do sali gimnastycznej, ale praca jest najważniejsza, więc przywołujemy Phoebe, która przez cały ten czas bezwstydnie gapi się na chłopaków, stojąc na skraju boiska z notatnikiem…

— Co, dziewczyny, już czas iść do terrarium z wężami? — wyrzuca z siebie dziewczyna, podbiegając do nas, i wyciąga ciekawską buzię. — Wyobrazimy sobie, że tresujemy kobry, tak?

— Phoebe! — Amber dziwi się z naganą w głosie, ale niezbyt przekonująco, żeby uwierzyć w tę naganę. — Co ty mówisz? To po prostu miłe lisiczki.

— Ekhm! — odchrząkuję, ale Phoebe już lekko macha ręką.

— Dajcie spokój, dziewczyny, wszystko słyszałam w redakcji i nic przeciwko temu nie mam! Kiedy Cynthia nazwała mnie ślepą owcą, bo przypadkiem potrąciłam ją na korytarzu, te waniliowe jędze też przestały mi się podobać! Udają księżniczki Disneya, a tak naprawdę są…

— Żabami! — ostrożnie kończy Ambi. — Śliskimi i obrzydliwymi. Obrzydliwymi…

— Właśnie! Brrr! — Phoebe z zadowoleniem kiwa głową i wzdryga ramionami, a ja smutno się uśmiecham, rozumiejąc, że Zachary nie pomylił się co do nowej stażystki.

— Widzisz, Couch, jednak komuś w tym życiu można zaufać. Chodź już, treserko! — zwracam się do dziesięcioklasistki, kierując się ścieżką ku sali gimnastycznej. — Tylko patrz — śmieję się — kiedy wejdziesz do terrarium, nie zgub odwagi, jeszcze ci się przyda w gazecie!

 

Drzwi do sali gimnastycznej są otwarte, a trening „Czerwonych Lisic” już trwa. Gra muzyka, na niskich trybunach siedzą ciekawscy — na razie jest ich niewielu, ale wszyscy to nowi licealiści, którzy chcą spróbować sił w naborze i dostać się do drużyny. Bycie członkinią grupy wsparcia „Złotych Orłów” jest prestiżowe i tutaj, w przeciwieństwie do klubu szachowego, nigdy nie brakuje chętnych, by stać się popularnymi uczennicami.

Lisice trenuje pani Reese, ale teraz nie ma jej na sali, a Kate nie najlepiej wychodzi dowodzenie swoimi dziewczynami. Węże pozostają wężami, żeby nawet w terrarium żądlić się nawzajem.

— Energiczniej, mocniej, wyżej! Nancy, co z twoimi ścięgnami? Prosiłam, żebyś bardziej się rozciągała, a znowu nie jesteś gotowa! Może w ogóle nie masz tych ścięgien i zajmujesz tu cudze miejsce? W takim razie weź aparat od Bakera i możesz biegać po boisku, ile chcesz, tam nie potrzeba wiele rozumu. A mnie potrzebne są porządne wymachy nogami!… Uwaga, Lisice! Wszystkie: górny touchdown! Wymach do przodu, wymach w bok. Napiąć kolano!… O Boże, Leslie, nie mogę patrzeć na twój tłuszcz podskórny. Kiedy przestaniesz mylić usta ze śmietnikiem na jedzenie? Mam ci kupić wagę z czerwonym napisem „Przestań żreć?” Czy też wysłać do Bakera po identyfikator? Z Couch świetnie się dogadacie. Jej też, biedaczce, nikt nie chce podarować takiej wagi!

Jasne, już nas zauważyły, a Kate postanowiła zabłysnąć dowcipem przed swoją świtą.

Świetnie, tylko nikt się nie śmieje, a do jej jadu jesteśmy przyzwyczajone. Dziś zrobiła już wszystko, co mogła, więc nie spodziewam się po niej kolejnych niespodzianek, a uszczypliwości jakoś przetrwam.

