SOVABOO

Kujony się nie poddają!

Ch. 8: Rozdział 8

Rozdział 8

Розділ 8/8 · Сторінка 1 з 388%

Rzeczywistość jednak nie zawsze pokrywa się z planami. Następnego dnia po uniwersytecie rozeszło się wideogif, poprawiające studentom humor, na którym wjeżdżam w Wańkę. Raz za razem łapczywie obejmuję chłopaka za szyję, przyklejam się do niego jak pająk, żeby sekundę później zepchnąć go do fontanny.

Widowiskowa scena z kaskadą bryzgów i zdumieniem na twarzach widzów. Ha, ha. Może sama pośmiałabym się z niezdarnej pindy, która zmyka na rolkach, gdybym nie zrozumiała, jak głupio wyglądałam z boku. A kiedy zobaczyłam nagranie, postanowiłam dać Wróbelkowi chwilę oddechu, żeby uniknąć rozprawy na gorąco.

Kto ich tam wie, co takim popularnym chłopakom chodzi po głowie, zwłaszcza kiedy stają się obiektem drwin. Przecież nie jestem samobójczynią. No i jestem od niego dwa razy mniejsza.

Minął jednak dzień, za nim drugi, i zebrałam się na odwagę.

Rety, jakie to się okazało trudne, złapać Wróbelka samego! Co to za zwyczaj chodzenia stadami, jakbyśmy nie walczyli o indywidualność, tylko żyli u zarania wspólnoty pierwotnej? Jeszcze niech się dobiorą w pary jak w przedszkolu, śmiech na sali! Prawie się wykończyłam jak szpieg, śledząc go po korytarzach i klatkach schodowych, aż wreszcie przyparłam chłopaka do ściany.

A gdzie, jak myślicie? Zgadza się, niedaleko męskiej toalety. Frrr…

Warkocz mocno ściągał mi włosy, a okrągłe okulary ciasno siedziały na nosie, kiedy wyskoczyłam zza rogu, zagradzając Iwanowi drogę.

— Cze-eść! — postarałam się, żeby mój uśmiech oślepił go tak samo jasno jak uśmiech doktora Liveseya kapitana Flinta. — A oto ja!

Wróbelek osłupiał i się zatrzymał.

Sądząc po tym, jak skonsternowany wbił wzrok w moje zęby, z uśmiechem zdecydowanie przesadziłam, w końcu nie byłam na fotelu u dentysty. Trzeba więc było przygasić blask, kaszląc w piąstkę: khe, khe!

— A kto to jest: ja? Co to wszystko ma znaczyć? — spytał chłodno.

— Jak to kto? — zdziwiłam się bardzo naturalnie. — Kasia Ufimcewa, oczywiście!

Wańka ruszył z miejsca, najwyraźniej zamierzając mnie obejść, ale nic z tego. Znowu zagrodziłam mu drogę.

— Słuchaj, czy my się znamy? — uniósł ciemną brew, nie bez irytacji.

— No, w pewnym stopniu tak — ochoczo skinęłam głową. — Jeśli jeszcze się nie domyśliłeś, to właśnie mnie przedwczoraj uratowałeś przy fontannie w „Trzech Wielorybach”. Uciekałam przed strasznym dogiem, a ty bohatersko przyjąłeś cios na siebie!

I nieważne, że tak naprawdę to ja leciałam na rolkach za strasznym dogiem. Kiedy przystojniak Wróbelek na nagraniu raz za razem wpada do fontanny, kto będzie zwracał uwagę na taką drobnostkę?!

Teraz Wróbelek się zatrzymał. Spojrzał ze zdumieniem.

— To byłaś ty?! Ta nienormalna małpa to ty?! Cholera! — wypuścił powietrze ze złością. — Przecież ty mnie prawie utopiłaś!

Co?! Zmarszczyłam brwi. Małpą jeszcze nikt mnie nie nazwał! To co, wychodzi na to, że nie lubimy zwierząt? Hm! Zapiszemy w karcie choroby: zapoznać z Siomą!

A w praktyce spróbowałam się uśmiechnąć.

— Ja! Przepraszam, że uciekłam, ale tak się przestraszyłam! — zamrugałam dokładnie jak Lalka, kiedy pierwszy raz zobaczyła zdjęcie Marilyn Mansona: oszołomiona i zachwycona. — Strasznie boję się psów! Bardziej niż dogów boję się tylko złych chłopaków!

Jedna sekunda. Dwie. Trzy…

 Wiecie, że u zwykłych ludzi, którzy spotykają w tłumie nieznajomą twarz, uwaga zatrzymuje się na niej najwyżej na jakieś trzy sekundy, zanim całkiem się rozproszy. I dopiero czwarta sekunda decyduje, czy dana osoba was zainteresowała. A tej pierwszej, lepkiej uwagi, kiedy człowiek wbija się w pamięć, często nie da się już odzyskać. Ale nie bez powodu biegłam ulicą, zmarznięta jak sopel lodu, i nie tak sobie wskakiwałam do fontanny. Liczyłam, że nauka pomoże.

