SOVABOO

Tylko ty

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Rozdział 2/46 · Strona 1 z 22%

Co robić - nie wiedziałam. Łóżko przybranego brata, tak jak wszystkie meble wokół, wydało mi się duże i wygodne, zupełnie inne niż stara, zapadnięta kanapa w domu babci. Ale to nie było moje łóżko, nie mój pokój i nie mój dom, więc, starannie złożywszy rzeczy na krześle, zwinęłam się w kłębek na jego brzegu, bojąc się pognieść świeżą pościel. Czułam się w czystej koszulce syna Galiny Jurjewny jak nieproszony, niechciany gość. A jednak moje rajstopy schły na kaloryferze, ciepły kardigan i sukienka wisiały na krześle... Macocha miała rację, gorąca kąpiel mnie rozgrzała i mimo wątpliwości w końcu zasnęłam, przykrywszy się skrajem kołdry.

W nocy śniły mi się szare oczy, wściekle patrzące na mnie spod ciemnej, nierówno przyciętej grzywki, a rano jednak się rozchorowałam i trzeba było znów wezwać lekarza.

Następne dwa dni minęły w łóżku, spokoju i przyjmowaniu lekarstw. Zaglądała do mnie macocha, ojciec odwiedził mnie dwa razy. Prawie cały czas spałam, a jednak słyszałam głosy przybranego brata i jego znajomych, dolatujące do mnie z sąsiedniego pokoju. Kiedy zza ściany oddzielającej nasze sypialnie dobiegał głośny, chrapliwy śmiech, mogłam się tylko domyślać, że ten śmiech dotyczy mnie, i jeszcze ciaśniej zwijałam się pod kołdrą. Albo, otuliwszy się babcinym kardiganem, wdrapywałam się na fotel przy oknie, podkurczałam pod siebie bose nogi i patrzyłam, patrzyłam na pierwszy grudniowy śnieg, delikatnym puchem okrywający podwórko i długą ulicę z szeregiem pięknych domów, zgrabnych w swojej nowości. Oglądałam okna zapalające się w wieczornym półmroku i wyobrażałam sobie za płótnem zasłon mieszkańców tych pięknych willi i zamków, odgrodzonych od siebie wysokimi kutymi płotami.

Od ojca dowiedziałam się, że osiedle, w którym mieszka jego rodzina, nazywa się Czerechino, i teraz z przyjemnością raz po raz smakowałam na języku tę śmieszną i melodyjną nazwę, podobną do własnego kichnięcia. Patrzyłam na wysoki pas sosnowego lasu widoczny w oddali. Na świerki kłujące i jodły, cieniutkie tuje, całkiem młode, zgrabne, rozsadzone w dekoracyjnym porządku na podwórku domu macochy i sąsiadów, i wyobrażałam sobie, jak pięknie musi tu być w Boże Narodzenie! Zupełnie inaczej niż w naszym szarawym fabrycznym miasteczku. Z jego pięciopiętrowymi chruszczowkami, drewnianymi piętrowymi domami i powojennymi stalinowskimi kamienicami, bladymi i niepozornymi.

W pokoju syna pani domu nie było telewizora, komputera nie umiałam włączać, telefon oddany mi przez ojca łączył mnie tylko z babcią… Drugiego dnia zebrałam się na odwagę i otworzyłam biblioteczkę brata, gdzie pięknymi rzędami stały nowe książki, wciąż pachnące farbą drukarską. Najpierw zaciągnęłam do łóżka „Zaginiony świat” Conana Doyle'a, a potem także gotycką powieść Anne Rice „Wywiad z wampirem”, niespodziewanie znalezioną na półce.

Ale weekend minął, temperatura ostatecznie spadła, i następnego ranka Galina Jurjewna pozwoliła mi zejść na dół, jeśli noc minie spokojnie. Wiedziałam, że tego ranka ojciec z macochą pojadą do pracy, i całkiem wyraźnie usłyszałam słowa, że o śniadanie zatroszczy się mój przybrany brat Stas, zostawiony w domu, żeby mnie pilnować, ale i tak zasypiałam ze strachem, pragnąc, żeby jutrzejszy dzień nigdy nie nadszedł.

Mój strach sam mnie odnalazł. Kiedy się obudziłam i odwróciłam głowę, siedział na moim łóżku (na swoim łóżku, jeśli mam być szczera), z nogą zgiętą w kolanie, oparty ramionami o ścianę, i patrzył na mnie chłodnym, nieruchomym spojrzeniem, bawiąc się brelokiem w długich palcach.

Zobaczywszy tak blisko szare, złe oczy Stasa, podskoczyłam w łóżku i cofnęłam się, szarpiąc ku sobie kołdrę.

