SOVABOO

Tylko ty

Ch. 8: Rozdział 8

Rozdział 8

Rozdział 8/46 · Strona 1 z 215%

POV Stas

Złapałem podanie, zrobiłem krok i wyskoczyłem - piłka lekkim lobem wpadła do kosza.

– Świetnie, Frolow! Jest drugi rzut za trzy! – gwizdek trenera zatrzymał grę, a my wszyscy odetchnęliśmy, klepiąc się po ramionach.

– Niezła gra, chłopaki, ale stać was na więcej. Dużo więcej! – niezadowolony zauważył Marek Stiepanowicz. Im bliżej było do zawodów, tym surowiej trener nas cisnął, regularnie wyciskając z nas pot. Teraz też wszyscy byliśmy porządnie wykończeni, drugą godzinę z rzędu ganiając piłkę po boisku do koszykówki, ale nie miałem pretensji, oddawałem się grze. W przeciwieństwie do jęczących chłopaków potrzebowałem jakiegokolwiek ujścia. – Mam nadzieję, że pod koniec przyszłego tygodnia pokażecie znakomity wynik! Pamiętajcie: najlepsi gracze szkoły wezmą udział w mistrzostwach obwodu już w marcu! A potem dojdziemy i do zawodów regionalnych! Tak że jutro o trzeciej wszyscy jak jeden mąż macie być na treningu! A teraz, orły, do domów, żywo! I żebym za minutę nikogo nie widział na sali!

Ściągnąłem koszulkę i wytarłem twarz. Zarzuciłem ją na ramię, kierując się do wyjścia. Gdzieś na balkonie drugiego piętra pisnęły dziewczyny obserwujące grę, ale miałem to gdzieś. Jednej z nich odmierzyłem dziś już hojną porcję swojej uwagi, wystarczy. Nie zamierzałem odrywać od siebie kolejnego kawałka.

W pamięci wypłynęła blada, zimna twarz Mariny. Jak pochyliłem się ku niej i pocałowałem, tyle że nie poczułem smaku pocałunku. Nie poczułem nic, tylko obce usta i rozpaczliwy ruch własnych warg, które od razu zapragnąłem wytrzeć. Brutalnie. Spluwając na podłogę słoną śliną.

Tak samo lepką i gorzką jak teraz.

Znowu machinalnie otarłem usta i cicho zakląłem, wściekły na siebie za taką głupotę. Cholerny kretyn! O wiele bardziej od pocałunków podobało mi się to, co następowało po nich, i im śmielej, tym lepiej, kończąc się przyjemnością - ostrą, potrzebną jak powietrze. Dzięki moim dorosłym przyjaciółkom, które to rozumiały i nie nalegały. Cała reszta była stratą czasu.

– Stój, Frol! Musimy pogadać. Sam na sam.

Woropajew dogonił mnie już przy szatni, kładąc mi rękę na ramieniu. Lekko ją strząsnąłem, nawet nie patrząc na przyjaciela. Przez całą grę trzymałem go na dystans, a i teraz wciąż chciałem go uderzyć. O wiele bardziej niż odpowiedzieć:

– Dobra. Gdzie?

– Za szkołą.

– Możemy pogadać…

…Rzadko kiedy pomijałem go uwagą, ale teraz nie podałem mu ognia. Pstryknąłem zapalniczką przy twarzy i wypuściłem przed siebie dym, chowając ją do kieszeni. Jeśli Woropajew się zdziwił, nie dał tego po sobie poznać. Nie przejął się, pstryknięciem wybił z paczki papierosa i sam odpalił.

– Więc o czym chciałeś ze mną pogadać, Siwy? Mam nadzieję, że nie o Połozowej? Powiesz Rajewskiemu: niech startuje, mnie ona nie interesuje.

– Mnie też Lenka jakoś zwisa. Nie, nie o niej, o Marince.

Niełatwo przyszło mi zdziwienie, ale się postarałem.

– I? Co cię martwi, Siwy?

– Frol, no ty nieźle dajesz! Nie udawaj! – Woropajew uśmiechnął się ostrożnie, z napięciem wpatrując się w moją twarz. – Wiesz przecież, że Marinka od dzieciństwa za tobą usycha. Pamiętasz, jak w wieku dziesięciu lat pisała jak idiotka listy, a ja je nosiłem. Rżeliśmy wtedy z nich jak konie. Gdybym nie wiedział, że siostra sama nie ma nic przeciwko, już bym ci mordę obił, a tak…

– A tak co? Żałujesz czy się boisz?

– Daj spokój, Frol! Raczej nie rozumiem. Naprawdę postanowiłeś odpowiedzieć jej wzajemnością? Poważną wzajemnością?

To było dokładnie to pytanie, na które czekałem, i lekko odpowiedziałem na nie własnym, które martwiło mnie teraz o wiele bardziej niż sympatia siostry Woropajewa.