Wchodzimy pewnie do środka — przed prasą w szkole Ellison wszystkie drzwi stoją otworem. Nie jesteśmy tu mile widziane, ale nie mają prawa nas wyrzucić. Zresztą same nie zamierzamy się zatrzymywać, więc Amber od razu to pokazuje, podchodząc do stolika trenerki i głośno ogłaszając do mikrofonu:

— Grubaska Amber Couch i najlepsza fotoreporterka Ashley Wilson, „Ellison News”! Minuta promocji, Lisiczki! Kto udzieli wywiadu?

Amber wyłączyła muzykę i dziewczyny się odwracają. Na sali zapada cisza, znajdujemy się w centrum uwagi, a najlepsze przyjaciółki mojej przyrodniej siostry, widząc nas, udają, że dopiero teraz nas zauważyły.

— Hej, Kate! Wygląda na to, że mamy nieproszonych gości.

— Tylko popatrz, kto nas zaszczycił! Pumba przywlokła Simbę. A kto to z wami, nieudacznice? — oglądają zastygłą Phoebe. — Nowa mieszkanka dżungli?… Hej, mała, nie chowaj się, nie gryziemy. Tylko żądlmy, bzzz… Jak osy. Ale chyba nie zamierzasz zbliżać się do nas na niebezpieczną odległość, prawda? Nawet nie próbuj!

Na trybunach jest mnóstwo ciekawskich oczu; większość z podziwem patrzy na najpopularniejsze dziewczyny w szkole w krótkich spódniczkach i topach, które postanowiły ustawić do pionu jakieś pyskate dziewczyny, ośmielające się bezczelnie wpaść do sali gimnastycznej. Tamara i Cynthia doskonale to rozumieją, więc spieszą stanąć obok swojej kapitan i wywrzeć wrażenie na nowych uczniach.

Krzyżują ręce na piersiach i patrzą na nas z drwiną.

Nie wiem, na jakie spotkanie przygotowywała się Phoebe, ale na pewno nie na to, że znajdzie się w centrum uwagi cool dziewczyn z ostatniej klasy. Dziewczyna czuje się nieswojo i cofa się. Chowa notatnik za plecami, rozglądając się po sprzęcie sportowym w sali. Nie jest gotowa na publiczną drwinę, więc zasłaniam ją sobą, starając się nie zaczerwienić i nie pokazać, jak bardzo krępuje mnie moje przezwisko.

— Zostaw ją w spokoju, Miller — zwracam się do Cynthii. — Jest stażystką i wykonuje swoją pracę. A my swoją! Nie jesteście żadnymi osami, raczej żmijami, ale udajmy, że nikt tego nie widzi. To będzie wywiad, czy mamy zlecić go sekretarce Moran? Ona uwielbia wabić osy kawałkami cukru, a potem…

— A potem gołymi rękami wyciągać im żądła! — Amber mi przytakuje, teatralnie trzepocząc rzęsami. — Świetnie jej to wychodzi, zwłaszcza w gabinecie dyrektora Gibsona! Kto jest przeciw zasadom szkoły Ellison, podlega dezynfekcji! Dziewczyny — Ambi szeroko otwiera oczy — naprawdę tego nie wiedziałyście?

Kate już potrząsnęła jasnym kucykiem i wyszła naprzód, opierając ręce na chudych biodrach. Wypycha biodro, spotykając moje spojrzenie.

Gdybym mogła, właśnie teraz wyszłabym, żeby nie widzieć drwiny i triumfu w jej błękitnych oczach. Takich samych wielkich i zimnych jak u jej matki. Takich samych, ale pozbawionych rodzicielskiego rozumu i przenikliwości.

— Znowu wy? — Kate udaje zdumioną. — Baker nie mógł przysłać kogoś innego? Ładniejszego?

— Nie! My tylko chciałyśmy… — Phoebe próbuje odezwać się dźwięcznie, ale blondynka od razu wyciąga w jej stronę palec, zmuszając ją do milczenia.

— A ciebie, puste miejsce, nikt w ogóle nie pyta! Przerwałyście mój trening, więc lepiej się nie odzywajcie, nieudacznice! To nie wasz kurnik! Mogłyście poczekać, aż was zawołają!

Rozdział 7 / 23 · Strona 2 z 3