SOVABOO
Rozdział 16, część 3
Podeszli do sąsiedniego toru — grupka trzech chłopaków i dwóch dziewczyn; nie od razu ich zauważyliśmy. Jeden z nich, szczupły brunet z zawadiackim błyskiem w oku, pierwszy podał Sokolskiemu rękę i z zainteresowaniem zerknął na mnie.
— Nie spodziewałem się ciebie dzisiaj tutaj spotkać — powiedział całkiem przyjaźnie. — Dawno tu nie zaglądałeś.
— Cześć, Rusłan — odpowiedział na uścisk dłoni Artem. — Tak, dawno. Nie było okazji.
— A teraz, jak widać, okazja się znalazła? — wysoki nieznajomy uśmiechnął się dziwnie, a ja się spięłam, nie wiedząc, czego się po tej piątce spodziewać.
— Znalazła — potwierdził spokojnie Sokolski.
— Zauważyliśmy cię, jak tylko weszliście, ale nie chcieliśmy przeszkadzać — przyznał chłopak. — To niecodzienny widok: Sokół w damskim towarzystwie. Wiesz, co mam na myśli?
— Nie bardzo.
— Daj spokój, Artemie — szczupły zaśmiał się — pytam z czystej przyjacielskiej ciekawości, przecież mnie znasz. Nawet założyliśmy się tu z dziewczynami o parę drinków, kim jest ta nieznajoma z tobą. Siostra czy twoja dziewczyna?
Założyłam pasemko włosów za ucho, czując, jak nogi wrastają mi w podłogę, uśmiech znika z twarzy, a ramiona sztywnieją. No i mamy pytanie za sto punktów! Cała konspiracja szlag trafił! Przecież jeśli Artem powie, że spotkaliśmy się przypadkiem, że jestem koleżanką z roku, przyjaciółką z dzieciństwa — czy nawet siostrą! — i tak nie uwierzą, widząc, jak im się oczy palą z ciekawości. Eh, trzeba było myśleć wcześniej, Fańka, zanim pokazałaś się publicznie! A teraz, jeśli Sokół przyzna się kumplom, że widzi mnie pierwszy raz w życiu — spłonę ze wstydu!
A może faktycznie powiedzieć, że pierwszy? Samej się przyznać? Że niby jestem najbardziej nieustępliwą fanką na świecie i przyczepiłam się do kapitana ulubionej drużyny? A on z grzeczności zgodził się ze mną zagrać. Co mu szkodzi?
Ruda dziewczyna z wysokim kucykiem zmierzyła mnie zaciekawionym wzrokiem. Uważnie zlustrowała mnie od butów aż po rozczochraną czuprynę i uśmiechnąwszy się pod nosem, uspokoiła się.
— Cześć, Artemie — uśmiechnęła się kokieteryjnie, wieszając się na ramieniu bruneta. — Co słychać? Przedstawisz nam swoją towarzyszkę?
Sokół nie odpowiedział, ledwie w ogóle ją słysząc. Teraz i on się spiął. Jakby od niechcenia zrobił krok w stronę chłopaka.
— Słuchaj, Rusłan — powiedział tonem dalekim od uprzejmości — a nie poszedłbyś ty ze swoją ciekawością i panienkami w…
— Ja jestem, e-em, sąsiadką! — wypaliłam głośniej, szczerze przerażona wizją konfliktu. Nie znałam tych chłopaków, ale Sokolskiego zdążyłam już poznać na tyle, by wiedzieć, do czego jest zdolny. Jeszcze tego brakowało, żeby przeze mnie ucierpiał — jeden przeciwko trzem! Mało mu było bójki sprzed dwóch dni! — Prawda, Artemie? — zwróciłam się do niego z nadzieją, robiąc tchórzliwy kroczek w tył.
Jeśli uda się to pomyślnie załagodzić — ulotnię się niepostrzeżenie. Postanowione!
— Nieprawda — sprzeciwił się chłopak spokojnie, nie patrząc w moją stronę.
— Siostra? — zapytałam bezradnie. No bo co innego mi zostało, tylko szukać wyjścia!
Dopiero teraz Artem na mnie spojrzał. Popatrzył uważnie — chłodno i przeszywająco, jakby chciał mnie przygwoździć do miejsca.
— Przestań, Czyż! — warknął cicho. — To nie ich psia sprawa.
