SOVABOO

Kruche serce

Ch. 26: Rozdział 15, część 2

Розділ 26

Rozdział 15, część 2

Alicja

— Halo, Alicja?

— Dzień dobry, Eugeniuszu Leonidowiczu.

— Dzień dobry, Alicja. Przecież prosiłem, żebyś mówiła mi po prostu Eugeniusz. Czy to naprawdę takie trudne?

— Słucham pana, Eugeniusz.

— I „na ty”.

— To zupełnie zbędne, już mówiłam.

— Słuchaj, rozumiem, że wczoraj zachowałem się niewybaczalnie grubiańsko. Ale nie spodziewałem się zobaczyć cię w objęciach jakiegoś młodego bogacza. Powiedziałaś, że nie jesteś mężatką i że z nikim się nie spotykasz. A tu nagle wracasz do domu nie sama. Poniosło mnie!

— Niech pan posłucha, Eugeniuszu. Powiedziałam panu o sobie tylko dlatego, że jest pan moim lekarzem i przekonał mnie pan do szczerości. Nie dałam jednak powodu sądzić, że szukam pana uwagi poza murami kliniki. Wczoraj pozwolił pan sobie nazwać mnie „kłamliwą suką”, choć nie miał pan do tego prawa. W czym pana oszukałam — w pana oczekiwaniach? Jeśli tak, to nie ma w tym mojej winy.

— Jestem porywczym człowiekiem, Alicja. Mam ciężką i stresującą pracę. I tak, czasem ulegam nadmiernej ekspresji. Ale wobec ciebie to się więcej nie powtórzy, obiecuję! Opuściłaś wizytę i nie odpowiedziałaś na moją wiadomość, a ja miałem plany na wieczór. Chciałem go spędzić z tobą.

— Eugeniuszu Leonidowiczu, jestem pana pacjentką, a nie dobrą znajomą na wieczór. I nie dawałam panu osobiście swojego adresu domowego.

— Alicja, potrzebujesz mnie. Naprawdę tego nie rozumiesz? Jestem świetnym chirurgiem i jedynym, który jest w stanie ci pomóc.

— Rozumiem.

— Podobasz mi się. Dobrze, przyznaję — straciłem dla ciebie głowę! Zadowolona? Zrobię wszystko, żeby operacja przebiegła pomyślnie. Uda mi się to załatwić!

— Skoro pan może, to po co pan dzwoni? Dlaczego nie powie pan tego w klinice?

— Kto był z tobą wczoraj?

— Ojciec mojej córki. I to wszystko, co mam panu do powiedzenia.

— Dlaczego cię obejmował?

— To nie pana sprawa. Pan sam nie jest wolnym mężczyzną.

— Kto ci to powiedział?

— Pana pielęgniarka. Widocznie nie tylko ja czułam się nieswojo podczas ostatniej wizyty u pana. Ale pana życie prywatne to nie moja sprawa.

— Rozwodzę się, Alicja. I ty nie masz z tym nic wspólnego.

— To dobrze, bo nie zamierzam być trzecim uczestnikiem cudzego życia. I nie szukam związku, jak już mówiłam. Teraz zupełnie nie mam do tego głowy.

— Będziesz potrzebować nie tylko operacji, ale i długiej rehabilitacji. Ktoś bliski musi być przy tobie, i to nie ograniczy się do sali szpitalnej. Rozumiesz to?

— Niestety tak. I nie tylko to. Do widzenia, Eugeniuszu Leonidowiczu.

— Alicja, nie wygłupiaj się.

— Myślę, że będę szukać innego lekarza.

— Nie znajdziesz.

— Wszystkiego dobrego!

Rozłączam się i odkładam telefon jak najdalej od siebie, jakbym nie chciała wierzyć, że słowa Poreckiego okażą się prawdą i operację trzeba będzie odłożyć. Ale sama wiem, że będę musiała to zrobić — po prostu nie zniosę dłużej zainteresowania tego człowieka.

Boże, dlaczego problem pojawił się tam, gdzie nikt go nie oczekiwał? Najpierw drobiazgowe badania, potem dziwne oględziny i wprawiające w zakłopotanie spojrzenia oraz słowa. Teraz zaś jasność, że muszę zacząć wszystko od nowa, gdy poświęciłam już tyle wysiłku i środków.

