SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Rozdział 2/5 · Strona 1 z 320%

Żegnam się z dziewczynami przy domu i odchodzę w stronę alejki. Oglądając się na drogę, decyduję się pomachać Matthew ręką. On też zatrzymał się kawałek dalej i czeka, aż dojdę do domku, a na widok motocyklisty w czarnej kurtce moje serce bije jak szalone!

Uśmiecha się, czuję to, ale jest już późno i muszę wracać. Umowa z rodzicami była taka, że wrócę przed północą, a jest już trochę po.

Zdejmuję z nóg szpilki i idę boso po ścieżce wyłożonej płytkami. Cofam się w stronę domu, wciąż nie odrywając wzroku od chłopaka. I dopiero przy samych drzwiach odwracam się, zarzucając włosami…

— Cześć, Ashley. Wróciłaś? No i jak się bawiłyście?

W salonie są ojciec i Patricia. Siedzą na dużej kanapie i oglądają nocne wiadomości (jak zawsze, cicho o czymś rozmawiając). Ale kiedy się pojawiam, milkną i ściszają telewizor.

— Dobrze!

— I to wszystko? — ojciec dziwi się mojej krótkiej odpowiedzi, ale teraz stać mnie tylko na głupi uśmiech, więc podchodząc do rodziców, wzruszam ramionami:

— Impreza była po prostu świetna!

— Widziałaś Catherine? Ona też powinna już wrócić.

— Widziałam. Była z Seanem i jego przyjaciółmi.

— Och, Ashley… — macocha wydycha z niepokojem, odkładając na bok dokumenty, nad którymi zwykle siedzi do późna, ale spieszę ją uspokoić.

— Daj spokój, Pat! Sean to dawna historia. Mogę iść? Kocham was! — całuję oboje rodziców w policzek i, kręcąc się przez pokój, ruszam do schodów.

— Hm. Mnie się wydaje, Brian, czy twoja córka się zakochała?

— Wszystko słyszę!

— Wygląda na to — rozlega się za moimi plecami poważny głos, ale nie mam na to absolutnie żadnej riposty.

Teraz w głowie mam tyle różnych myśli, że próbuję uchwycić się tej najważniejszej, żeby nie zacząć dalej tańczyć, wbiegając po schodach — pora mi spać!

***

Jednak zasnąć się nie udaje. Płoną policzki, uszy, usta… i serce wciąż wali. Dawno wzięłam prysznic, zmyłam makijaż i nawet wysuszyłam włosy. Włożyłam piżamę i weszłam pod kołdrę… A Matthew i tak wciąż stoi mi przed oczami.

Matthew… Matthew… Matthew…

Co za wieczór! Nie wiem, czy w moim życiu będzie jeszcze drugi podobny, ale ten zapamiętam na zawsze!

Jeszcze długo leżę z otwartymi oczami, odrzuciwszy kołdrę na bok, i patrzę w sufit. Uśmiecham się, czując się szczęśliwa. Nie, nie mogę zasnąć — nie dzisiaj, nie teraz, kiedy wszystkie moje myśli są o niesamowitym Palmerze.

A co, jeśli rano się obudzę, a wszystko zostanie tak jak wcześniej?

W takim razie nie chcę takiego poranka. Niech ta niewiarygodna noc trwa jak najdłużej!

Kiedy w komunikatorze pojawia się przychodząca wiadomość, natychmiast siadam w łóżku i biorę telefon do ręki.

„Śpisz?.. Miss Uśmiech, nie odpowiadaj. W tak ciemną noc wszystkie grzeczne dziewczynki powinny spać. Niedługo świt, a ja nie mogę przestać o tobie myśleć…”

„Cześć) Nie, nie śpię. Ja też… nie mogę przestać)”

„Ashley, dasz radę wymknąć się z domu niezauważona? Chcę pokazać ci jedno miejsce”

„Myślę, że tak”

„Tylko ubierz się cieplej. Jeśli zmarzniesz, nie wybaczę sobie”

„Kiedy mam wyjść?”

„Czekam. Już tu jestem”

Zmarznę? Przecież wszystko we mnie płonie i długo jeszcze nie ostygnie!

Zrywam się z łóżka, zapalam światło i szybko się zbieram. Wkładam T-shirt, bluzę z kapturem, dresowe spodnie i sneakersy. Nie ma czasu bawić się z włosami, więc po prostu związuję je w niski kucyk i przerzucam na plecy. Widząc się w lustrze, przykładam dłonie do policzków — płoną i dobrze byłoby schłodzić je zimną wodą, ale Matthew na mnie czeka i w końcu się poddaję.

Kate wróciła z imprezy niedługo po mnie. Słyszałam na dole jej niezadowolony głos, ale teraz jest wpół do piątej rano i chcę wierzyć, że wszyscy domownicy mocno śpią. Ojciec też, święcie przekonany, że jego córka jest w domu.

