Rozdział 4
Oho! Mocne wyznanie. Spada na mnie jak worek mąki, aż gwiżdżę z wrażenia. Patrzę na brata, zakładając ręce za głowę:
– Ja pierdzielę! Stary, kompletnie ci odbiło!
Alex milczy w odpowiedzi, więc daję mu szansę.
– A może tylko ci się wydaje?
– Nie – odpowiada pewnie. – Już od dawna. Czuję to.
Chce mi się śmiać. Czas sentymentalnych Romeów skończył się w momencie, gdy Hugh Hefner wyprzedał pierwszy nakład „Playboya”, obu Kennedych przyłapano na zdradzie, a ludzkość wpadła na to, by kręcić porno. Jaka, do diabła, miłość?!
– Wiesz – odpowiadam bratu – kiedy w siódmej klasie Bridget Doe pozwoliła mi potrzymać się za piersi, poczułem coś takiego... Dopóki dwa razy nie spuściłem się w kiblu, nie mogłem się uspokoić!
Alex jęczy ze śmiechem. Podpiera się na łokciu i z siłą ciska we mnie poduszką.
– O Boże, Carter, zamknij się! – prosi. – Dlaczego chociaż raz nie możesz być poważny!
Potrafię być poważny, i to jeszcze jak, ale nie wtedy, gdy rodzony brat wygaduje takie bzdury!
– Bo od tych twoich wyznań, Al, zaraz rzygnę! Nie byłeś jeszcze z żadną dziewczyną, co ty możesz wiedzieć o miłości? To przecież oczywiste!
– A ty?
Alex odbija piłeczkę, a ja oddaję mu poduszkę. Opieram się gołymi plecami o ścianę i ostrzegam, celując w niego palcem:
– Nawet nie zaczynaj zawracać mi głowę takim chłamem! Nie mam zamiaru odpowiadać!
Ale Alex nie byłby sobą, gdyby też nie usiadł na łóżku i nie dodał uparcie:
– Ale to prawda! To jest naprawdę, rozumiesz? Lena jest dobra, mądra i bardzo ładna! – Na sekundę próbuje ukryć słowa za zawstydzeniem, ale chęć wygadania się wygrywa: – I ona też mnie kocha.
Ten dzień po prostu dobił mnie beznadziejnymi niespodziankami. Prycham z powątpiewaniem:
– Dziewczyna jak dziewczyna. Dwie ręce, dwie nogi... tyłek! Hm, w teorii powinna go już mieć, choć szczerze mówiąc, nie zauważyłem.
– Carter, jak się nie zamkniesz, to się obrażę! – grozi rozeźlony, a ja odpuszczam:
– Dobra, wyluzuj!
Wstaję z łóżka, podchodzę do okna i odsuwam żaluzje. Siadając na parapecie dokładnie tak, jak przed chwilą brat, wyciągam ze schowka pod nim paczkę fajek, zapalniczkę i odpalam. Zaciągam się, wypuszczając dym przez otwarte okno.
– Więc nie czaję, Alex – pytam. – W końcu pocałowałeś tę swoją Cyrankę? Czy znowu muliłeś jak głupek?
– Nie muliłem. Wszystko wyszło samo z siebie. Carter?
– Co?
Na dworze jest ciemna noc, pali się tylko latarnia przy domu Holtów. W oknie dziewczyny na piętrze tli się słabe światło lampki nocnej i nagle myślę o tym, jak długo Alex gapił się w to okno, zanim przyszedłem.
– Wydaje mi się, że będę kochał Lenę zawsze. Nie potrzebuję nikogo innego.
To wyznanie brzmi cicho. Może to wina nocy i zmęczenia, a może szczerości w głosie brata, ale w końcu dociera do mnie, jak brzmi uczucie ubrane w dźwięki i zrodzone z serca. I odechciewa mi się śmiać. Przez te słowa wiszące w pokoju nagle poczułem się jak obcy, który przypadkiem trafił do świata, o którego istnieniu nie miał pojęcia.
Słowa czasem nic nie znaczą, rozpadają się jak pył w powietrzu i ulatują z wiatrem bez śladu. A czasem ich ciężar jest tak namacalny, że własne życie w porównaniu z nimi wydaje się bladoszarą kropką zagubioną w stercie śmieci. Zmieć je, a nic nie zostanie.
Oczywiście mówię Alexowi coś głupiego – na nic innego nie stać mnie w tej chwili. Mogę tylko skrzywić się w półuśmiechu i zmrużyć oczy od dymu:
– No i jak ty czujesz tę pieprzoną miłość, Al? Którą częścią ciała? Chce ci się sprawdzić, co Cyraneczka ma pod spódniczką?
Nie obraża się, choć na to czekam. Chcę tego, sam nie wiem dlaczego! Ale zamiast się obrazić, Alex wstaje z łóżka, zapala lampkę i podchodzi do biurka. Otwiera górną szufladę, wyjmuje swój pamiętnik i otwiera go. Pokazuje mi.
Ten pamiętnik to coś bardzo osobistego, nigdy wcześniej do niego nie zaglądałem, ale teraz między zapisanymi stronami widzę szkarłatne pióro kardynała.
– Jedno pióro złapaliśmy z Leną podczas naszego pierwszego spotkania. A drugie dzisiaj, pod Białym Dębem, i wtedy ją pocałowałem. Właśnie tak, Carter, czuję miłość. Jak to pióro w moim pamiętniku, rozumiesz?
I podczas gdy ja patrzę na to oszołomiony, Alex zamyka zeszyt i chowa go z powrotem. Uśmiecha się do mnie, przeczesując palcami zmierzwione włosy – wciąż żywy, prawdziwy i szczęśliwy. W tę głuchą noc w naszej sypialni, rozświetlony uczuciem zdolnym przegonić mrok z każdego kąta.
Miną lata, a ja na zawsze zapamiętam go właśnie takim.
– I co teraz powiesz, bracie? – pyta mnie, wpatrując się w moje oczy, jakby miał nadzieję znaleźć w nich zrozumienie. Odbicie przepełniających go emocji i samego siebie – to zawsze było dla nas ważne. Ale, niestety, nie potrafię mu tego dać.
Nie mam nic do powiedzenia. Kręcę głową i duszę papierosa o parapet.
– Boże, Al, ale syf.