SOVABOO

Rozdział 11, część 2

Myślicie, że znalazłam jakąś ripostę? Figa z makiem! Stałam z tą nogą w górze i wybełkotałam tylko coś niewyraźnie-ponurego w stylu:

— My? No my to… tego… no wiesz… chcieliśmy…

Cienkie brwi blondynki wystrzeliły w górę.

— Chcieliście?

Boże, co tu wymyślić! Żebym chociaż mogła się podrapać w potylicę! Ale Iloneczka wolała domyślić się sama. Rozciągnęła usta w uśmiechu, prześlizgnęła się blisko niczym sprytny wąż i mocno ścisnęła mnie za ramiona, przyciągając do siebie. Oho! Ale ta niedosiora ma krępę w rękach! Zawołała z radosnym przejęciem:

— To dla mnie, tak?! Anfisa, uznałaś, że tu będzie mi o wiele wygodniej, prawda? — pisnęła uszczęśliwiona. — W kuchni nie mogę! Za nic nie mogę sama! Nogi mi zjeżdżają z kanapy i lodówka buczy!

— E-e…

— Dziękuję! Z wami będzie mi o wiele lepiej!

— No…

— I kino! Moje ulubione! Uwielbiam „Transportera” i Stathama! — Ilonka niemal zaczęła skakać z radości, cofając się. Rozwarła zwilgotniałe oczy. — I wy z Artemem. Oboje tacy dobrzy i kochani — Musiek i Pusiek! Dzięki, że nie wygoniliście mnie na ulicę!

Co? Słucham?

Dziewczyna obiegła mnie i — hyc na materac! Nakryła się kołdrą, a głowa na poduszkę — plask!

Przełknęłam gulę w gardle i zaczęłam trzepotać rzęsami, czując, jak rzednie mi mina.

E-e-ej! A co ze mną?! Na moją poduszkę „plask”, tak poza tym! I na mój materac! Nieważne, że tak naprawdę należały do Sokolskiego, że tu wszystko było jego — w tej chwili czułam duszą: to moje!

Wpatrywałam się w gościa z rozpaczą i oszołomieniem.

— Ty też się kładź, Anfis! — Ilonka zachichotała zadowolona. — Obejrzę z wami film, a potem zasnę. Nie martw się, mam tak twardy sen, że armata by mnie nie dobudziła! Chociaż nikt nigdy nie próbował, jasne, ale gdyby się zdecydował, jestem pewna, że nic by z tego nie wyszło! — ogłosiła radośnie i znieruchomiała pod kołdrą, zerkając z ciekawością w naszą stronę.

E-em, kłaść się? Przestępowałam niepewnie z nogi na nogę, zakładając pasmo włosów za ucho. Przepraszam bardzo, ale gdzie? Przecież nie poczłapię do kuchni na to zwolnione miejsce, wbrew legendzie. Przecież jesteśmy tu niby parą. Odpowiedź nasuwała się sama i ze strachem odwróciłam się do Sokoła. Spojrzałam na chłopaka… on też, nie odrywając wzroku, patrzył na mnie.

Ale wtopa! I co najważniejsze — sama mu przeszkodziłam w wystawieniu Ilonki za drzwi. Sama uprosiłam Artema, żeby zostawił córkę przyszłej macochy do rana. Jakby nie patrzeć — rodzina. Ale nie sądziłam, że to się tak skończy. I co teraz robić? Widzę przecież, jak gość patrzy, wyczekując zjednoczenia kochającej się pary na łożu małżeńskim, żeby donieść matce.

Wzrok ześlizgnął mi się na twarde usta Sokolskiego, zaciśnięte w linię, i zjechał niżej. Zatrzymał się na gołej klacie. Nie, to niemożliwe! Ale głos w głowie szepnął: „A co z umową? Bądź łaskawa odegrać rolę! Ilonka jutro pójdzie, a ty nie masz gdzie mieszkać! Poza tym obiecałaś”.

No tak, obiecałam. Ale co, jeśli on mnie odepchnie? Przecież szczerze mówiąc, według układu — miałam nie tylko się położyć, ale i w pewnym stopniu, skoro według legendy jestem ukochaną Sokoła, okazać mu jakieś znaki uwagi.