A przecież nikomu nie opowiem, jak wiele kosztował mnie każdy krok.

Do tego jeszcze Rusłan… tak niespodziewanie bliski po sześciu latach. Wdarł się w moje życie i obudził to, co w nocy mnie ogłuszyło, każąc o wszystkim zapomnieć.

Chciałabym wiedzieć, skąd wziąć siły, by przejść przez wszystkie próby, które przygotował mi los.

— Mamo? Mamo!

Drzwi do kuchni otwierają się i wbiega Anusia, wyciągając do mnie rączki. Odwracam się do niej i chwytam jej dłonie.

— Co się stało, słoneczko?

— Tam jakiś pan dzwoni do drzwi! Mówi, że jest z dostawy, a ty nie odbierasz telefonu.

Mrużę oczy ze zdziwieniem, spoglądając w stronę przedpokoju.

— Dziwne. Nic nie zamawiałam.

Ale natychmiast przypominam sobie, że pół godziny temu dostałam wiadomość od Rusłana, w której pytał o kod do domofonu. A kiedy otwieram drzwi wejściowe, widzę na klatce schodowej dwóch młodych chłopaków.

— Alicja Śnieżna? Zaułek Winogronowy siedemnaście, mieszkanie dwadzieścia trzy?

— Tak, to ja.

— Widzę, że opisano nam panią idealnie. Proszę tu podpisać! I niech pani pozwoli, że sami wszystko wniesiemy. Pani mąż powiedział, że nie wolno pani dźwigać ciężarów.

— Mój… kto? — wydycham oszołomiona, widząc stertę pełnych toreb obok chłopaków.

Odsuwam się na bok, gdy oni chwytają je i mijają mnie, przekraczając próg przedpokoju.

— Niech pani nas o to nie pyta. Hej, mała, a to dla ciebie!

Jeden z chłopaków wyciąga z pudełka dwa pluszaki i podaje je Anusi. Jej oczy natychmiast się rozświetlają.

— Jakie piękne! Mamo, a kto je kupił? — pyta córka, zadzierając główkę. — Tata, tak?

Doprawdy, co za trudny dzień! A przecież dopiero się zaczął!

— Jest jeszcze krzesło dla pani dziewczynki. Poproszono nas, żebyśmy je wypakowali i złożyli — zauważa drugi chłopak, wnosząc do mieszkania podłużny karton z meblem. — Więc rozpakowujemy?

— Róbcie, co chcecie.

— Mamo, zobacz, to kucyk i panda! Nazwę ich Pinky i Theo! Zobacz, jakie Theo ma śmieszne uszka! Myślę, że jest bardzo grzeczny, a Pinky kocha tańczyć — tak jak ja!

Kiedy chłopcy wychodzą i drzwi się za nimi zamykają, córka woła mnie do kuchni, by pokazać nowe krzesło. Wyciąga zakupy z toreb z takim zachwytem, jakby to były prezenty od świętego Mikołaja. Przecież ja sama też się staram, żeby miała wszystko. Dlaczego więc dla Anusi tak ważne jest, że są od Rusłana?

— Mamusiu, to teraz moje krzesło? Tu jest napisane „Rośnij duża”. Pan powiedział, że ono się rozkłada. Ojej, zobacz, ma nawet podnóżek!

Nie, tego już za wiele!

Daję wątpliwościom tylko kilka sekund, po czym biorę ze stołu telefon i piszę do Mardżanowa wiadomość:

„Rusłan, po co to wszystko? Nie pozwoliłam ci”, czując, że tracę kontrolę nad sytuacją.

A także czując niepokój i zagubienie, bo spotkaliśmy się niecałą dobę temu, a teraz korespondujemy, jakbyśmy byli… kim dla siebie?

Przyjaciółmi? Kochankami?

Co mam teraz powiedzieć Anusi, żeby potem tego nie żałować? Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej, kiedy zdecydowałam się wrócić do miasta?

Mardżanow odpowiada natychmiast i bezkompromisowo. Nie odważam się tego przeczytać, szybko blokując telefon.