— Czyli jednak siostra — zarechotała ruda. — Zgadłam! — klasnęła w dłonie, ale natychmiast urwała, słysząc zirytowany głos Sokoła:
— Nie zgadłaś, Zaja. Mieszkamy razem — odpowiedział, zwracając się do wysokiego chłopaka, i wyglądało na to, że po takim wyznaniu nie tylko ja stałam z otwartą buzią. — I skończ z tymi pytaniami, jasne, Mardżanow? To nie wieczór pytań i odpowiedzi, a ja nie jestem twoim fantem.
— Oho! — zagwizdał brunet. — Daj spokój, Sokół! Robisz nas w konia? — zaśmiał się wymuszenie, ale szybko spoważniał. — Naprawdę?
— A co, wygląda to na żart?
— No nie — zdziwił się szczerze brunet. — Niezupełnie — spojrzał na mnie przepraszająco i nagle wyciągnął rękę. — Rusłan Mardżanow, miło cię poznać! Graliśmy kiedyś z Artemem razem. I w ogóle, korzystaliśmy z życia — dodał z sugestią. — Niezły z niego gość! Nie tylko z nazwiska, ale i na boisku to prawdziwy Sokół!
A ja ze strachu uścisnęłam tę dłoń.
— Anfisa — powiedziałam i nie wiedzieć czemu dodałam: — Czyżyk!
— Ptaszek? — chłopak od razu się uśmiechnął. — No proszę! W takim razie nic dziwnego, że tak się zgraliście.
Przedstawił mi swoich znajomych, ale i tak nie zapamiętałam ich imion; od razu wróciłam wzrokiem do Sokolskiego.
— A to moja siostra, Leila — dumnie przyciągnął do ramienia płomienną brunetkę, chudziutką dziewczynę o czarnych oczach i wydatnym biuście. Ta wyraźnie ożyła, wyciągając w uśmiechu pełne usta, pomalowane grubą warstwą błyszczyka. — Dawno chciałem was poznać, ale widzę, że się spóźniłem.
Sokół zareagował suchym skinieniem głowy, a dziewczyna posmutniała. Brat, sam o tym nie wiedząc, rozczarował ją jeszcze bardziej.
— Pamiętasz, jak mówiłem ci o piłkarzu z wielkimi perspektywami? No więc, Leilo, to właśnie on. Sam jestem dumny z tej znajomości. Artemie, co powiesz na selfie na pamiątkę? Proszę dla siostry, nie dla siebie. A nuż zostaniesz wielką gwiazdą, a my na twojej sławie trochę zarobimy?
— Mardżanow, spływaj stąd na znane ci dobrze adresy, zanim narysuję ci na gębie mapę odwrotu. Wiesz, że potrafię — Sokolski potwierdził swoją reputację zawadiaki. I ja osobiście nie mogłam go za to winić.
— Wiem — skinął chłopak. — Podszedłem, bo chciałem spytać, Tiuma, czy nie masz ochoty na rewanż? — zaproponował, jak gdyby nigdy nic. — Ostatnio przegrałeś ze mną skrzynkę piwa. Pora znów spróbować szczęścia.
— Dość mam futbolu. Nie można być doskonałym we wszystkim — Sokół uśmiechnął się złośliwie, a ja domyśliłam się, że ten Mardżanow to jednak mętna postać. — I nie jestem tu sam, jak widzisz.
— A jeśli namówię nasze dziewczyny na mały pojedynek? — próbował postawić na swoim brunet.
— Wykluczone. Anfisa jest pierwszy raz na kręglach.
— Moja Lenka też nie jest asem — skinął w stronę rudej. — Poza tym pilnuje swojego manikiuru jak oka w głowie, to wyrówna szanse.
— Rusłan — obraziła się dziewczyna — nie wypowiadaj się za mnie, proszę!
— Więc jak będzie? — Rusłan jej nie słuchał, wciąż patrząc na Sokoła.
— A ty, Mardżanow, widzę, że ciągle szukasz zwady — odezwał się Artem.
— A co mi innego zostało? — chłopak rozłożył ręce i roześmiał się. — Świat jest nudny i szary. Adrenalina to narkotyk zdrowych ludzi! Poza tym zawsze wygrywam, to moja strefa komfortu. Co powiesz? Wyznacz stawkę, z góry zgadzam się na wszystko — w granicach rozsądku, oczywiście.
— Powiem „nie”. Nie interesuje mnie to.
