SOVABOO

Tylko ty

Ch. 9: Rozdział 9

Rozdział 9

Rozdział 9/46 · Strona 2 z 218%

– Prawda. I mieszkali po sąsiedzku, w nowym zakładowym domu. A dokładniej przeprowadzili się, kiedy Griszka poszedł do dziesiątej klasy. Ojciec Anieczki był głównym inżynierem zakładu, oddelegowano go do nas ze stolicy, a matka - niby artystka. Kobieta młoda, okazała i rzadkiej urody. Anieczka mówiła, że przed ślubem jej mama pracowała jako aktorka w jakimś teatrze dramatycznym, ale szczegółów już nie pamiętam. Za to tę niezwykłą parę pamiętam, i ich starszego synka, Nikołaja - twojego wujka, jakbym widziała go teraz. Dumny był, pracował z ojcem. Oni byli z innej ligi niż my, a my nie byliśmy im równi, dlatego się nie znaliśmy.

W tym miejscu westchnęłam, jak wzdychałam już wiele razy przy opowieści babci, a ona znajomym gestem pogładziła mnie po ramieniu.

– Jak było, Nastieńko, tak mówię, z piosenki słów nie wyrzucisz. Ja tego swojego Griszkę sama wychowywałam, bez ojca, w komunałce, a tu rodzina z pozycją i szacunkiem. Jedna Anieczka była u nich cicha, już sama nie wiem, po kim taka się udała. Krótko mówiąc, jak zobaczył ją mój Griszka, tak oszalał. Chodził za nią jak cień, wystawał pod oknami domu. I podejść się nie odważał, i bez niej nie mógł. Ciągle miałam nadzieję, że przejdzie mu ta obłędna miłość. Gdzie tam! Dwa razy ściągałam tego głupka z dachu. Pierwszy raz, kiedy przyjaciel starszego brata oświadczył się Anieczce zaraz po zakończeniu szkoły, a drugi…  A za drugim razem jednak skoczył. Dobrze, że uratowały go balkonowe sznury i zaspa, którą dozorca nagarnął pod oknami. Cudem Griszka został przy życiu. A ja osiwiałam. Jednego dnia mogłam stracić oboje dzieci. Och, wnuczko, nie lubię wspominać tamtego trudnego czasu. Takie nieszczęście. Tylko ty jedna zostałaś nam z synem na pociechę. Wykapana Anieczka, ni mniej, ni więcej.

Weszła pielęgniarka, żeby zmierzyć ciśnienie i zrobić babci zastrzyk, a ja cichutko odsunęłam się na bok. Zeszłam do bufetu po kefir, później prześcieliłam łóżko. Posiedziałyśmy jeszcze trochę przy oknie, spoglądając na zapadający wieczór, opowiadałam babci o szkole i nowych przyjaciołach, aż sanitariuszka, która zajrzała do sali, przypomniała o czasie. O tym, że pora zamykać oddział dla odwiedzających.

– Och, Nastieńko, zasiedziałyśmy się z tobą! Straciłyśmy rachubę czasu! No, biegnij do domu, wnuczko, już całkiem się ściemniło! Ojciec będzie się martwił.

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Pewnie dlatego, że babcia była mi najbliższym człowiekiem i słowa same zerwały się z języka.

– Nie będzie. On mnie wcale nie kocha. I nigdy nie kochał.

– Nie mów tak, Nastia! Oczywiście, że kocha. I zawsze kochał. Co za głupoty?

– Nie.

Ale obie czułyśmy i znałyśmy sytuację głębiej, niż widać było na powierzchni, i babcia zmęczona westchnęła.

– Jemu wciąż trudno pogodzić się ze śmiercią Ani. Tyle lat minęło, a Grisza, jak przyjeżdża, tak za każdym razem niesie kwiaty na cmentarz. Nie może wybaczyć ani sobie, ani rodzinie jej rodziców. Pierwszej szkolnej miłości nie zapomina się tak łatwo.