Jedno łóżko. Jedna kołdra. Jedna poduszka. Jeden przystojny, choć niezbyt uprzejmy facet, za którym szaleje połowa dziewczyn z wydziału. A gdyby pociągnąć za język te ciche i kujonki, to i cały wydział. Eh, gdyby wiedziały, co zamierzam zrobić, rozdarłyby Czyżyka na jedwabne strzępy.

Zgasiłam światło i zrobiłam niepewny krok do przodu. Plazma na pół ściany świetnie radziła sobie w roli lampki, oświetlając pokój i pościel. Przygryzając wargi, odwróciłam się do Ilonki — ta wciąż uśmiechała się szczęśliwie. Odwróciwszy się od dziewczyny, znów spojrzałam na Sokoła…

Cholera! Myśl, Fańka, myśl!

Ale myślenie podpowiadało tylko jedno…

Oby mnie potem nie ubił za te wszystkie niespodzianki naraz. Bo tym razem czuję, że choć biegam szybko — wręcz „u-uch!” — to i tak mnie dogoni i zadziobie.

Zagryzając usta, podeszłam bliżej krawędzi łóżka. Patrząc Sokołowi prosto w oczy, powoli oparłam kolano na posłaniu, dotknęłam dłonią prześcieradła i zastygłam… Mam nadzieję, że mnie nie odepchnie. Patrzy ostro, bez mrugania, jakby nie wierzył. Ale przecież na pewno się domyślił?

Domyślił się. Przełknął gulę zdziwienia, nerwowo poruszył mięśniami szczęki, odciągając kołdrę na bok. Założył rękę pod głowę, przesunął się, robiąc mi miejsce na poduszce… Czyżby dla mnie? Starałam się nie patrzeć na jego „kamienny” brzuch z ciemną ścieżką włosów i nisko opuszczone bokserki. Nie dając sobie więcej czasu na wątpliwości, wślizgnęłam się na łóżko, sięgnęłam ku Sokołowi i muśnięciem dotknęłam jego mocno zaciśniętych warg.

— Dobranoc, Pusiu — powiedziałam pod adresem Ilonki, czule gładząc dłońmi skroń chłopaka i jeszcze raz cmoknęłam go w policzek. — Mam nadzieję, że tej nocy to właśnie ja ci się przyśnię.

Rzuciłam życzenie i błyskawicznie ułożyłam się obok Sokolskiego, sama będąc w szoku po tym, co zrobiłam. Żeby nie było mi tak potwornie wstyd, naciągnęłam kołdrę pod samą brodę i zamknęłam oczy.

O rany! Ale mnie odcięło! Sama pocałowałam Sokoła! Przynajmniej dotrzymałam obietnicy i dowiedziałam się, że on jest nie tylko miły dla oka, ale i w ogóle… miękki i nie drapie. Gdyby tylko ramię nie wpijało się w gorącą pierś, a udo w… nie wiem gdzie, ale też gorące, wyobraziłabym sobie, że jestem pingwinem i mieszkam na krze — tak bardzo chciałam schłodzić płonące policzki i serce walące jak zając. Dobrze, że gość nie widzi mojego wstydu.

Gdzieś na dole niezadowolona Ilonka chrząknęła. Khm. Zakaszlała w garść. Kha-kha. Odezwała się prosząco:

— Słuchajcie, nie będziecie mieć nic przeciwko, jeśli ja się tu pod kołdrą rozbiorę? Chociaż spódnicę zdejmę! Bo jakoś tak gorąco.

— Tylko spróbuj! — warknął Sokół. — Leż tak, żeby nie było cię słychać, jasne?!

Ja też leżałam tak, żeby nie było mnie słychać, cichuteńko, czując obecność chłopaka każdą komórką skóry. Pewnie wypadałoby go przytulić, ale nie starczyło mi odwagi — słysząc, jak gburowato odpowiedział siostrze, bałam się, że i mnie się oberwie. Nagle poczułam gwałtowny wdech, jak napięła się jego mocna klatka piersiowa… a zaraz potem wydech. Jakiś taki dziwnie męczący.

Otworzyłam oczy i uniosłam twarz. Szare oczy błyszczały zbyt blisko.