– A ty?

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy i chciałem wierzyć, że zrozumie. Sam domyśli się, o kogo właściwie chodzi.

Siwy zrozumiał. Na moment odwrócił wzrok, przygryzł wargi, przetaczając papierosa między zębami, żeby znów z uporem podnieść głowę i spojrzeć na mnie.

– Podoba mi się. Bardzo. Od pierwszego spotkania.

Cóż, nieprzyjemnie, za to uczciwie. Ręce znów same zacisnęły się w pięści, a krew popędziła żyłami, rozpalając skórę. Ja też nie zamierzałem kręcić przed przyjacielem.

– A mnie nie. Mam ją gdzieś.

Woropajew roześmiał się. Głucho, sztucznie, raczej pokrywając śmiechem napięcie, które pojawiło się między nami.

– Nie widzę problemu, stary! Nie rozumiem, dlaczego miałoby cię to obchodzić?

Chyba naprawdę nie rozumiał.

– Za to ciebie powinno, i to bardzo.

– Niby z jakiej strony? Mnie się podoba, tobie nie. Olej to, Frol! Życie jest piękne, kiedy się nim żyje! Pogódź się, i tak nie odpuszczę. Ale obiecuję nie pchać ci się przed oczy i być z dziewczyną ostrożnym.

Jego wesołość już porządnie mnie drażniła, tak samo jak jego nieprzenikniona tępota.

– Nie zrozumiałeś, Siwy – zgnieciony papieros poleciał precz, a plecak wskoczył na ramię. – Nie podoba mi się twoja siostra. Nigdy mi się nie podobała.

– Marinka?

– Dokładnie.

– Ale…

Nie chciałem tego demonstrować, ale sam mnie zmusił. Podnosząc rękę do twarzy, z odrazą otarłem usta pięścią.

– Głupia dziewucha. Tak, o nią też mogę się założyć.

No i teraz zapadła ta właściwa cisza, a w oczach pojawiło się zrozumienie. Wreszcie. I ani śladu śmiechu na zwiotczałych wargach.

– Nie zrobisz tego.

– Dlaczego, Siwy? Czym jest lepsza od innych? Do tej pory podobały ci się nasze zabawy.

– Nie.

– Tak.

– Nie!

– Tak, do cholery! Tak, Woropajew! Albo obaj się wycofujemy!

Złość bulgotała w gardle, pulsowała w skroniach, swędziała w dłoniach. Byliśmy gotowi rzucić się na siebie, ale i tak powiedziałem, już ciszej, choć nie mniej wściekle, wbijając złe palce w kołnierz przyjaciela:

– Nigdy nie podchodź do mojej przybranej siostry, bo pożałujesz. Ja i tylko ja będę decydował, z kim ma być! Kto, do kurwy nędzy, ma ją macać! Zrozumiałeś?!

Zrozumiał. Z nie mniejszą złością odrzucił moją rękę, ale się cofnął. Przecedził przez zęby, spluwając gorzką grudką urazy pod własne nogi.

– Nieoczekiwane, Frol. A pamiętam, że jeszcze niedawno mówiłeś coś zupełnie innego. Co, przybrana siostrzyczka ruszyła bogatego paniczyka Stasa? Żałosna biedna krewna?

Mimo wszystko go uderzyłem, zmuszając, żeby się zamknął. Patrząc, jak przyjaciel ociera rozbite wargi, przygotowałem się do następnego ciosu. To, co czułem, nie było jego cholerną sprawą i nie zamierzałem się przed nim tłumaczyć.

– Nienawidzę jej i to wszystko, co powinieneś wiedzieć.

 

POV Nastia

– Gala, przestań. Stas nie jest już mały. Dodzwoniłem się do niego, wszystko u niego dobrze, słyszysz? Jest na daczy u przyjaciół, niedaleko stąd. Świętowali urodziny, no i został. No czego się nakręciłaś? Przecież nie pierwszy raz.

– Ach, na daczy…

–  Gala…

– Szczeniak jeden! Dożyliśmy! Już matkę ma za nic! Grisza, przysięgam, jeśli ten darmozjad jeszcze raz wytnie coś takiego, sama własnoręcznie wyrzucę go z domu na własny garnuszek! Niech się trochę pomęczy, niech posmakuje życia, może wtedy zacznie doceniać rodziców!

– No po co tak, Galoczko? Wiesz przecież, że nie wyrzucisz. Chłopak dorasta, to nieuniknione. I tak wiecznie przy spódnicy go nie utrzymasz. No i charakterek ma po nas…

– Czy nie za wcześnie, Grisza, żeby pokazywać charakter?

– A czemu się dziwisz? Cały w ciebie! Sama mówiłaś, że nikt ci nie był autorytetem, no to on taki sam.

Rozdział 8 / 46 · Strona 1 z 2