SOVABOO

Rozdział 16, część 1

Przy krawężniku na poboczu rozległ się sygnał i zobaczyłam srebrną Toyotę Sokoła. Na pewno zauważyłabym ją wcześniej, gdybym tak bardzo nie pogrążyła się we własnych myślach.

— Jedziemy — powtórzył chłopak.

Wstałam, wyszłam spod wiaty przystanku i rozejrzałam się po chodniku, gdzie wśród przechodniów mogli trafić się znajomi ze studiów.

— A jeśli ktoś nas zobaczy? — zapytałam z wahaniem, pamiętając o naszej umowie, ale Sokół nie odpowiedział, odrzucając połączenie, więc powoli podeszłam do auta. Zauważywszy uchylone dla mnie drzwiczki, wsiadłam na przednie siedzenie, czując się jednocześnie speszona i skrępowana. Czy to przez bliskość uniwersytetu, czy przez widok moich zaczerwienionych oczu, czy może przez to szare spojrzenie, które mnie powitało.

Dzisiaj Sokół był cały w ciemnych barwach — czarna kurtka i golf, czarne dżinsy — a jego wzrok, odbijający śnieżną biel za oknem, wydał mi się szczególnie ostry i uważny. Ułożywszy torbę na kolanach, odwróciłam się w stronę przedniej szyby.

— Nie trzeba było się zatrzymywać, Artemie. Przecież wiesz: przywykłam do autobusów. Mogłeś po prostu pojechać dalej.

Sokół odpalił silnik i płynnie ruszył z miejsca. Cicho prowadził samochód, patrząc na drogę.

— Widocznie nie mogłem — odpowiedział sucho. — Siedziałaś tam zbyt długo, Czyżyku.

Zbyt? Jak długo? Spojrzałam w końcu na chłopaka. Niełatwo pilnować czasu, kiedy człowiek jest rozstrojony i rozbity. Odruchowo podniosłam dłonie do ust i chuchnęłam w zaciśnięte pięści, czując, jak mróz szczypie mnie w palce.

— A ty…

— Po prostu przejeżdżałem obok.

— Jasne.

Odwróciliśmy się do drogi i zamilkliśmy. Tym razem nawet nie zerkaliśmy na siebie, ale niemal skórą czułam obecność Sokoła obok, jego męską aurę, jakby we mnie napięły się i tak już rozchwiane struny duszy, reagując na silną energię chłopaka. Zdecydowanie wyglądał teraz na całkiem zdrowego i jak zawsze pewnego siebie — w przeciwieństwie do mnie. Sokołem zdolnym rozpalić każdą dziewczynę, nawet nie używając swojego uroku — tej pierwszej broni w arsenale Malwina. W głowie kręciły mi się słowa Uli: „Przecież żaden ci się nie podobał? Nigdy?”. I myśli, myśli… będące kontynuacją naszej kłótni, na które mogłam teraz odpowiedzieć z całą pewnością.

Nie, ja też żyję i potrafię czuć ogień i ciepło, tak jak czuję je teraz. Niewiele różnię się pod tym względem od innych dziewczyn. A etykietki przyczepiono mi tylko dlatego, że w miejscu zaufania została blizna po oparzeniu. Tak bardzo chciałam nie urazić Uli, uchronić ją przed własnymi błędami, a wyszło na to, że ją skrzywdziłam.

Nasze telefony znów odezwały się praktycznie jednocześnie. Odrzucając połączenie, zdążyłam dostrzec w lusterku wzrok Sokoła, który właśnie oderwał ode mnie. Nie patrzył na ekran, kiedy zdecydował się odebrać.

— Tak? Cześć. Nie, nie przyjeżdżaj. Poczytaj książkę, jeśli ci się nudzi. Tak, nie mam nastroju ani ochoty. Lera, nie dzwoń. Oczywiście, że wszystko ze mną w porządku. Nara!

I już na mnie nie patrzył, gdy nagle zapytał:

— Czyżyku, ty go kochasz?

Jechaliśmy sami, w relatywnej ciszy… Nie trzeba było zgadywać, o kogo pytał. Znowu odrzuciłam połączenie.

— Nie — mimo zdziwienia i rumieńca, który wykwitł na moich policzkach, odpowiedziałam pewnie.

— To dlaczego… — Artem nie wypowiedział słowa „ryczysz”, ale i tak wiedziałam. — Żałujesz czegoś?

— Nie. Już nie.

— Nie chcesz o tym mówić?