— Cholera, Czyż. I co ja mam teraz z tym wszystkim zrobić? — zapytał cicho Sokolski. — Co zrobić z tobą?

— Ze mną? Nic — odpowiedziała równie cicho. Zasugerowałam niepewnie: — Może po prostu spokojnie spać?

— Spokojnie, powiadasz?

Skinęłam głową, czując ciepły oddech Sokoła. Leżenie obok niego, tak samo jak wspólne mieszkanie, mimo wszystko było przyjemne i przytulne, choć tak niezwyczajne.

— Tak.

Właśnie miałam zamknąć oczy, gdy ręka Artema pewnie spoczęła pod moją piersią i niemal ze złością szarpnęła mnie w górę, obracając i przyciskając do niego. Nie zdążyłam pisnąć ani nic zrozumieć, zauważyłam tylko, jak głowa i ramiona Sokolskiego oderwały się od poduszki i chłopak zawisł nade mną, gdy poczułam na sobie jego usta.

Władczo i lekko Sokół rozchylił moje usta, przygwoździł mnie do łóżka i wślizgnął się językiem tak głęboko i drapieżnie, jakby chciał mnie wypić. Z zaskoczenia i nadmiaru doznań serce mi stanęło, a oddech uwiązł w piersi. Puszczając mnie na krótki oddech, znów przylgnął do moich warg, ściskając palcami moje plecy, całując już o wiele dłużej i delikatniej, ale przez to nie mniej nachalnie w swoim pożądaniu.

Kara? Dowód? Nie mogłam pojąć, jedynie usiłowałam zaczerpnąć tchu, gdy w końcu mnie puścił. Serce, po locie w przepaść, zaczęło tłuc się jak opętane. (Co za pocałunek! Nie wiedziałam, że takie istnieją!). Zamierł nade mną, tak samo jak ja ciężko oddychając. Patrząc w moje zdumione, szeroko otwarte oczy, przesunął językiem po zębach niczym prawdziwy wampir i pochylił się do ucha…

— A teraz, Czyż, śpij spokojnie — mruknął cicho, nie bez irytacji. — O ile ci się uda!

O ile mi co?!

— Wariat!

Udało mi się z trudem — ciało płonęło, w skroniach huczało, a bliskość chłopaka czułam po nowemu, ostro, każdym milimetrem skóry. Ale u Sokoła sprawy ze snem miały się chyba jeszcze gorzej. I po co ja się, głupia, ze strachu odwróciłam do niego tyłem?.. Nie zdążyłam pociągnąć nosem, gdy poczułam…

— Leż spokojnie, Czyż, i pamiętaj o fizjologii i odruchach. Kurwa mać, nic na to nie poradzę!

Ale jakkolwiek ciężko było Sokołowi, ręki z mojej talii nie zabrał. Przesunął ją tylko wyżej, pod samą pierś, przyciskając mnie do siebie. Zaczął oddychać w moje włosy. Dziwak! Pod kołdrą Iloneczka i tak nic nie widzi!

POV Sokół

U schyłku nocy. Wczesnym, bladym świtem.

— Ilona, budź się. Ubieraj się i bądź cicho! Jak obudzisz Czyżyka — przysięgam, pożałujesz! Taksówka już czeka. Tym razem ja płacę, ale to pierwszy i ostatni raz — zapamiętaj! Podziękuj Anfisie, że wymusiła na mnie obietnicę. Jeśli jeszcze raz wywiniecie z Susanną taki numer, pożałujecie, że w ogóle mamy ze sobą cokolwiek wspólnego. Jasne?

— Artem, ale ja naprawdę…

— Nie kłam! Nie jestem swoim ojcem.

— Więc dlaczego? Skąd wzięła się ta miłość?

— Nie licz na to, że odpowiem. Choć w sumie… odpowiem: nie twój interes, rozumiesz? No już, ruchy, pora na ciebie!

POV Czyż

Nie chciało mi się budzić. Kategorycznie! Miałam za sobą tydzień nauki, prac domowych i zaliczeń, wiecznego porannego biegu. Ciało pamiętało, że dziś sobota, grudzień, a za oknem dziesięć stopni mrozu. To oznaczało, że można spać do woli. Więc spałam, i spałam, i jeszcze trochę… dziwnie długo, pławiąc się w cieple i przytulności pochmurnego poranka. Pewnie spałabym jeszcze dłużej, gdyby nagle ktoś nie jęknął mi prosto do ucha. Cichutko, ale niezwykle zmysłowo:

— Mmm… — tak, jakby było mu bardzo dobrze.

