SOVABOO

Rozdział 15, część 1

Noc minęła spokojnie, Sokołowi nie pogorszyło się tak, jak się obawiałam, a lekki kaszel, nim na dobre się zaczął, zupełnie zniknął. Zdaje się, że organizm chłopaka faktycznie odmawiał chorowania, ale domagał się odpoczynku — Artem wciąż mocno spał, kiedy rano wymykałam się na uniwersytet.

— Anfisa! Czekaj! — na schodach gmachu uczelni natknęłam się na byłego. Chciałam przejść obok — nie pozwolił. Złapał mnie za rękę, wyławiając z tłumu i zatrzymał, spychając na bok. — Musimy porozmawiać!

No proszę, jaki odważny. Grał mięśniami szczęki, patrząc ponuro w moją twarz i kuląc się w kołnierzu przed mroźnym wiatrem.

Spojrzałam na niego, szczerze zdziwiona.

— Ze mną? Na oczach wszystkich? Coś do ciebie niepodobne. Nie boisz się, że zobaczą, jak stoisz tu z „szarą myszą”? Przecież ja cię w ogóle nie znam, mogę różnie zareagować. Kim ty w ogóle jesteś?

— Fania, przestań.

— Nie, nie przestanę. Puść mnie, bo zacznę krzyczeć! — faktycznie podniosłam głos. Serce nagle zabiło przestraszone: mało mi było wczorajszych łez i słów, to teraz jeszcze on sam patrzy mi w oczy. I znowu ból wierci się w piersi, rozbudzony znajomym głosem, któremu serce kiedyś wierzyło. Pamięcią o tym pierwszym, jasnym uczuciu, które rozbiło się w drobny mak, ale którego odłamki wciąż tkwią w duszy i ranią. — Czego się czepiasz?

— Wiesz dobrze „czego”! — odpowiedział z irytacją. — Kto to jest? Chcę usłyszeć od ciebie wszystko! Znamy się zbyt blisko i zbyt długo, Czyżyku, bym uwierzył w twoją amnezję.

— Nie wiem — uparcie zacisnęłam usta, kręcąc głową. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz. To ty w domu jesteś dla mnie sąsiadem, a tutaj — pustym miejscem. Kim ty jesteś, żebym ci odpowiadała? Nie powinnam ci nawet mówić „cześć” — pamiętasz? Nie ja to zaczęłam.

— I nie ja! Prosiłem! — nie wytrzymał, wycedził przez zęby, ale jednak opanował się, ze złością patrząc mi w twarz. Przymknął na moment oczy, skrywając wzrok pod długimi rzęsami, by się uspokoić. — Fania — zaczął spokojniej, nie puszczając mojego nadgarstka, mocno uciśniętego silnymi palcami. — To było celowe, rozumiesz? Cały ten mój ignor. Żeby cię nie męczyli uwagą, żeby cię nie zadziobali. Byłaś zbyt prostą dziewczyną jak na to miasto. Nie chciałem, żeby obgadywali cię za moimi plecami, mówili, że ty…

— Że co? Że nie jestem ciebie warta? Zazdrosna, zdradzana idiotka? Że nie chciałeś, by mnie żałowali, to chciałeś powiedzieć? Czy żeby nie zgotowali mi piekła, gdybyś nagle raczył sobie o mnie przypomnieć? Jesteś popularny, zauważyłam. Gratuluję!

— Dość! — szarpnął mnie za ramiona do siebie, nie pozwalając odejść. — Przestań, Czyżyku! Nigdy o tobie nie zapomniałem. Nigdy! Żadnej nic nie obiecywałem, słyszysz? Zawsze wiedziałem, że będę tylko z tobą. Po prostu uwierz, Fańka! Znasz mnie przecież sto lat!

I znów ten wzrok tak blisko, jakby czas zawrócił i jakbyśmy znów byli za naszym domem. Sami. Wieczór, gwiazdy i nasze usta — spierzchnięte i lekko spuchnięte od pocałunków. I jego ręce, wślizgujące się tam, gdzie wślizgiwać się nie wolno.

Tak, wciąż to pamiętam, ale serce nie drży już z wyczekiwania i nie zamiera w zachwycie od jego bliskości. Ten chłopak pewnego dnia po prostu przestał być mój.

— Nie wierzę — zamknęłam oczy, zbierając się na odwagę. Odpowiedziałam cicho i spokojnie: — I nie słyszę twoich wyznań. Przestań do mnie dzwonić, proszę. Wszystko dawno jest przeszłością i kiedyś ci wybaczę, obiecuję.

— Fańka! — podszedł bliżej, próbując mnie objąć. Zauważył, jak się wzdrygnęłam, bojąc się dotyku. — Fańka?

— Ostrożnie — ostrzegłam, cofając się. — Patrz, Zaje zobaczą — tak je nazywacie? Choć tobie i tak wszystko jedno, kogo obejmujesz.