Spojrzałam na Sokoła, a on przechwycił moje spojrzenie. Odwrócił się do drogi, dając mi możliwość przyjrzenia się jego profilowi — prostemu, bez cienia uśmiechu na twardych ustach. Chyba zagapiłam się na nie, łapiąc się na niespodziewanej myśli, że jakaś dziwna ta nasza bliskość w rozmowie — taka przytulna. Jak ze starym przyjacielem. I zapewne mogłabym mu odpowiedzieć, gdyby nie jedno „ale”.

— To nie dlatego, że żałuję. Słowo daję, nie dlatego. Od dawna chcę o nim zapomnieć.

 — To zapomnij, Czyż.

— To nie takie proste.

— Pamiętam, mówiłaś, że jesteście sąsiadami.

— Tak, ale nie w tym rzecz.

— Zatem on kocha? — oczy Sokoła, jasne jak nigdy, znów odnalazły moje.

Pokręciłam głową, odwracając się do okna.

— Nie. Raczej bawi się w uczucie, które sobie wymyślił. O tym uczuciu można sobie przypomnieć, kiedy to wygodne, a kiedy niewygodne — wymazać z pamięci. Spotykaliśmy się od szkoły i wierzyłam, że to na zawsze. Głupie, oczywiście, ale inaczej nie potrafię. A pewnego dnia on po prostu łatwo o mnie zapomniał.

— Wyjechał, a teraz wrócił?

— Nie do końca tak, ale bardzo podobnie. Więcej się nie oszukuję. Tak się nie kocha. Czy można kochać i być z innymi? Z różnymi? Nie rozumiem tego.

Mimo wszystko odwróciłam się, speszona własną wylewnością — Sokół patrzył przed siebie. To nie było bezpośrednie pytanie i nie czekałam na odpowiedź. Słowa zdziwienia same wyrwały się z mojej piersi na jednym wydechu, ale chłopak nie milczał.

— Nie potrafię ci na to odpowiedzieć, Czyżyku.

Cóż, trzeba przyznać — powiedział szczerze. W końcu studiowaliśmy na tym samym uniwersytecie i wiedziałam, ile dziewczyn chciało z nim być. A pewnie i było. Sama przed chwilą słyszałam telefon od jednej z nich i sama przyglądałam mu się z oddali z dziewczęcej ciekawości, jako chłopakowi, którego nie sposób nie zauważyć.

— Tak — zgodziłam się z konieczności — ty nie potrafisz.

— Nie dlatego — Artem domyślił się, o czym pomyślałam i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Zwróciłam uwagę na jego poobijane w bójce kłykcie i silne nadgarstki. Nawet w tak prostym ruchu pozostawał sobą.

— Więc dlaczego? — odważyłam się z kolei zapytać.

— Nie sądzę, Czyżyku, bym kiedykolwiek kochał.

To dopiero wyznanie. Wyczerpujące tak bardzo, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Sokół mówił dalej.

— Ale przypuszczam, że nie. Mój ojciec przez bardzo długi czas był sam, kiedy matka odchodziła i wracała. Dobrze pamiętam naszą wspólną samotność. Czasem wydaje mi się, że nikogo nie kochał tak jak Alisę. Zawsze na nią czekaliśmy, aż pewnego dnia zrozumieliśmy, że nie jesteśmy potrzebni. Minął czas i on potrafił żyć dalej. Ty też będziesz potrafiła, Czyż.

Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w chłopaka, którego jeszcze niedawno nie znałam. Czy to naprawdę ten Sokolski, pewny siebie i samolubny typ, który myślał, że wkradłam się do jego mieszkania podstępem i którego tak lekkomyślnie straszyłam Barabaszką?

— Ja już żyję, Artemie.

— Wiem, Czyżyku. — Uśmiechnął się, a ja nagle poczułam, że nie wypuściłby moich oczu ze swojego wzroku, gdyby nie droga. Gdyby nie droga, sama też bym teraz w nie patrzyła.

Potrzebowałam kilku minut ciszy, by wyznać:

— Wiesz, nigdy bym nie pomyślała, że to powiem, ale… Chyba się cieszę, że pewnego dnia Leszek miał klucze do obcego mieszkania i trafiłam do ciebie. Gdyby nie to, nigdy nie dowiedziałabym się, jaki jesteś.

Sokół zacisnął usta i nie od razu pojęłam, że samochód się zatrzymał, a my patrzymy na siebie.

— Jaki, Czyż?

„Nie wiem” — chciałam odpowiedzieć. Szare tęczówki kusiły, ale nie potrafiłam znaleźć słów. Artem znów pierwszy przerwał milczenie. Powiedział bez cienia uśmiechu, zamyślony i zbyt poważny, by można było w to nie uwierzyć.

— Ja też się cieszę, że to byłaś ty.

