Rozdział 8
Dzień szkolny się kończy i Trisha wsiada do samochodu swojego chłopaka Jake’a. Pożegnawszy się ze mną, Amber odjeżdża niewielką hondą, którą rodzice podarowali jej na ostatnią klasę, a ja odpinam swój nowy rower od stojaka, przewieszam torbę przez głowę na ramię, rozpuszczam długie włosy i zakładam kask — główny warunek, który obiecałam spełniać ojcu, jeżdżąc tym środkiem transportu.
Mam też prawo jazdy, ale pogoda jest ładna, a aktywność fizyczna po długim dniu to właśnie to, na co mam ochotę. Uwielbiam zostawać sama ze swoimi myślami i drogą, kręcić pedałami, zjeżdżać rano z pagórka i wracać pod górę. Poza tym dziś ojciec ma wolne, więc nasz samochód może mu się przydać.
Może. Ale czy naprawdę będzie go potrzebował?
Kiedy nauczę się odpowiadać sobie uczciwie? Kiedy do końca zaakceptuję rzeczywistość?
Żona ojca ma drogiego lexusa i zawsze oddaje kierownicę mężowi, jeśli jest obok. Tylko czasem wciąż chcę myśleć, że nadal jesteśmy z nim małą drużyną, która trzyma się razem i poradzi sobie ze wszystkim.
Wiem, że to egoistyczne i niewłaściwe. Już dawno powinnam wyrosnąć z myślenia, że ojciec należy tylko do mnie. W końcu i tak zrobił dla mnie w życiu znacznie więcej niż ktokolwiek inny i oczywiście zasłużył na prawo do szczęścia. Zbyt długo należał do swojej jedynej córki, próbując wynagrodzić jej brak uwagi matki, żeby mogło to trwać wiecznie. Wszystko zmieniło się łatwo, gdy pięć lat temu poznał moją przyszłą macochę, Patricię Harding.
Było lato, końcówka sierpnia, a popołudniowe słońce jasno oświetlało plażę i nadbrzeżną strefę za promenadą, pełną ludzi, kolorowych namiotów i atrakcji.
W tamtym roku departament policji zaproponował ojcu pracę w Karolinie Północnej, a my niedawno przeprowadziliśmy się z Illinois do miasta o nazwie Sandfield Rock. Zamieszkaliśmy w małym domku z zielonym trawnikiem i kupiliśmy nowy samochód.
W pierwsze wolne ojca poszliśmy na miejskie targi i dobrze pamiętam chwilę, kiedy jeżdżąc na diabelskim młynie, nie mogłam napatrzeć się na szeroki ocean pod nami i prosiłam ojca o jeszcze jedno okrążenie. I jeszcze jedno. Na wysokości wiatr porywał moje długie rude włosy, a z zachwytu, na widok horyzontu przed oczami — spienionych grzbietów fal, błękitnego nieba z różowawymi prześwitami i mew szybujących w nim — aż zapierało dech.
W namiocie starego, sprytnego Indianina, który sypał przysłowiami jak z rękawa, kupiliśmy ojcu fajkę pokoju, choć nigdy nie palił, a mnie bransoletki z koralików i skórzany wieniec na włosy, owinięty haftowaną wstążką, z którego przy skroni sterczały dwa ptasie pióra — białe i czerwone.
Od razu włożyłam wieniec na głowę i tak ruszyłam zwiedzać targi, podskakując na każdym kroku i uśmiechając się z przyjemności. Przy stołach do air hockeya zmierzyłam się z nieznajomym chłopcem o nagrodę, a wygrywając żółtego pluszowego miniona, z radości pocałowałam rywala w policzek i poszłam z ojcem oglądać wyścigi prosiąt.
Było głośno, musiałam zatykać uszy; prosięta kwiczały i biegły, gdzie popadnie, ale było ciekawie i wesoło. Czułam się odważna i nieustraszona, bo nie znałam w mieście nikogo, a nikt nie znał mnie. Właśnie przegraliśmy z ojcem pięć dolarów, zjedliśmy smażone ogórki konserwowe i popiliśmy je słodkimi pączkami. Śmiałam się tak, że aż bolał mnie brzuch. Kiedy zaś z targowego głośnika usłyszałam ogłoszenie o konkursie uśmiechów dziewczynek od dziesięciu do piętnastu lat o tytuł „Najsłoneczniejszego Uśmiechu Sandfield Rock”, od razu chciałam to zobaczyć.