Ziewnęłam i uchyliłam oko. Zamknęłam. Zdaje się, że świadomość się obudziła, ale ja — jeszcze nie. Uparcie przeganiałam ją precz, wracając do snu, ale ona podstępnie podsunęła mi obrazki z wczorajszego wieczoru. Ja, Iloneczka, Sokolski, łóżko… pocałunek.

Pocałunek? Sama sobie odpowiedziałam z lubością: „O taaaak. I to jaki!”. Pół nocy nie mogłam potem zasnąć, tak wszystko we mnie płonęło. No nieźle…

Stop. Sokolski?!

Moje oczy natychmiast wystrzeliły, a ja niczym otrzeźwiały lemur wbiłam wzrok w sufit. Ostrożnie odwróciłam głowę… Dokładnie, to on! Leży, przystojniak, tuż obok. Bliski i wrośnięty we mnie jak bliźniak syjamski, stąd to całe ciepło. No nieźle! Oddycha miarowo, niemal niedostrzegalnie. Śpi głęboko, spokojnie, z zaciśniętymi powiekami i lekko uchylonymi ustami… Och, jakie on ma piękne usta — wcale nie takie twarde i uparte, teraz już wiem. Wymagające, jasne, ale sama byłam sobie winna, igrając z ogniem. O mało się nie sparzyłam, tak buchnęło żarem! Brwi i rzęsy ma ciemne, gęste, dlatego to jego szarookie spojrzenie wydaje się zawsze takie ostre…

No i masz, nie chciałam, a znów mimowolnie zaczęłam podziwiać Sokoła. W głowie zapaliła mi się czerwona tabliczka: „Ostrożnie, Fańka, niebezpieczeństwo utraty życia! Nie dotykać — zabije!”. Skrzywiłam się — on by potrafił. Jeśli nie zabić, to pokłuć serce igłami tak, że hej, coś o tym wiem. Żebym tylko nie nawymyślała sobie do tej mojej głupiej głowy zbyt wiele po tym pocałunku „pod publiczkę”. Dość już się nacierpiałam przez byłego!

Sokół leżał, obejmując mnie ramieniem, z nogą przerzuconą nade mną, jakby sypiał tak z Czyżykiem każdej nocy. Spróbowałam się poruszyć. (Ile my już tak leżymy, na złość Ilonce, jak dwa gołąbki?). Nieśmiało zabrałam palce, które przykrywały męską dłoń i przesunęłam tyłek w bok. Sokolski natychmiast, wciąż oddychając głęboko i cicho, zaprotestował. A dokładniej — zaprotestowała jego ręka, uparcie przyciągając mnie do niego. Mało tego, najwyraźniej tym wierceniem zakłóciłam mu sen, bo nagle mruknął coś niezadowolony i przywarł do mnie biodrami. Wykonał jednoznaczny ruch, od którego nie tylko w moim brzuchu zapłonęły iskry, ale i policzki stanęły w ogniu. Znów jęknął: „Mmm” i zaczął głośno oddychać, poruszając moimi włosami na szyi. Wtulił nos pod ucho, ani myśląc mnie puszczać.

Mamuśku! Przecież ja się zaraz uduszę! Albo z braku tlenu — tak mnie ścisnął — albo ze wstydu i… czegoś jeszcze! Co najciekawsze, moje ciało wcale nie zamierzało protestować przeciwko temu bezczelnemu zagraniu. Jemu najwyraźniej wszystko się podobało. Poczułam, jak mojego ucha dotyka gorący, wilgotny język. I, szczerze mówiąc, poczułam coś jeszcze…

O rany! Palce Sokoła wślizgnęły się pod piżamę, spoczęły na brzuchu i zaczęły wędrować niżej…

Całkowicie zapominając o śpiącej na podłodze Ilonce, oburzyłam się. Zaczęłam się wiercić w daremnej próbie uwolnienia, przeganiając języki ognia. Nieważne, co sobie pomyśli niedosiora, teraz musiałam dojść do siebie. Tabliczka ostrzegawcza migała już na wściekle czerwono.