„Wyjdź za mnie”.

O, nie. Nie!

Ale telefon znów odzywa się nową wiadomością i tym razem to nie propozycja, lecz stwierdzenie:

„Możesz nic nie obiecywać, Śnieżna, ale nie zniknę”.

 

W parku po deszczu jest przepięknie. Nie ma słońca, ale przebija ono niewidocznie przez mlecznoszare chmury, które zaciągnęły niebo — wolne już od wilgoci, lecz jeszcze nieporwane przez wiatr. Żółte korony drzew spoważniały i zrzuciły liście na zielone trawniki oraz długie parkowe alejki. Te liście są jak słoneczne refleksy — błyszczące od wilgoci i soczyste, jeszcze nietknięte mrozem i niepoblakłe. Annusia biega po nich, wzbijając małe wiry i liściasty opad.

Już nakarmiłyśmy kaczki i po prostu spacerujemy. Lubię takie chwile, kiedy można spacerować alejkami, o niczym nie myśląc. Podziwiając córkę i uśmiechając się do jej dziecięcych radości. Ale dzisiaj nie potrafię uciec od myśli; staram się odnaleźć równowagę i uspokoić sztorm w tej części życia, która odpowiada za uczucia.

„Alicja, wyjdź za mnie”.

Minęło sześć lat, wszystko się zmieniło i Rusłan rzeczywiście nie jest już tym chłopakiem, który bez zażenowania wyznawał mi miłość i pragnął uwagi. Ale ja to wciąż ta sama Alicja, która kiedyś już sparzyła się na tych słowach i nie jest jeszcze gotowa, by wierzyć.

Ale nie potrafię też go od siebie odsunąć.

Dzwoni, a ja po paru sygnałach — podczas których czytam na ekranie kontakt wpisany jego ręką: „Rusłan” — odbieram połączenie:

— Halo?

— To ja, Śniegu. Nie ma cię w domu.

— Jeszcze nie wieczór, Mardżanow. Nie ma nawet czwartej.

— Wiem, ale nie mogłem czekać. Gdzie jesteś?

Gdzie jestem. On wciąż nie postrzega mnie jako jedności z Anusią i to boli najbardziej.

— Spacerujemy z Anią w parku.

— W którym dokładnie?

— Nad jeziorem.

— Zrozumiałem. Zaraz będę!

Nie pyta o pozwolenie, by do nas dołączyć. Nie zabawia mnie też czczą rozmową, gdy przyjeżdża i nas odnajduje. Idzie naprzeciw alejką — przystojny młody facet, ciemnowłosy i poważny. W dłoni trzyma staranny bukiet kwiatów — gust Mardżanowa zawsze był bez zarzutu, a róże są zjawiskowe.

— To dla ciebie, Alicja. Zawsze chciałem ci je podarować.

— Skąd wiesz, że lubię żółte? — Kwiaty mają taki odcień, jaki zazwyczaj mają narcyzy. Bardzo delikatne i słoneczne.

— Nietrudno się domyślić. Lubisz ciepło.

— Dziękuję, ale nie trzeba było.

— Trzeba było — Rusłan pewnie stawia kropkę i dostrzega Anię, która oczywiście do nas podbiegła.

— Cześć — wita się z nią, a ja znów widzę, jak wewnętrznie potyka się o niewidzialną barierę, która ich dzieli. — Oho, jaka ty dzisiaj jesteś, e-m… śliczna — mówi, widząc żółte listki na czapce i w rozpuszczonych włosach Anusi. I… wsuwa rękę do kieszeni spodni.

Anusia też czuje tę barierę, nie może jej nie czuć, ale zainteresowanie Rusłanem jest silniejsze niż onieśmielenie. Odpowiada, pokazując mu zabawkę:

— Cześć. A to jest Pinky! Ona kocha tańczyć.

— O-u. Klasa. Cześć, Pinky — uśmiecha się Rusłan, a Anusia nabiera śmiałości.

— Chcesz, to ci pokażę? 