— Mam gdzieś ich wszystkich! Dość tego! Nie moja wina, że urodziłem się facetem! To wszystko łatwo zapomnieć. Wszystko! Łatwo! Zapomnieć! Słyszysz, Czyżyku? — I po ciężkim wydechu: — Zawsze cię kochałem, odkąd siebie pamiętam. Po prostu odzyskajmy to, co nasze — ty też przecież wszystko pamiętasz. Albo zacznijmy od nowa — jeden pies! Zgadzam się na wszystko!

Studenci na schodach zaczęli zerkać na nas ze śmieszkami. Trudno, nie tak strasznie, tutaj taki widok nikogo nie dziwi.

— Przestań, patrzą na nas.

— Niech patrzą! — hardo uniósł podbródek. — Kto to jest? Ten drugi? Nie milcz, Fańka, gadaj! Chcę wiedzieć: kto to jest?!

Próżno myślał, że nie wytrzymam jego spojrzenia. Nie mam się czego wstydzić, bez względu na to, co kto o mnie myśli.

— Po prostu człowiek, z którym jest mi dobrze.

— Cholera! — twarda pięść byłego uderzyła w ścianę, na pewno zdzierając skórę z kłykci. — Nie powinnaś była… — Przekląwszy pod nosem, chłopak podniósł głowę, by powiedzieć z pewnością w głosie: — Jeszcze dzisiaj z nim zerwiesz i przeprowadzisz się do mnie. Pomogę ci przewieźć rzeczy i sam z nim pogadam. Wyjaśnię mu to łopatologicznie, a jak nie zrozumie…

Patrzyłam na niego dalej.

— Co? Co będzie, jak nie zrozumie?.. Dlaczego jesteś pewien, że on tak łatwo mnie puści? Zrezygnuje, tak jak kiedyś zrezygnowałeś ty?

— Co? — zdaje się, że mój były kompletnie stracił rezon.

— A ty sam? Będziesz potrafił udawać, że wszystko jest w porządku? Zapomnisz?

W oddali mignęła Ulana. Przebiegła przez drogę, skręcając w szeroką alejkę, a były zareagował na mój wzrok. Odwróciwszy się na moment, zasłonił mnie przed przyjaciółką ramionami. Przygryzł w namyśle wargę, by po sekundzie się uśmiechnąć. Poczułam, jak zasycha mi w gardle od tego domysłu.

— Nie waż się! Tylko nie ona! Bo wszystko opowiem!

— To dlaczego do tej pory nie opowiedziałaś? Dlaczego milczałaś? Bałaś się, że nie uwierzy?

Nie, nie dlatego. Ale czy to mu wytłumaczę?

— Bo to zbyt wielki zaszczyt, świat nie kręci się wokół ciebie. Bo chciałam zapomnieć. Po prostu nie dostrzegać i nie pamiętać.

— Nie wyszło? — oparł ręce o ścianę po obu stronach mojej głowy i nachylił się do mojej twarzy. Dotknął policzka wargami, zostawiając wilgotny ślad aż do ucha.

— Założymy się, że w trymiga ją przekonam, jaka jesteś nieczuła? Sama do mnie przyjdziesz, Fańka — nagle znów spoważniał — a ja się jeszcze zastanowię, czy wybaczyć ci ten upór, czy nie. A co do gacha… — odepchnął się rękami, cofając się. — I tak go znajdę! Wtedy zobaczymy, jak po rozmowie ze mną od ciebie „nie zrezygnuje”.

 

— …Nie rozumiem, jak mogłam się pomylić w tak prostym zadaniu? Przechodziłam te testy dwa razy samodzielnie i dokładnie pamiętam, że poprawna odpowiedź była pod literą „B”. Jak to możliwe, że spudłowałam? Czy samo wdrażanie technologii informacyjnych w ekonomię nie prowadzi automatycznie do usprawnienia procesów biznesowych? Dlaczego Zarecka obniżyła mi punkt? Zaraz przestanę chodzić na jej zajęcia! Nie cierpię naszej Królowej Śniegu i tej jej informatyki ekonomicznej!

— Samo w sobie nie, Ula. Tylko w połączeniu z wdrażaniem aplikacji, zmianą samych procesów biznesowych, podnoszeniem kwalifikacji pracowników i doskonaleniem zarządzania systemami informacyjnymi. Pamiętasz, jak przerabialiśmy platformy? Systemy programowe pozwalające na tworzenie aplikacji? Właśnie wtedy Polina Wiktorowna to wyjaśniała.

Spakowałyśmy z Kim torby, schowałyśmy testy z ocenami i wyszłyśmy z auli, gdzie spędziłyśmy ostatnie dwie godziny. Test zdałam na „celujący”, ale prawie nie pamiętałam, o co w nim pytali ani jak odpowiadałam. W myślach miałam tak samo pochmurno i smutno, jak na dworze za oknem, gdzie sypał i sypał mokry, ciężki śnieg. Ani jednego jasnego promyka.

No, jeden promyk nadziei jednak był. W odpowiedzi na mój telefon do domu, mama zapewniła, że razem z tatą nie podali sąsiadom nazwiska Sokoła. Wspomnieli tylko, że byli w gościach u córki i jej chłopaka. I że chłopak bardzo im się spodobał. To ostatnie tata powtórzył sąsiadowi dwa razy i tu mama nie mogła już nic poradzić.