Co się dzieje? W tej konkretnej chwili? Co się z nami dzieje? Miałam wrażenie, że wszystko wokół nagle zmieniło się w niejasny cień i przesunęło gdzieś na peryferia uwagi. Przedmioty, samochód, a nawet sam dzień jakby zapadły się w inną rzeczywistość, otuliły mgłą, zostawiając nas samych. Szare oczy nie puszczały, wciągały w siebie, rozniecając w piersi płonące iskry. Poczułam, że lgnę do nich, i zamrugałam, zrywając kontakt. Odwróciłam się do okna, oddychając ciężko.

— Przepraszam, Artemie. Chyba gadam od rzeczy.

Sokół wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiczkami. Odszedłszy dookoła Toyoty, otworzył drzwi z mojej strony i pomógł mi wysiąść. Zabrał moją torbę i rzucił ją na tylne siedzenie.

— Telefon? — wyciągnął wymagająco dłoń.

— Proszę — posłusznie włożyłam gadżet w jego dłoń. Patrzyłam bezradnie, jak znika w schowku razem z iPhone’em Sokoła.

— Niech tu poleżą, tylko rozpraszają — wyjaśnił, uzbrajając alarm w aucie.

— A to nie jest ulica Fiedosiejewa? — To była centralna dzielnica, niezbyt mi znana; spojrzałam na Sokolskiego ze zdziwieniem.

— Nie, jesteśmy przy centrum rozrywki „Fiery Sky”. Czasem wpadam tu z Luką albo chłopakami z drużyny. Chodź, Czyż — Artem odnalazł moją dłoń i mocno ją ścisnął, ciągnąc za sobą. — Nie podoba mi się twój nastrój. Jeszcze się rozchorujesz, a ze mnie lekarz jeszcze marniejszy niż kucharz. Nawet termometru nie umiem porządnie włożyć, nie to co ty.

— Ale ja nie mam pieniędzy!

— Zapomnij! Ja cię zapraszam.

W centrum rozrywki „Fiery Sky” znajdował się parking podziemny, kino z trzema salami, strefy gier dla dzieci i dorosłych, supermarket, kręgielnia, lodowisko, tor kartingowy, sklepy z pamiątkami i dobra tuzin kawiarni oraz restauracyjek — od włoskiej kuchni po japońską, rozsianych na najwyższych piętrach wielkiego kompleksu. Rozrywka dla każdego. Słyszałam o tym miejscu, czasem przejeżdżałam obok, ale nigdy nie byłam w środku. Znalazłszy się w wysokim, przestronnym holu, zaczęłam kręcić głową na wszystkie strony, podziwiając przeszklone schody ruchome, powódź światła, noworoczne ozdoby i reklamy.

— Idziemy, Czyż! Tędy!

Tym razem nie poszliśmy do kina. Widząc salę gier z planszówkami i automatami, Sokolski pewnie poprowadził mnie do stołów i wykupił czas przy jednym z nich.

— Grałaś kiedyś w cymbergaja? — zapytał, zdejmując kurtkę i pomagając mi się rozebrać. Bezceremonialnie ściągnął mi z głowy czapkę, wpychając ją w rękaw.

— Dawno temu. Raz z bratem nad morzem. Przy okazji: wtedy wygrałam!

— Jestem pewien, że i teraz pokażesz klasę. Bierz odbijak i krążek. Zaczynaj!

Tak po prostu?

Łatwo powiedzieć! Na początku cały czas pudłowałam, nie nadążając wzrokiem za krążkiem, potem posyłałam go w powietrze, wybierając koszmarne kąty odbicia, a potem się śmiałam. Nie byłam pewna, czy gram przepisowo, ale Sokół nie narzekał i w końcu udało mi się strzelić gola — sobie samej.

— To nieuczciwe! Nie da się wygrać z kimś, kto ma taki refleks jak ty!

Artem uśmiechał się.

— Dobra, Czyżyku, obiecuję rozpaczliwie ziewać i gapić się na boki!… Gol! Hurra! Czyż, jeden zero dla ciebie! Jeszcze sześć punktów i naprawdę mnie ograsz!

— Nawet w to nie wątp!

Oczywiście, „naprawdę” ograć go nie zdołałam. Za to w strzelance — w „Half-Life” — stojąc ponad godzinę w gotowości przy automacie, trzymałam się dzielnie i ramię w ramię z Sokołem wybiłam w tajnym laboratorium wszystkie potwory do nogi.

— Dobrze wyglądasz z pistoletem, Czyżyk! Lara Croft może się schować!

— Dzięki, ty też nie jesteś najgorszy, doktorze Gordonie Freeman!

— No co, jeszcze raz?

— Dawaj!