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wziąć w nim udział. Pewnie udzielił mi się nastrój targów. Po prostu podniosłam rękę i wykrzyknęłam swoje imię. Potem razem z innymi uczestniczkami weszłam na podest, podeszłam do długiej ścianki z okrągłymi otworami na twarze i na komendę prowadzącego wsunęłam twarz w specjalne okienko. Uśmiechnęłam się do gapiów i widzów tak szeroko, jak tylko umiałam. Naprawdę, tak jak czułam.
Prowadzący najpierw odliczał sekundy, a potem zaczął liczyć minuty. Jedna minuta, druga, trzecia… Wielkie mi co! Przyjechałam do nowego miasta i nowego życia, wszystko mi się tu szalenie podobało, więc nadal uśmiechałam się do ojca i do wszystkich wokół, machając rękami ponad ścianką.
Ruda Simba we mnie była zadowolona, i to jak!
Dopiero później zauważyłam, że prawie wszystkie dziewczynki na tym konkursie były elegancko ubrane i uczesane. I z całą pewnością bez piór we włosach! Skąd miałam wiedzieć, że będzie tam Kate i że odbiorę jej zwycięstwo.
Dziewczynka obok mnie miała jasne włosy skręcone w loki, piękną sukienkę i łzy w oczach. Gdy widzowie ogłosili zwyciężczynię i zawieszono mi na szyi pamiątkowy medal, nagle brzydko mnie wyzwała i rozpłakała się. Wykrzyczała, że nie powinno mnie tu być, że jestem okropna, czy nikt tego nie widzi? Wszyscy wokół umilkli.
Stało się to niespodziewanie, ale szczerze mówiąc, wyglądało śmiesznie i dziwnie — nie byłyśmy przecież małymi dziećmi. Okropna? No nie wiem. Miałam na sobie koszulę w kratę, związaną w pasie, dżinsowe szorty i trampki. W zagrodzie dla prosiąt próbowałam skakać i dopingować swoje prosię, które przez cały czas biegło wszędzie, tylko nie do mety, i podrapałam kolana o drewniane ogrodzenie. Ale czy kilka małych zadrapań i pióra we włosach czynią człowieka okropnym?
Bzdury. Z dumą poprawiłam na szyi wielki medal i uśmiechnęłam się do nieznajomej. Nie chciałam obrażać się na dziewczynkę, która zachowywała się jak kapryśna księżniczka, przecież byłyśmy na targach. A targi na całym świecie urządza się po to, żeby ludzie się bawili — wszyscy to wiedzą!
— Zawsze będę nad oceanem i zawsze będę lepsza od ciebie! — nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Pewnie chodziło mi o nastrój. — Mogę oddać ci medal, jeśli to cię uszczęśliwi.
Jej matka też tam była i poprosiła córkę, żeby przeprosiła. Ale ona tylko tupnęła nogą i uciekła, znów nazywając mnie głupią rudą zarozumialką.
Jaka dziwna dziewczyna. Wzruszyłam ramionami i wkrótce o niej zapomniałam — z tatą poszliśmy na atrakcje, gdzie udało mi się potrzymać na ręce żywego orła przedniego i sfotografować ojca obejmującego ogromną dynię nowiutkim aparatem.
Wieczorem już w ogóle nie myślałam o nieznajomej. Z ojcem podlewaliśmy trawnik przed domem i oblewaliśmy się wodą z węża — upał był nie do zniesienia, a nie zdążyli nam jeszcze założyć klimatyzacji — gdy kapryśna dziewczynka z targów razem z matką stanęły na progu naszego domu.
Przyjechały drogim białym samochodem — dwie jasnowłose nieznajome, podobne do siebie, lecz zarazem różne: matka i córka. Kobieta wyjaśniła, że przyjechała przeprosić nas za to, co stało się na konkursie uśmiechów, że nie pochwala zachowania córki i cała sytuacja wyszła ogromnie niezręcznie. Moje zwycięstwo było zasłużone, a jej córka, Catherine, dobrze przemyślawszy swoje słowa i to, co wydarzyło się na targach, również tak uważa.