…Cztery. Jest!

Wróbelek przeskanował mój wygląd i zatrzymał wzrok na twarzy. Był zainteresowany. Świetnie!

…Pięć. Zainteresowanie zniknęło.

A jednak Iwan nie okazał się aż takim chamem, żeby się mnie pozbyć. Choćby bardzo chciał odejść, mimo wszystko powiedział:

— Dobra. Cieszę się, że nic ci nie jest, ee…

— Kasia! — nie zawahałam się przypomnieć.

— Kasia. Po prostu zapomnij o tym, co się stało, umowa stoi? Żegnaj.

Zrobił krok w bok, ale znowu ze zdziwieniem potknął się o mnie.

— Co do…

Hola, hola! Nie tak szybko, gwarancie mojej kariery naukowej! Jakie żegnaj, skoro dopiero się odnaleźliśmy?! Znowu uśmiechnęłam się szeroko, pokazując chłopakowi, że mam też kiełki. Zamrugałam szybko, raz po raz, i westchnęłam tęsknie, zupełnie jak damy z kina lat pięćdziesiątych, poprawiając okulary na nosie.

Wróbelek posmutniał. Nawet kącik ust mu opadł. Czy on uznał, że już się zakochałam?

— Ee, posłuchaj, Kasiu, z tym to akurat kiepski pomysł. Lepiej nie.

Dokładnie tak uznał!

— A ja mam dla ciebie niespodziankę! — wypaliłam. I powtórzyłam tajemniczo: — Niespodzia-ankę!

Z Lalką taki chwycik zadziałałby w dwie sekundy! Od razu oczy by jej zabłysły, a Wańki nawet nie ruszyło.

— Tylko mi nie mów, że postanowiłaś poinformować o moim wyczynie gazetę studencką czy coś w tym stylu — ponuro założył chłopak i nagle się spiął. — Co? Chyba nie postanowiłaś?

A żebyś wiedział!

— Wania, nie będę kłamać — dumnie uniosłam podbródek. — Właśnie tak! Zamierzam zrobić z ciebie bohatera!

Oho, jak głośno szczęka chłopakowi opadła, aż sama drgnęłam! A może to klucze gruchnęły o podłogę?

— Mnie, wypikane, kim? Cze-ego?! — niebieskie oczy się rozszerzyły.

Właśnie! Klucze razem z plecakiem. Podniosłam z podłogi cudze rzeczy i wcisnęłam je Wróbelkowi w ręce.

— Wania, no przecież to wspaniałe! Sam pomyśl! Nie każdego dnia dziewczyny ratują tacy chłopcy jak ty! Już widzę nagłówki w gazetach rozwieszonych po całym uniwersytecie: „Wróbelek to nasz bohater! Superman naszych czasów!” I twoje zdjęcie w fontannie, w mokrej koszulce, w całej okazałości. To takie romantyczne! - Przycisnęłam dłonie do piersi, rozmarzona wpatrując się w sufit. Ocknęłam się:

— Mam nawet znajomych w redakcji! Teraz jesteś, można powiedzieć, moim idolem! A nasze spotkanie to w ogóle Przeznaczenie! Czujesz? — i znowu zatrzepotałam oczkami „klap-klap”, rozciągając uśmiech na pół twarzy, jak doktor Livesey.

Dziwne. Jakoś mój urok na niego nie działa. Może wszystko przez okulary?

Wańka nagle oprzytomniał, nastroszył się, zgarnął mnie w objęcia i potrząsnął za kołnierz.

— E-e-ej! Ostrożniej! — oburzyłam się. Patrzcie go, jaki porywczy. — Może pokazać cię psychologowi, Wróbelku? Przypadkiem nie ugryzł cię dog? Od razu mi się nie spodobał!

— Słuchaj no, ty! Okularnico mała! — warknął Wańka, zawisając nade mną. — Jak ci tam było? Ufimcewa? Skąd ty się taka wzięłaś?! A teraz marsz tam, gdzie szłaś, razem ze swoimi radami! Widzi jej się! Ja ci dam bohatera! Ja ci takiego idola pokażę, że cała twoja romantyka uschnie w zarodku! Razem z uczuciami! A sio stąd!

— Ee, a co z gazetą? A koszulką, tą mokrą? — ale nóżki posłusznie zastukały po podłodze, przebierając deseczkami. No ale siła! — Wania, a co z przeznaczeniem?!

— Coo?

Znowu niegrzecznie mną potrząśnięto i obrócono. Niebieskie oczy pod ciemnymi brwiami się zwęziły, a żuchwa pięknie napięła.

Karaluch, karaluch, karaluszyysko!

Розділ 8 / 8 · Сторінка 1 з 3