— Daj spokój, Sokół, nie spinaj się tak. To będzie bardzo ciekawe! — Brunet ani trochę nie przejął się odmową. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem i skierował się do stolików w strefie wypoczynku, gdzie między kanapami stał wazon z kwiatami. Wyciągnął z bukietu największą różę na długiej łodydze — różową i delikatną — po czym wrócił, szczerząc się zadowolony.
— A jeśli założymy się o to? — okręcił kwiat w palcach. — Co, Sokół? Może wygrasz tę marną różę dla swojej dziewczyny? Tylko nie mów, że będę musiał odnieść ją z powrotem. Zostawmy łupy drapieżnikom, takim jak my. Kupić każdy głupi potrafi.
— Przestań, Rusik — zachichotała niepewnie ruda — to przecież bzdura! — Ale widząc, że jej chłopak nie żartuje, umilkła.
— Wygram ją od ciebie w trymiga dla mojej Lenki — Mardżanow znów spojrzał na mnie. — Albo nie! Dla twojej Anfisy? Właśnie, czemu nie? Postanowione! Z przyjemnością sprawię radość twojej dziewczynie.
Odnalazłam dłoń Sokoła i położyłam palce na jego zacisniętej pięści. Milczał, a brunet z rozczarowaniem wzruszył ramionami, zamierzając oddać różę rudej. Jak dla mnie, mogli się wynosić gdzie pieprz rośnie! Byle dalej od nas!
— Jak chcesz. Widać źle oceniłem sytuację. Zdarza się!
— Pal cię licho, Rusłan! Zgoda. Gramy! — rzucił nagle stanowczo Sokół.
— Artemie!
— Wszystko w porządku, Czyżyku. Wygram to.
Jego dawny znajomy przekazał różę koledze i z zapałem potarł dłonie.
— Marzenia ściętej głowy, kapitanie! — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — To nie piłka nożna. Na boisku jesteś panem i władcą, ale tutaj wymiękasz.
— Mardżanow, wyluzuj — ze zdziwieniem zobaczyłam, jak na usta Sokoła wypłynął podobny, drapieżny uśmiech. — Ostatnio wyprzedziłeś mnie tylko o dwa punkty.
— Dwa! Punkty! Zauważ, Sokół, że to nie ja to powiedziałem. Tylko dwa marne punkty, które kosztowały cię kolejkę dla całej paczki. No i dawno nie grałeś. Wydaje mi się, czy to było wtedy, kiedy cię ograłem?
— Wydaje ci się. Nic to, zdam się na szczęście.
— Artemie, nie trzeba. Nie słuchaj go — denerwowała się. To wszystko przypominało walkę kogutów w piaskownicy, gdzie mogło zdarzyć się wszystko! Ale Sokół nagle odwrócił się do mnie i chwycił mnie za ramiona. Spojrzał mi prosto w oczy.
— Wszystko będzie dobrze, Czyż! — powiedział pewnie. — Tylko we mnie wierz, dobrze? — poprosił cicho, a w tej chwili poczułam, jakby przeleciało między nami coś niezwykle ważnego. Nie odrywając od niego wzroku, skinęłam głową.
— Tak. Wierzę w ciebie, słyszysz! Wygrasz!
Czym jest męski hazard i rywalizacja — nie trzeba tłumaczyć. Wiedziałam, że przybiera różne formy, ale zawsze jest niszczącą energią, która kpi ze zdrowego rozsądku.
Nasza grupka ustawiła się przy torze. Dziewczyny zerkały na mnie niechętnie, ale miałam to gdzieś. Nie prosiłam tego Rusłana o żadne kwiaty. Zwłaszcza wiedząc, że chce tym tylko dopiec Sokołowi.
Z każdą ramką chłopaki przygotowywali się do rzutu coraz staranniej, a atmosfera gęstniała. Pod koniec dziewiątej ramki Sokół znów przegrywał z Rusłanem dwoma punktami. Ten, wyraźnie rozluźniony, podśmiewał się i dogryzał rywalowi. Dopiero gdy Sokół w dziesiątej ramce uderzył strike’a — Mardżanow spiął się, rozumiejąc, że jeśli chce wygrać, musi zamknąć ramkę strikiem lub zbić co najmniej dziewięć kręgli. O remisie nie było mowy.
Rozbieg, zamach…
— Mardżanow, wydaje mi się, czy trzęsą ci się ręce? Pogódź się z tym, dzisiaj szczęście sprzyja mnie.
— Nie mów hop, Sokół! Zaraz się przekonamy!