— E-e-ej! S-sokolski, czyś ty zgłupiał?! Zabieraj natychmiast ręce, to ja — Fania!

Ręka zniknęła w ułamku sekundy. Uff. Oczy Sokoła otworzyły się i wbiły we mnie poranne, przeszywająco szare spojrzenie. Oceniwszy sytuację, zamrugał ze zdumieniem.

— Czyż?

— Obudziłeś się? To ja. A teraz się odsuń! — rozkazałam groźnie. — Odsuń ode mnie tę swoją fizjologię, słyszysz! Mówiłeś, że nie jesteś maszyną, żeby rozpędzić się w siedem sekund? Ty się jeszcze nie obudziłeś, a już jedziesz z maksymalną prędkością! O mało mnie nie staranowałeś! Więcej mi bajek o kalafonii nie opowiadaj, jak będziesz mnie wyganiał na mróz! Teraz już wiem, jakie masz nastawienie! Babiarz!

Wypaliłam to i od razu przypomniałam sobie o Iloneczce. Jęknęłam głośno, usiadłam i winno zakryłam usta dłonią. Ostrożnie się rozejrzałam…

No co za pech! Czyżby gość wszystko słyszał?

Na szczęście materac na podłodze był pusty. Przebiegłam wzrokiem po pokoju — po wczorajszym gościu nie było ani śladu. Dziwne.

— A gdzie Ilonka? — odwróciłam się do Sokoła. On też już wstał i siedział na łóżku, przecierając twarz dłońmi i błyskając nagim, umięśnionym torsem.

— Poszła — odpowiedział chrapliwie.

— Dokąd? — zdumiałam się.

— Czy to nie wszystko jedno, Czyż? — warknął jak zwykle. — Do domu. Reszta mnie nie obchodzi.

— Kiedy?

— Nie sprawdzałem godziny, jeśli cię to ciekawi — odparł obojętnie.

— Ale… a co z nami? — speszyłam się. — Skoro Ilonka poszła, to dlaczego leżymy razem? Przytuleni?

Brew Sokoła wygięła się w łuk, a zaraz potem prześlizgnął się po mnie zdziwiony wzrok.

— My? Nie wiem. Właściwie to spałem, Czyż, i raczej się nie kontrolowałem. To ty przyszłaś do mnie, jeśli pamiętasz.

Pamiętam, aż za dobrze. Czy takie rzeczy się zapomina? I to, jak wpuściłam Ilonkę, i jak ją położyłam spać. I jak sama umościłam się obok chłopaka, życząc mu, żeby mu się przyśniła właśnie ja.

Wypuściłam powietrze i zawstydzona zsunęłam się z łóżka, obciągając piżamę.

— Przecież wiesz, że chciałam dobrze — przyznałam winno. — I okazało się, że nie mam gdzie spać. Przecież nie pójdę na ulicę. A ty, Sokolski, wziąłeś i prawie mnie zjadłeś. Mógłbyś chociaż uprzedzić…

— Ty też nie uprzedziłaś, kiedy zachciało ci się czułości — dostałam sprawiedliwą ripostę. — Myślisz, że jestem Blaszanym Drwalem i rąbię drewno na sucho? Myślisz, że mi łatwiej, Czyż?

— Nie — zgodziłam się — nie myślę. Fakt, przegięłam, ale tobie nie może być wszystko jedno, kogo całujesz, Artem. To nie w porządku.

Sokół wstał z łóżka, zasłaniając się kołdrą. Najwyraźniej jego odruchy wcale nie zwolniły, odmawiając hamowania, więc chłopak wolał stać owinięty jak bałwan. Uśmiechnął się chłodno, złośliwie.

— Co, nie podobało ci się?

Zamrugałam, oblewając się rumieńcem. Gorącym, plamistym, aż po kości policzkowe. Takim, którego nie da się ukryć. Mój oddech od razu stał się rwany, dokładnie tak jak podczas nocnego pocałunku. Zdaje się, że nawet usta mi spuchły na samo wspomnienie tego natarczywego dotyku i pod spojrzeniem Sokoła od razu się rozchyliły. Musiałam je przygryźć i odwrócić wzrok. Na wszelki wypadek cofnęłam się o krok.