Sokolski nie dał mi odetchnąć. Chwycił kurtki, złapał mnie za rękę i znów pociągnął za sobą. Zatrzymał się nagle jak wryty, widząc pod ścianą szeroką trampolinę ogrodzoną siatką.

— Czyżyku, chodźmy poskakać! — w jego oczach zapłonął entuzjazm.

— Na trampolinę?! — gapiłam się na atrakcję, nie wierząc, że mówi poważnie.

— No tak — Artem rozejrzał się, unosząc kąciki ust. Chyba sam był zdziwiony swoim pragnieniem.

— A ty kiedykolwiek skakałeś? Tak przy wszystkich? — ja też nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

— Nie, nie było okazji. Nie miałem odpowiedniego towarzystwa. Chyba tylko w parku w dzieciństwie. Ale to było tak dawno, że zdążyłem zapomnieć. A ty?

— Ja też zdążyłam.

— W takim razie sam los nam mówi: naprzód! Co nas obchodzą inni, Czyż? Chodź!

Zdjęliśmy buty i wskoczyliśmy. Sokół z łatwością mnie podsadził. Okazało się, że skakanie jest niesamowicie łatwe! I naprawdę nikogo innego się nie widzi! Po kilku skokach, gdy Sokolski wylądował na tyłku i zwinnie się zerwał, sama spróbowałam powtórzyć ten trik. Udało się!

— Jejku! Artemie, to jest naprawdę świetne!

— A ty się bałaś!

Juchu! To było cholernie ekscytujące! Po dziesięciu minutach chichotałam wniebogłosy, wylatując w górę, lądując na pupie i znów zrywając się na nogi. Gumka spadła mi z kucyka, włosy się rozwichrzyły, ale nie chciałam przestać. Uniosłam ręce w skoku i dotknęłam piętami pośladków. Spojrzałam na Artema, on akurat upadł na plecy; zagapiłam się na jego uśmiech, pomyślałam o tym, że chłopak z tak pięknym uśmiechem zdecydowanie powinien śmiać się częściej… i niespodziewanie zwaliłam się prosto na niego.

— Oj!

Doskakałam się — spadłam na Sokoła, wczepiając się w jego ramiona. Mało brakowało, a zderzylibyśmy się czołami! Zmieszałam się, czując pod sobą jego silne ciało, znów widząc tak blisko te oczy — szare i jasne pod ciemnymi rzęsami, zastygłe w uważnym spojrzeniu pełnym żywego oczekiwania.

— Ostrożnie, Czyżyku.

— P-przepraszam, Artemie, to niechcący.

Nie od razu dotarło do mnie, że jego ręce mnie trzymają. Pewnie on sam też nie od razu to pojął, bo nie puścił mnie, kiedy próbowałam się odsunąć.

— Hej, wy dwoje! Gołąbeczki! Dosyć tego leżenia, to nie plaża! — zawołał zza siatki pracownik sali. — Nie mam pretensji, ale niedaleko są dzieci, więc miejcie się na baczności! Chociaż do labiryntu wejdźcie, jeśli już musicie!

Schodziliśmy z trampoliny już nieco mniej wesoło, lekko oszołomieni tym nagłym zbliżeniem. Sokół zeskoczył pierwszy i zręcznie mnie podchwycił. Po elastyczności trampoliny podłoga wydała się nienaturalnie twarda — potrzebowałam kilku sekund, by przyzwyczaić się do jej stabilności. Pospiesznie włożyłam buty i pewnie uciekłabym gdzie pieprz rośnie, nie wiedząc sama przed czym, gdyby Artem mnie nie zatrzymał.

— Czekaj, Czyż! — zawołał, łapiąc mnie za rękę i nie puszczając. — Wszystko jest w porządku, słyszysz!

— Tak.

— Przecież ci się podobało? Przyznaj się? — zapytał, a ja nie mogłam nie odpowiedzieć uśmiechem, uspokajając się pod jego uważnym wzrokiem. Czułam, jak płoną mi policzki.

— Bardzo!

— To co, idziemy dalej?

— Dokąd?

Wzruszył ramionami.

— Nigdy nie spędzałem tak czasu z dziewczyną, ale wydaje mi się, że powinienem cię nakarmić. Jak myślisz? Ja osobiście potwornie zgłodniałem.

— No…

— Pizza? Fast-food? Sushi? Co? — Artem wyprzedził mnie o krok, odwrócił się twarzą do mnie i zaczął iść tyłem. — Odpowiadaj bez zastanowienia!

— Mm… Gołąbki!

Sokolski wybuchnął śmiechem.

— Czyżyku, to nie fair!

— No naprawdę mam na nie ochotę! — rozłożyłam ręce. — Ale zgadzam się też na pizzę!

— Umowa stoi!