…Podkręcona kula z głuchym turkotem potoczyła się po klonowym torze. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Trach! Przeszła lewą stroną, zbiła sześć kręgli i zniknęła w otchłani.
Koniec gry. Na tablicy wyświetliły się punkty i imię zwycięzcy.
— Ale jak?! Nie rozumiem… — brunet stał, wbijając palce we włosy, nie wierząc własnym oczom. — Ja pierdolę!
Szczerze mówiąc, ja też przez dwie sekundy nie mogłam pojąć, co się stało, a potem dotarło to do mnie wśród nagłej ciszy.
Sokół wygrał. Wygrał! Naprawdę zwyciężył, tak jak obiecał! Byłam tak przejęta, że z radości rzuciłam mu się na szyję.
— Hurra! Artemie! Wygrałeś! Wierzyłam, słowo daję, wierzyłam! Hurra!
Tak łatwo i prosto było go obejmować; było mi wszystko jedno, co pomyślą inni.
— Tak. Jest twoja, Czyż — usłyszałam jego śmiech i poczułam, jak w odpowiedzi oplatają mnie silne ramiona, odrywając od ziemi. — Ta przeklęta róża jest twoja!
— Hurraaa! — sala kręgielni zawirowała wokół nas.
Sokół ostrożnie postawił mnie na nogi i podszedł do jednego z chłopaków, by odebrać z jego rąk kwiat.
— Mardżanow, przysięgam — odwrócił się do Rusłana — następnym razem lepiej nie wchodź mi w drogę! Podziękuj Anfisie, że w porę się opanowałem.
— Anfisa, dzięki! — tamten ani trochę się nie obraził. Dziwny typ! — A ja co, ja nic — wzruszył ramionami. — Zgoda, przegrałem jak ostatni frajer! Teraz jestem gotów iść po drinki, żeby przebłagać szczęście na przyszłość — zaśmiał się. — Tylko zobaczę na własne oczy, jak twoja dziewczyna ci gratuluje, i od razu stawiam! Obiecuję!
Mięśnie na twarzy Sokoła napięły się. Puścił mnie, ale wciąż patrzyliśmy sobie prosto w oczy. To, co powiedział Rusłan, brzmiało całkiem logicznie w tej sytuacji i przy radości zakochanej pary, gdyby nie fakt, że parą nie byliśmy. Prawda?.. Nie byliśmy?
Z nagłym żalem zrozumiałam, że Artem nie zrobi pierwszego kroku. Tu i teraz — nie zrobi go. Dzisiaj i tak zrobił dla mnie już bardzo dużo. Teraz była moja kolej, by podziękować mu za ten wieczór; a najlepiej, jeśli stanie się to na oczach jego znajomych, skoro już się mnie nie wyparł, gdy miał ku temu okazję. Pewnie nie odważyłabym się na coś takiego, gdybyśmy zostali sami. A chciałam. Jak każda żywa dziewczyna zdolna czuć ogień, nie przestawałam myśleć o pocałunku z nim od tamtej nocy, gdy postanowił dać mi nauczkę.
Gdyby Ulana zapytała mnie teraz raz jeszcze, czy podoba mi się Sokół, z całą pewnością odpowiedziałabym: tak. Podoba mi się, i to bardzo! Jak może nie podobać się ktoś, kto wygrał dla ciebie najpiękniejszą różę na świecie?
Co za dziwny dzień — pochmurny poranek i słoneczny wieczór. Oto on — smutek, który jeszcze przed chwilą zalegał mi na barkach… teraz zniknął bez śladu. Jakby przez chmury wyjrzał błękit nieba i znów chce się rozprostować skrzydła i oddychać. Czuć. Tak, chcę czuć. W tej konkretnej minucie.
Pal licho spojrzenia, i tak nie potrafię grać pod publiczkę. Nieważne, co będzie jutro. Teraz, gdy patrzę na Artema, wszystko wydaje się tak odległe i nieistotne, jak dokuczliwe rozczarowanie z poprzedniego życia. Radość daje siłę, wlewa odwagę i mąci rozsądek. To niebezpieczne, Fańka, igrać z takim chłopakiem, ale tak słodko jest postawić krok na ścieżce wyścielonej jego uwagą.
Ruszyłam z miejsca i stanęłam przed Sokołem. Wzrok sam opadł na jego usta, zaciśnięte w twardą linię o wyraźnym konturze. Piękne usta. Kiedyś na pewno przesunę po nich palcami, a one odpowiedzą na dotyk, wiem, że odpowiedzą. Już teraz, pod moją presją wzroku, rozchyliły się lekko przy wdechu, jakby obiecując, że tak, właśnie tak będzie.
