SOVABOO

Rozdział 17, część 2

POV SOKÓŁ

W siłowni ucichła muzyka, a nad dalszą częścią, gdzie znajdowała się strefa cardio, zgasło światło.

— Stary, kończ ze sztangą. Zamykamy! Jeśli chcesz zdążyć pod prysznic, masz dziesięć minut!

Świetnie. Wykonałem ostatnie wyciśnięcie i odłożyłem sztangę na stojak. Usiadłszy na ławce, otarłem pot z czoła wierzchem dłoni i sięgnąłem po ręcznik. Przez ostatnią godzinę ćwiczyłem sam i kompletnie straciłem poczucie czasu. Dobrze, że mnie zatrzymali. Wstałem, rozruszałem barki i dałem znać nieznajomemu ochroniarzowi, że wychodzę.

Ulica powitała mnie ciszą i czystym, mroźnym powietrzem. Śnieg pod stopami przyjemnie skrzypiał. Zszedłem ze schodów klubu sportowego i skierowałem się do samochodu, czując każdy mięsień w obolałym od treningu siłowego ciele. Nawet po naprzemiennym prysznicu wciąż było napięte, ale zdecydowanie poczułem ulgę. Dużą ulgę z dala od Czyżyka. Teraz znów mogłem logicznie myśleć.

Anfisa. Czyż. Moja przypadkowa współlokatorka. Ostatnio martwiło mnie wszystko, co dotyczyło tej dziewczyny. Myśli mi się rozjaśniły, ale na pytanie: „Czego ja od niej chcę?” — wciąż nie było odpowiedzi. Definitywnie chciałem jej samej, od dawna, to nie była nowość, ale nigdy wcześniej cudze życie i cudza przeszłość nie obchodziły mnie na tyle, by zawładnąć moimi myślami. Przed pojawieniem się Anfisy wszystko to leżało poza sferą moich pragnień i zainteresowań. Dlaczego więc teraz nie mogłem myśleć o nikim innym?

Kiedy starłem się z tym jasnowłosym karkiem w barze?

Kiedy przyłożyłem Maksowi w twarz?

Kiedy przyjechałem pod uniwersytet i czekałem? Jak idiota czekałem na Czyżyka w samochodzie, bo inaczej nie potrafiłem. Po tym, jak przyszła po mnie w nocy na komisariat — nie mogłem być w domu sam, nawet wiedząc, że ona nie jest mi nic winna. Dlaczego tak rozpaczliwie chciałem coś dla niej zrobić, gdy zobaczyłem ją przybitą — jeszcze wtedy nocą w kuchni? Wtedy wyraźnie poczułem, że nie chcę zostawiać jej goryczy przeszłości. Nikomu z przeszłości.

Tylko ja. Żeby pamiętała tylko mnie.

Egoistyczne? Zapewne. Dziwne uczucie, nowe i niezrozumiałe, ale dzisiaj gotów byłem przenosić dla niej góry — dla mojego zielonookiego i urokliwego Czyżyka, roześmianego i prawdziwego, który wleciał do mojego domu. Który postanowił pograć z drapieżnym Sokołem, pozwalając mu posmakować swoich słodkich ust. Przysięgam, przez chwilę kompletnie zapomniałem, gdzie jestem — tak bardzo spodobały mi się ich śmiałość i smak. Tak silną miałem ochotę, by moje dłonie wzięły to, co ich. Tak dobrze i spokojnie było mi na duszy na myśl, że ta dziewczyna się uśmiecha, a ja wiem, co robić. I tak nie w porę świadomość poraził strach, że odejdzie. Że nagle zniknie z mojego życia tak samo nagle, jak się w nim pojawiła.

Co się, do diabła, ze mną dzieje? Z nami dzieje? Od dawna żyłem sam i nikogo nie potrzebowałem. Wracałem do siebie tylko po to, by spać. Żeby zapomnieć się z kolejną „Zają” i znów zostać samemu. Nigdy nie myślałem o domu jako o czymś żywym. O miejscu, w którym jest przytulnie i gdzie ktoś na ciebie czeka. Naprawdę czeka. Czyżyk nigdy tego nie mówiła, ale wiedziałem, że czekała. Widać to było w drobiazgach; to grzało nieznaną, przyjemną myślą i przenikało pod skórę. Jej obecność, zapach, śmiech. To, z jaką łatwością dom przyjął jej troskę… albo ja sam. Diabli wiedzą. Od niedawna nienawidziłem chwil, gdy zostawałem w nim sam.

Tak, chciałem Anfisy — tej roześmianej dziewczyny w głupiej piżamie i zwykłym sweterku. I tej drugiej — czułej, gorącej, która śniła mi się i doprowadzała do szału każdej nocy, a która — teraz to wiedziałem — istniała naprawdę. Chciałem jej tak bardzo, że o mało jej nie wziąłem, w ostatniej chwili zatrzaskując za sobą drzwi mieszkania. Tylko zagubienie w oczach Czyża i brak gotowości na odpowiedź mnie powstrzymały. Tak łatwo było wszystko zepsuć. A co potem? Na co byłem gotowy potem?