Nie wiem, czy on chce, czy nie. Najpewniej jest mu to obojętne. Ania wciąż jest dla niego tylko moim dzieckiem. Ale oboje stoimy i patrzymy, dopóki Anusia, wyskakawszy się, nie ucieka do huśtawek. Dopiero wtedy Rusłan odwraca się i obejmuje mnie za ramiona. Całuje w usta, wyraźnie się zatracając.

— Przestań, Mardżanow! — łapię oddech, opierając dłoń o jego ramię. — Oszalałeś? Jesteśmy w parku, tu są dzieci.

— Cholera, racja. Wybacz! Po prostu cały dzień chciałem to zrobić. Zobaczyłem cię i nie wytrzymałem.

— Jesteś pewien, że nie masz ważniejszych spraw?

— Jestem pewien, inaczej by mnie tu nie było. Jak się czujesz?

Jego ciemne oczy patrzą poważnie w moją twarz, a ja przenoszę wzrok na plac zabaw.

— W porządku.

— Alicja, posłuchaj — zaczyna Rusłan. — Widziałem się z kimś i rozmawiałem o twoim problemie z sercem. Potrzebuję dokładnej diagnozy, co z nim jest nie tak. Powiesz mi?

— Po co, Rusłan? — znów na niego patrzę, marszcząc brwi w konsternacji. — To nie jest świeża miejska plotka, o której muszą wiedzieć wszyscy.

— Szybujew to nie „wszyscy”, Alicja. Możemy mu powierzyć absolutnie wszystko! Znam go.

— My?

— Tak — potwierdza bezapelacyjnie.

Cóż, dobrze. Wydaje mi się, że on po prostu nie rozumie powagi sytuacji. Choć poza nim nie powierzyłabym Ani nikomu innemu.

— Rusłan, żyję z tym tak długo… Tego nie wyleczy się w zwykłej klinice, a tym bardziej radami twoich znajomych. Zrozum to, proszę!

— A jednak. Kto cię leczy? Andrzej powiedział, że specjalistów w mieście nie ma aż tak wielu. Twój lekarz musi mieć nazwisko i reputację. Powiedz, kto to jest, a ja sam poznam diagnozę. Porozmawiam z nim!

Co?

— Nie.

— Dlaczego, Alicja?

Milczę, stojąc do Rusłana bokiem, a on przyciąga mnie bliżej.

— Dlaczego, Śniegu? — powtarza pytanie. — Przecież i tak go znajdę i się dowiem! — obiecuje.

— Nie trzeba — wydycham bezbarwnie. — Nie mam już lekarza.

— Jak to: nie masz?

— Normalnie. To on był wczoraj pod klatką z kwiatami.

Teraz to Rusłan potrzebuje chwili, by przetrawić moją odpowiedź.

— Więc wy z nim… Byliście razem? — pyta zdziwiony, z napięciem poruszając grdyką.

Wciąż pewnie trzyma dłoń na mojej talii, a ja rozumiem, dlaczego zadał pytanie w czasie przeszłym. Teraz jest przy mnie tylko on.

Unoszę twarz i odwracam się, napotykając jego wzrok.

— Czy to coś dla ciebie zmienia?

— Nie. Nic — Rusłan odpowiada sucho, ale twardo.

A ja nagle chcę to powiedzieć.

— Nie byliśmy razem. Dla mnie to niemożliwe, ale on uważa inaczej. Nie dawałam mu swojego adresu, ale to go nie powstrzymało.

— Ten typ cię prześladuje? — głos Rusłana matowieje, a brwi się ściągają.

— Nie. Jest po prostu pewny siebie i zna prawdę o mnie. Ale ja mu nie ufam i nie będę mogła się u niego operować — dla mnie ta droga jest zamknięta.

— Alicja… Znajdziemy kogoś innego. Ja to załatwię, obiecuję! Nie mogę znieść myśli, że żyjesz z bólem…

— Mamo! Już się pobawiłam na huśtawce i chcę jeść! Pójdziemy do kawiarni? — Anusia podbiega do mnie, ale patrzy na Rusłana, poprawiając czapkę. — I Pinky już zmęczyła się tańczeniem.

— Oczywiście, Anusiu — odpowiadam, biorąc córkę za rękę, ale Rusłan mi przerywa.