Schodzę na dół, przemykam przez ciemny hol i cicho wymykam się na zewnątrz. Wychodzę alejką do drogi i od razu go widzę — młodszego Palmera.

Czarny motocykl stoi przy poboczu niczym cień, a chłopak nie rusza się przez cały czas, kiedy do niego podchodzę.

— Cześć, Matthew!

— Cześć, nocna piękności.

Zawsze, kiedy się spotykamy, patrzymy na siebie. Teraz prawie nie da się rozróżnić naszych twarzy, ale i tak jest sekunda, która znów nas łączy.

W ręce Matthew trzyma drugi kask. Podaje mi go i przesuwa się na siedzeniu.

— Wsiadaj. Dasz radę?

— Tak!

Siadam za chłopakiem i obejmuję go pod klatką piersiową. Pytam cicho, czując, jak dobrze moim dłoniom w tym objęciu.

— Dokąd jedziemy?

I znów wiem, że się uśmiecha, choć nie widzę jego twarzy.

— Za nic nie zgadniesz!

— A może lubię niespodzianki.

— W takim razie, Ash, lepiej szybko stąd zmykajmy, zanim twój ojciec się obudzi i wystrzeli mi ze strzelby w tyłek! Nie jestem pewien, czy wybrałem najlepszą porę, żeby cię porwać. Trzymaj się!

Wszyscy wokół śpią, a my zrywamy się ze wzgórza. Podejrzewam, że sam Matthew przywykł rozpędzać swoje czarne kawasaki jeszcze bardziej — do granic, ale ze mną nie ryzykuje. A jednak na szosie nabiera dość prędkości, żebym poczuła wiatr na twarzy i objęła go mocniej.

Wczorajszy wieczór nie został zapomniany, a bliskość chłopaka zawraca mi w głowie. Pędzimy przez miasto i zjeżdżamy ku wybrzeżu. Znów wjeżdżamy na drogę graniczącą z lasem. Jednak nie od razu poznaję miejsce, do którego mnie przywiózł, dopiero kiedy zatrzymujemy się na dużej polanie i silnik kawasaki cichnie, nagle rozumiem.

Trudno ukryć zdumienie, emocje też. Wstając z motocykla, zdejmuję kask z głowy i rozglądam się wokół.

— Poczekaj, Matthew. Ale to przecież… Urwisko?! — Odwracając się do swojego porywacza, wydycham z zachwytem: — I to naprawdę jest niespodzianka!

Chłopak też wstaje z motocykla i stawia go na stopce. Zdejmuje swój kask, przeczesuje ręką włosy i zostawia go razem z moim na kierownicy. Podchodząc do mnie bliżej, odnajduje moje palce.

— Tak, to Urwisko, Ash. Ale się nie bój, jesteś tu ze mną.

— Nie boję się — odpowiadam, i naprawdę tak jest, inaczej bym mu powiedziała.

— To miejsce potrafi być bardzo piękne, jeśli pozwoli mu się być sobą. Szkoda, że prawie nikt nie widzi prawdziwego Urwiska. Chodź!

Słyszę spokojny pomruk oceanu i jego słony oddech. Ale poza tymi dźwiękami jest tu tak cicho, jakby nigdy nie stanęła tu ludzka stopa.

Matthew bierze mnie za rękę, ciągnie za sobą, a ja starannie omijam te miejsca, które mogłyby temu zaprzeczyć i przy których jeszcze niedawno ktoś był.

Podchodzimy prawie do samej krawędzi skalistego Urwiska, które ma już tyle setek lat, że wiatr dawno wygładził jego powierzchnię, a ptaki obsiały ją rzadką trawą. I Palmer przyciąga mnie do siebie. Odwraca twarzą do oceanu, przyciska do piersi, obejmując pewnie.

Kiedyś pierwszą rzeczą, jaką poczułam po przyjeździe do Sandfield Rock, był wilgotny oddech oceanicznej bryzy. I oto znów go czuję — zapach soli, ozonu, spienionego przyboju i tej szczególnej, niepowtarzalnej świeżości, którą czuje się, stawiając bose stopy na wilgotnym piasku. Dotyka moich nozdrzy, wchodzi do płuc, a ja wdycham go głębiej, nieruchomym spojrzeniem witając ogromną czaszę oceanu rozciągniętą pod nami.

Cienką linię horyzontu rozświetla lekka różowa poświata. Jeszcze niewyraźna, już nieuchronnie przepędza mrok nocy, obiecując rychły świt i jasny poranek. Minie bardzo niewiele czasu, a ta poświata rozpali się w ognisko. Pokoloruje niebo i ocean tysiącem jasnych odcieni nowego dnia — i chyba zobaczę to jako pierwsza.

Rozdział 2 / 5 · Strona 1 z 3