Ula dogoniła mnie i wzięła pod ramię. Przytuliła się ramieniem.

— Fańka, czy ty przypadkiem nie jesteś chora? Jakaś taka smutna dzisiaj chodzisz. Nawet Zarecka zauważyła i wyjątkowo nie męczyła cię na wykładzie tak jak zwykle.

— Naprawdę?

— Tak. Nie odpowiedziałaś na jej pytanie, to aż się zdziwiła.

— No proszę. Nic nie słyszałam.

Po naszej ostatniej rozmowie sprzed kilku dni Ula wciąż była trochę obrażona, ale podejrzewając, że coś jest nie tak z moim samopoczuciem, natychmiast o wszystkim zapomniała.

— Wszystko u mnie dobrze, Ulu, nie martw się. Po prostu pogoda nie nastraja, stąd ten humor pod psem.

— Bywa — przyjaciółka chętnie przytaknęła. — A jak tam żyje Sokolski? — zapytała z żywym zainteresowaniem. Weekend minął, a wymiana nowinek to przecież podstawa. — Nie zamęcza cię uwagą? Nie wyżera już ziemniaków za dwóch? — zachichotała. — Wiesz, Fańka, jak o was myślę, to ciągle wyobrażam sobie pana i panią Smith. Ich demolkę w domu. Pamiętasz, jak w filmie Jolie rozbija chińską wazę na głowie Pitta? Bach! A on do niej, ani trochę nie ranny — Ula wybiegła do przodu, zmysłowo przygryzła wargę i przywołała mnie dłońmi: — „No, dawaj jeszcze! Chodź do mnie, maleńka!”. Ach, jeszcze! A Jolie — Pittem potylicą o ścianę — łup! Masz, kochanie! To się nazywa wspólne mieszkanie, to rozumiem!

— Nie, to nie tak! — podjęłam grę. — On jej powiedział: „Dawaj, słonko, chodź do tatusia!”. A potem za to „słonko” dostał potylicą o szafę!

Kim świetnie parodiowała głosy i potrafiła poprawić nastrój; obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

— Czy może już zgraliście się jak Ginger i Fred? Co, Czyżyku? Pamiętasz film Felliniego na pokazie retro w przedostatni piątek? Kto kogo asekuruje, droga? — Ulanka teatralnie zatrzepotała rzęsami i zademonstrowała taneczne pas z udawanym podtrzymaniem. — O-la-la, Fania, nie mogę bez ciebie!

Czy to możliwe, że jeszcze minutę temu byłam smutna? Oto, co znaczy prawdziwy przyjaciel, który tak samo jak ty uwielbia stare kino. Patrzyłam na tę brązowooką dziewczynę i uśmiechałam się. Pal licho, że to głupiutkie! To przecież Ula!

— No, coś w tym stylu.

— Co ty, Fańka! Serio?! — zdumiała się przyjaciółka, stając jak wryta. — Przecież żartowałam!

Z boku śmignęła wysoka sylwetka ciemnowłosego chłopaka, który odłączył się od grupki znajomych. Przechodząc obok, szarpnął z ramienia Uli torbę na długich paskach i zręcznie przechwytując ją przy samej ziemi, zawiesił dziewczynie na szyi.

— Kim, a ty, jak widzę, nie jesteś już taka drewniana jak dawniej! Jak będziesz potrzebować partnera do tańca — wołaj!

— Titow… Przymuł!

— Maks, nie czepiaj się dziewczyny. Jest dla ciebie zdecydowanie za dobra. Cześć! — Malwin. Przeszedł, uśmiechając się za kumplem, z rękami w kieszeniach dżinsów, odwrócił się i mrugnął do osłupiałej Uli. — Jak leci?

— Widziałaś to, Fańka! — palec przyjaciółki wskazał za ich plecy, a usta jej się otworzyły. Tak zastygła w zdumieniu z torbą na szyi. — Widziałaś? Co on teraz? Do mnie?!

Humor znów spadł mi poniżej zera. Chwyciłam przyjaciółkę pod łokieć i pociągnęłam w stronę schodów, z dala od tych zbyt pewnych siebie chłopaków.

— Przewidziało ci się, Kim! — zapewniłam twardo. — Lepiej powiedz, o czym mówił ten Titow? — spróbowałam zmienić temat. Już wcześniej zauważałam zaczepki tego chłopaka pod adresem siostry kumpla, a teraz chciałam ją po prostu odciągnąć od myśli o nich.

Ula zdjęła torbę, zawiesiła na ramieniu i machnęła ręką.

— A daj spokój! Kiedyś razem tańczyliśmy na szkolnym apelu. Leszek zachorował, to go wstawili ze mną do pary. Już wtedy mnie nie znosił! W wieku dziesięciu lat był takim samym idiotą! Fańka? — powiedziała, rozpromieniając się w uśmiechu. — A zauważyłaś, jaki Malwin był dzisiaj ciacho?

Pozostało mi tylko bezradnie westchnąć.