— Ja też jestem potwornie głodny. Ale dlaczego mielibyśmy iść? Pojedziemy, dziewczyny! Znam świetne miejsce, gdzie dają pyszne jedzenie nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. Swoją drogą, maluchu, czy twoja Pinky lubi prawdziwe króliki?

— Jeść? — oczy Anusi robią się okrągłe z przerażenia.

— Nie, skądże — Rusłan uśmiecha się zniewalająco. — Karmić je marchewką. Jest tam wielka strefa zoo, spodoba ci się!

Anusi rzeczywiście podoba się rodzinna kawiarnia o nazwie „Królik Snow i Przyjaciele”, do której zawozi nas Mardżanow. Lokal jest nowy i położony dość daleko od naszego domu, więc sami pewnie szybko byśmy tam nie dotarli.

— Trafiłem tu przypadkiem, kiedy w pobliżu zepsuło się auto służbowe — wyjaśnia nam, pomagając się rozebrać. — Mordowaliśmy się z chłopakami na trasie pół dnia, więc nie było czasu wybierać, gdzie zjeść. Wtedy wszystko wydawało mi się tu durne i głupie.

— A teraz?

Rusłan uśmiecha się, przyglądając się personelowi i wystrojowi kawiarni. Kelnerzy z zajęczymi uszami, rysunki białych królików na ścianach i ekrany z obrazem na żywo z zagrody podopiecznych lokalu.

— Teraz też — przyznaje lekko. — Ale to miejsce ma w sobie coś. Jednak nie zaryzykowałbym zaproszenia cię tutaj jakieś sześć lat temu. Wtedy starczyło mi odwagi tylko na tosta i zupę.

W kawiarni jest ciepło, zdążyliśmy usiąść przy stoliku i zamówić obiad, ale przy wspomnieniu przeszłości w naszych oczach widać smutek. Dobrze, że Annusia tego nie widzi.

— I jak, od tamtej pory twoje umiejętności kulinarne się poprawiły?

— Nie. Nie było powodu, Śniegu. Zawsze chciałem dogodzić tylko tobie.

Spędzamy w kawiarni trochę czasu, a potem wracamy do domu.
I znów Rusłan nie pyta, czy może wejść do mieszkania. Zostawia samochód przed domem i wchodzi z nami, wciąż obejmując mniew pasie, ale gdy znajduje się w przedpokoju, spogląda na zegarek.

— Alicja, muszę teraz pojechać. Nie wiem na jak długo — na godzinę czy dwie. Muszę porozmawiać z pewnym człowiekiem, a cholernie trudno go dopaść.

— Rozumiem — zdejmuję buty i powoli się prostuję, nie patrząc na Rusłana. Odkładam kwiaty na półkę. — Jedź.

No tak, zdaje się, że skończyła się nasza idylla związku, który jeszcze się nie zaczął.

— Zaraz wrócę, Śnieżna.

— Nie pytałam.

— Ale ja odpowiedziałem.

W końcu na niego patrzę.

— Nie rozumiem cię, Rusłan — przyznaję. — Robisz krok w moją stronę czy ode mnie?

— Albo nie chcesz rozumieć — chętnie łapie mój wzrok. — A raczej się boisz.

— Możliwe. Ale też cię nie trzymam.

Rusłan podnosi rękę i wsuwa dłoń pod moje włosy, sprawiając, że mimowolnie drżę i rozchylam usta przy wdechu — tak gorący jest dotyk jego palców na moim karku i szyi. Podchodzi bliżej, pochyla głowę i całuje mnie w usta, bez zbędnych wstępów zachłannie obejmując je swoimi. Całuje długo, otwierając mnie i dotykając podniebienia językiem. Na sekundę puszcza, by znów do mnie przylgnąć, i dopiero gdy gasi pragnienie, pozwala mi zaczerpnąć tchu i przyjść do siebie.

— Alicja, zanim wrócę, masz czas, by przestać się bać i wątpić. Ale potrzebuję czegoś od ciebie.

— Czego?

— Twojej diagnozy i wyników badań. Coś, co będę mógł pokazać człowiekowi, który naprawdę się na tym zna.