No jak można być tak pewnym siebie? Ani kropli zwątpienia! Tak bardzo chciałam odpowiedzieć: „Be! Fu! Oczywiście, że nie!”, ale zamiast tego odparłam absolutnie szczerze, tak jak czułam:

— Nie o to chodzi.

— A o co, Czyż? — Sokolski nie dłużny mi był pytania.

— O to, że ja ci się nawet nie podobam. Więc dlaczego wam, tobie i takim jak ty, jest wszystko jedno z kim? Wszystko jedno, kogo całujecie i… i nie tylko całujecie. Czy tak wolno?

I zanim chłopak zdążył wyśmiać moją odpowiedź, czując, że zaraz się rozryczę, pod pretekstem porannego przebierania się porwałam swoje rzeczy z szafy i uciekłam do łazienki. A tam — po umyciu się — skręciłam prosto do kuchni, zwalniając gospodarzowi prysznic. Już z przyzwyczajenia przygotowałam kawę dla dwojga i zrobiłam kanapki.

— Cukier zaraz się skończy — powiedziałam po co, kiedy Sokół pojawił się obok. Usiadł do śniadania, mrocznie świdrując mnie wzrokiem. No tak, zepsułam mu humor, hmmm. Telefon piknął znajomym, irytującym dźwiękiem. Nawet nie patrzyłam, wiedząc od kogo to wiadomość. Dziesiątki wiadomości. „Gdzie jesteś?”, „Dlaczego nie ma cię u Matyldy?”, „Czyżbyś nie kłamała i naprawdę kogoś miała?”, „Jesteś moja, rozumiesz!”. I znów: „Gdzie jesteś?”, „Fańka, odpowiedz!”. I tak w kółko po raz dziesiąty. Jak w każdy sobotni poranek. Nic to, do wieczora zapomni o byłej miłości pośród rozrywek i nowych podbojów. Nie chcę o nim myśleć, nie chcę pamiętać. Bo też były pocałunki, a oprócz nich obietnice, które dawały skrzydła mojemu głupiemu sercu. Wtedy wierzyłam, że są tylko dla mnie. Że cały jego świat jest dla mnie.

Wpadła mi do głowy myśl, od której mimowolnie uśmiechnęłam się przez smutek. Przecież faktycznie nie skłamałam byłemu, mówiąc, że sypiam z facetem, że go mam. Teraz nawet nie mogę mieć do siebie pretensji o kłamstwo. Może nie mój, ale obok. Choć pewnie po moich słowach wszystko się skończyło — nasza tajna umowa. Przyszedł czas na pakowanie walizek.

Dopiłam kawę i odstawiłam kubek. Spojrzałam na stół, gdzie na talerzu samotnie leżała połowa ostatniego kotleta, uparcie zostawiona dla mnie przez Sokoła.

— Nie chcę, Artem, naprawdę. Weź go.

— Ja też nie chcę.

— A czego chcesz?

— Wierz mi, wolisz nie wiedzieć, Czyż.

— Wydaje mi się, że się domyśliłam. Pewnie chcesz, żebym odeszła? Na zawsze?

— Źle ci się wydaje.

— Ale co z moją wtopą z Ilonką? Przecież się na mnie gniewasz, wiem to.

— A co z warunkami umowy?

— To znaczy, że mnie nie wyrzucasz?

— A co, wyglądam, jakbym wyrzucał?

Speszyłam się, wpatrując się nieśmiało we własne dłonie. Zadając to pytanie, starałam się nie patrzeć na Sokoła, będąc pewną, że to moje ostatnie śniadanie w jego mieszkaniu, i teraz nie wiedziałam, co powiedzieć. Wciąż nie miałam dokąd pójść.

Sokół odezwał się sam, wstając od stołu i zgarniając naczynia do zlewu.

— Nie uwierzysz, Czyż, ale takim jak ja też nie jest wszystko jedno z kim — powiedział ostrzej, niż powinien. — Albo nie zawsze wszystko jedno. Cholera! Jeszcze nie wiem na pewno, ale zdaje się, że wcale tak nie jest…