– Ale ja? W czym ja zawiniłam, babciu?..

Szpital zamknięto i znów wyszłam na prospekt, gdzie paliły się już latarnie. Wtopiwszy się w strumień przechodniów, poszłam wzdłuż ulicy, postanawiając trochę się przejść. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się być tak późno samej w obcym mieście, ale nie miałam pojęcia, o której zacznie się i kiedy skończy impreza przybranego brata. Wcale nie chciałam go złościć, więc pozostawało mieć nadzieję, że zdołam odjechać ostatnim autobusem. Albo przedostatnim. A wtedy wrócą już rodzice. Przecież wrócą?.. Ciekawe, do której kursuje autobus i gdzie można sprawdzić rozkład?

– Przepraszam, nie wie pan przypadkiem, gdzie jest dworzec autobusowy?

– Który z nich jest ci potrzebny? Południowy?

– Ch-chyba tak.

– Pójdziesz kwartał w górę, tam wsiądziesz do tramwaju numer dwanaście i wysiądziesz dwa przystanki przed końcowym.

– Dziękuję.

– Przejechałaś, dziewczyno, trzeba wrócić.

– Dziękuję.

– Nie, stąd nie jeździ linia do Czerechina, to inny kierunek.

– Przepraszam…

Zajrzałam do kieszeni - pieniędzy zostało zupełnie mało, tylko na powrotny bilet autobusowy. Wyszedłszy z budynku dworca, rozejrzałam się. Ile jechałam tramwajem? Chyba nie aż tak bardzo długo. Jeśli będę się spieszyć, na pewno zdążę wrócić do szkoły, a stamtąd już do domu. Oby tylko jeszcze znaleźć drogę.

Czas w telefonie pokazywał dziewiątą wieczorem, trzeba było się spieszyć.

Szłam długo. Tak długo, że zmarzły mi ręce i nogi, zęby szczękały, a język prawie mnie nie słuchał. Skręcałam w centralne uliczki, jaśniejsze, starając się nie zgubić linii tramwajowej, ale i tak nie zauważyłam, kiedy się zgubiłam.

– Nie wie pan, gdzie znajduje się sto siódma szkoła?

– To jakiś żart? I to kiepski, trzeba przyznać…

– Proszę powiedzieć, w którą stronę jest Czerechino?

– Nie mam pojęcia.

– A nie wie pan…

– Poszłabyś do domu, dziewczynko! Noc na dworze! Gdzie twoi rodzice mają oczy!

– Przepraszam, a…

– Jesteś sama, maleńka? Co, naprawdę całkiem sama? Mógłbym cię odprowadzić, taka jesteś chudziutka. Ej, stój, dokąd uciekasz!.. Stój!

Nie chciałam dzwonić do ojca, za nic nie chciałam. Nigdy nie pokazywał, że czeka na mój telefon, i niemal bałam się tak nagle go niepokoić, przyznając się do własnej głupoty. Tym bardziej kiedy był daleko i prawie na pewno zbyt zajęty, żeby mi pomóc. Ale oprócz numeru telefonu ojca znałam tylko telefon babci, a dla niej wiadomość, że się zgubiłam, oznaczała pewny zawał…

– Tak, Nastia? Co? Źle cię słychać. Wybacz, z Galą jesteśmy tu trochę zajęci. Mamy w zakładzie dużą awarię produkcyjną! – W tle usłyszałam stukanie, męskie głosy i głośny, władczy głos macochy. – Porozmawiamy później, córeczko, dobrze? Dobrej nocy.

– Dobrej… Tato… Tato! – ale stary telefon ostatni raz mrugnął ekranem i zgasł.

Łzy potoczyły mi się z oczu. Na ulicach było ciemno i samotnie, i zupełnie nie wiedziałam, dokąd iść. Tylko śnieg wciąż sypał i sypał, zasypując miasto białą kaszą.

Historia trwa dalej...

Zaloguj się lub utwórz profil, aby czytać dalej.

Rozdział 9 / 46 · Strona 2 z 2