– Nie tak szybko, siostrzyczko! – przybrany brat lekko złapał mnie silną ręką za nadgarstek, nie pozwalając mi po prostu zsunąć się na podłogę. – Dokąd się wybierasz? – wycedził przez zęby, zaciskając usta w cienką linię, przyciągając mnie bliżej do siebie, i obiecał: – Teraz przede mną się nie ukryjesz, skoro zawróciłaś matce w głowie. Nie jestem litościwą macochą, żebym dał się nabrać na twoje łzy.

Byliśmy w domu sami, bałam się i poprosiłam, żeby mnie puścił.

– Chciałabyś! – ciemna, nierówna grzywka jeszcze wilgotnych włosów opadła bratu na czoło, a on powoli odgarnął ją do tyłu, dając mi możliwość przyjrzenia się jego twarzy.

Poprzedniego wieczoru do północy czytałam historię wampira Louisa, całym sercem wczuwając się w mroczne wydarzenia z życia młodego plantatora, i teraz, w ciszy domu mojej macochy, jej syn, pochylony nade mną, wydał mi się niemal tym samym bohaterem powieści Anne Rice - pociągającym i bezlitosnym młodym człowiekiem, który zszedł ze stron książki.

Stas Frolow był piękny i rozpieszczony. I przebiegły. Nie bez powodu jego matka mnie ostrzegała. Pewność siebie i ukryte poczucie bezkarności łatwo było wyczytać w spojrzeniu przybranego brata, w jego cynicznie wygiętych ustach, a on dał mi dość czasu, żebym mu się przyjrzała.

– No, wystarczy! Nie jestem obrazem Picassa, żebyś się na mnie gapiła! A ty nie jesteś w Luwrze, żeby tak trzepotać oczami. Przestań udawać cholerną biedną owieczkę! Skąd ty się w ogóle wzięłaś, krewniaczko?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, czego ode mnie chce, więc posłusznie wymieniłam swoje miasto, dając bratu nieoczekiwany powód do śmiechu.

– Serio?! Szkielecie, naprawdę?! A ja miałem nadzieję, że mi się wydawało. Patrzę na starego i nie widzę w nim nic wspólnego z tobą! Nic! A ty przyjechałaś, wślizgnęłaś się do cudzej rodziny, w dwa ruchy owinęłaś sobie starych wokół palca wymyśloną chorobą… Jaki będzie następny krok, co, sierotko? Wkradniesz się w łaski macochy i wykurzysz mnie z własnego domu?

To była nieprawda, więc rozpaczliwie pokręciłam głową, zaciskając dłonie w pięści, żeby się nie rozpłakać.

– Nie.

– Tak! – złe palce ściągnęły materiał pod moją szyją. – Już wykurzyłaś! Do łóżka wlazłaś, ciuchy na siebie wciągnęłaś! Co, bałaś się swoim szmatławym odzieniem ubrudzić cudzą pościel? Tyle że ty wcale nie jesteś czystsza, nie licz na to! I nie marszcz mi tu słodkiej buźki, nie jestem moją matką! Łzy ze mnie nie wyciśniesz! Żebym cię więcej w swoich rzeczach nie widział! Zrozumiałaś? Jeszcze tego brakowało, żeby nosił je… byle kto…

To było niepojęte. Nic złego temu chłopakowi nie zrobiłam i nie mogłam zrozumieć takiej reakcji.

– Wypierzesz do czysta. A teraz zdejmuj! Zdejmuj, powiedziałem!

Wątpię, żeby w tamtej chwili mój przybrany brat naprawdę był zainteresowany oglądaniem mnie - chudej, chorej dziewczyny. Myślę, że znacznie ważniejsza była dla niego potrzeba odzyskania kontroli nad swoim życiem. Nad zwykłym porządkiem rzeczy, który towarzyszył mu dzień po dniu. Odzyskać pokój, ubrania, uwagę matki... Wszystko to, co mu się należało, dopóki w tym życiu nie pojawiłam się ja - znienawidzona przybrana siostra, która podstępem wkradła się na jego terytorium. I która, nagle jasno to poczułam, jeśli chciała na tym terytorium przetrwać, musiała nauczyć się bronić.

– Nie! – krzyknęłam i pokręciłam głową, przestraszywszy się własnego krzyku, który zabrzmiał żałośnie. – Powiem Galinie Jurjewnie – wyszeptałam prosto w rozgniewane oczy. I obiecałam: – Dam radę. Dam radę, zrozumiałeś!

– Ach tak?!

Rozdział 2 / 46 · Strona 1 z 2