Uniosłam głowę i odnalazłam szare oczy — tak samo jak moje, płonęły wyczekiwaniem. Moje ręce spoczęły na jego piersi i powoli powędrowały ku szerokim ramionom. Artem wstrzymał oddech, a jego gotowość tylko podsyciła moje pożądanie. Świadomość, że chce tego nie mniej niż ja, sprawiła, że serce zaczęło bić jak oszalałe.
Puk! Puk-puk! Puk-puk!
Sokół był wyższy i silniejszy, ale czy taki drobiazg mógł powstrzymać zakochanego Czyżyka? Zakochanego?.. Och, chyba ten wieczór ostatecznie zawrócił mi w głowie. Zamknęłam oczy i sięgnęłam do jego ust. Nie wiem, co mną kierowało, może winny był wieczór i chwilowe szaleństwo, ale drugi raz w życiu całowałam sama — i oba razy to był Artem Sokolski.
Muskając jego usta, delikatnie je przykryłam. Nie odpowiedział — zupełnie jak za pierwszym razem — ale też się nie odsunął. Jakby skamieniał pod moimi dłońmi, a ja, nabierając śmiałości, mocniej przylgnęłam do niego w pocałunku. Zaczęłam bawić się jego wargami — chwytając je i puszczając, pokazując, jak bardzo mi się podobają. Jak bardzo podoba mi się ten chłopak, na którego karku niepostrzeżenie splotłam dłonie, gładząc go, napotykając nagle dreszcz na jego gorącej skórze pod dotykiem Sokoła. Czułam, jak jego palce zanurzają się w moich włosach.
— Anfisa! — wydechnął i ożył, by dosłownie wgnieść mnie w siebie. To nie był już nieśmiały uścisk. Moją kobiecą odwagę zalało rozbudzone przez nią męskie pożądanie, a ja oddałam mu pierwszeństwo. — Fania! — dźwięk mojego imienia ścisnął mi serce, prąd przebiegł wzdłuż kręgosłupa i odezwał się słodkim echem w palcach, które natychmiast odpowiedziały pieszczotą.
Sokół smakował mnie, pił ze mnie, nie odrywając się, całkowicie zawładnął moimi ustami i zmysłami. Z całą pewnością nigdy w życiu nie przeżyłam bardziej szczerego i namiętnego pocałunku niż ten. Gorąca dłoń wsunęła się pod sweter i spoczęła na gołej skórze moich pleców. Zachłannie powędrowała w górę. Znów wydechnął: „Anfisa”, przesunął rozchylonymi ustami po moim policzku…
— Ja pierdolę… Też to widzicie? Przysięgam, nawet na pornosach tak się nie nakręcam jak teraz! Kurwa, muszę ich uwiecznić dla potomnych. Twoich potomnych, Sokół, słyszysz! Albo jestem totalnym frajerem, jeśli tego nie uwiecznię. Jeszcze mi podziękujesz…
Co?
— Co?
Usta płonęły, oczy też… Prawie niemożliwe było oderwanie się od siebie, tak bardzo nie chciało się wracać do rzeczywistości, w której były cudze spojrzenia i głosy. Bicie serca wciąż zagłuszało szepty za plecami, ale szaleństwo pocałunku już odpuszczało; oddychaliśmy ciężko, obserwując, jak świat wokół nas odzyskuje detale i kolory.
Poczułam, jak na mojej talii zaciskają się palce Sokoła.
— Artemie, oni patrzą, puść.
— Nie.
— Sokolski — wtuliłam czoło w jego szyję, wciąż kurczowo trzymając się jego ramion — oszalałeś?
Chociaż to ja, to ja oszalałam! I po co w ogóle to mówię?
— Tak, Czyż — usłyszałam w odpowiedzi.
— Proszę, nie rób tego, błagam cię. Nie chcę, żeby nas ktoś widział.
Sokół sam to zrozumiał. Znajdując w sobie siłę, by mnie puścić, odwrócił się do towarzystwa.
— Mardżanow, jeśli wrzucisz to zdjęcie na Instagram — zakopię cię żywcem, jasne? — obiecał bez cienia żartu.
— Kurde, Sokół, co ty za człowiek jesteś? — usłyszałam głos bruneta. Nie chciałam na niego patrzeć. — Nie psuj zabawy spragnionym wrażeń…
— Rusłan, nie żartuję.