Oprzytomniała po naszym szalonym pocałunku, wyczytałem to w jej oczach, a ja — nie. Ale trening pomógł i znów panowałem nad sytuacją. Byłem pewien, że panuję, gdy wracając do auta, myślałem o tym, że nie zamierzam niczego zmieniać. Najpierw należało uporządkować i dystans, i nas samych. To, czym wszystko mogło się skończyć, gdybyśmy odważyli się na więcej.

Odpaliłem silnik Toyoty i wyciągnąłem telefon ze schowka. Widząc nieodebrane połączenia, zmarszczyłem brwi — ponad dziesięć od Luki i pięć od Czyżyka. O tej porze? Ruszyłem z miejsca z piskiem opon, dzwoniąc do Czyża.

— Halo! — odebrała od razu, ale półszeptem. — Czekaj — poprosiła — pójdę do kuchni. Chwileczkę! — niemal widziałem, jak dziewczyna wybiega z pokoju na paluszkach.

— Czyżu, co się stało? Dlaczego mówisz szeptem? I dlaczego nie śpisz?

— No nareszcie, Artem! — wykrztusiła, cicho zamykając drzwi. — Najpierw odpowiedz, dlaczego nie można się do ciebie dodzwonić? Sam mnie dziś prosiłeś, żeby odbierać, a sam milczysz! Prawie się ubrałam, już chciałam wychodzić!

— Czekaj… Gdzie wychodzić? Po co?

— Po to, że mamy w domu twojego brata. To znaczy — u ciebie w domu.

— Luka?

— No tak. Przyszedł dwie godziny temu. Nakarmiłam go i teraz śpi.

— Jak to przyszedł? Jest środek nocy.

— Normalnie! Sam przyjechał autobusem, wyobrażasz sobie? Dzwonił do ciebie, ale nie mógł się połączyć, a numeru waszego ojca Luka nie zna. Artem?

— Tak? — serce ścisnęło mi się pod żebrami w przeczuciu czegoś złego.

— Chyba z twoją mamą jest źle — wyznała Czyżyk. — Myślałam już, żeby do niej jechać, ledwie wyciągnęłam od Luki adres, ale będzie lepiej, jeśli ty sam…

— Czy ona… Alisa żyje?

— Tak. Luka mówi, że tak. Ale wygląda na to, że ma załamanie nerwowe na tle przewlekłej depresji. Twoja mama rozstała się z partnerem i przypuszczam, że nie była sobą, kiedy wyrzucała syna z domu. Luka mówi, że cały czas powtarzała, jaką jest złą matką, i kazała mu iść do ojca. Wyrzucała mu rzeczy za próg. Przyznał, że ona ma problemy z… alkoholem. Uważaj tam na siebie, dobrze?

Nienawidziłem Alisy także za to — za to, co musiał dziś przeżyć Luka. Samochód mknął już w stronę jej bloku, rozdzierając oponami zmarznięty asfalt.

— Artem?

— Co?

— Zadzwoń do mnie. Będę czekać.

— …

— Artem? — Gula w gardle wciąż nie pozwalała mi wykrztusić słowa.

— Dobrze, Czyżu.

Alisa zostawiła sobie drogę ucieczki. Nawet w dzisiejszym szaleństwie grała na cudzych uczuciach i czekała, aż ktoś ją uratuje. Przywróci jej dawną urodę i dobrobyt. Że znów znajdzie się ktoś, kto pomoże i wyciągnie ją z bagna, weźmie problemy słabej kobiety na swoje barki, by ona — otrzepawszy się i zostawiając za sobą zgliszcza oraz popiół — mogła dalej niszczyć cudze życie.

W domu paliło się światło — to pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy, gdy tylko otworzyłem bramę i zobaczyłem otwarte na oścież drzwi wejściowe. Rzeczy rozrzucone w holu. Rozbite naczynia i lustra. Paliła i najwyraźniej przez ostatnie kilka godzin gasiła papierosy na domowych sprzętach i meblach. Zauważyłem świeżą, wypaloną dziurę na drogim tiulu w salonie — to cud, że to wszystko nie poszło z dymem.


Leżała w swojej sypialni na szerokim łóżku, niczym gwiazda filmowa z lat pięćdziesiątych — w drogich pończochach i sukni. Żałosny widok dla kogoś, czyją urodę doszczętnie zmiótł huragan szaleństwa i furii. Tylko w kinie wygląda to pięknie — nafaszerowana tabletkami, spisana na straty gwiazda z pustą butelką whisky w dłoni i wystawionym środkowym palcem. Teraz krzykliwy makijaż matki na bladej skórze przypominał upiorną maskę strzygi, włosy — mokre, rdzawy pakuły, a z głębokiego dekoltu wywaliła się jedna pierś umazana wymiocinami. I znów Alisa miała szczęście, że się nie zachłysnęła. Potwornie śmierdziało alkoholem.

Spróbowałem wyczuć puls na nadgarstku — był niewyczuwalny, ale ciało było ciepłe. Wytarłem prześcieradłem jej twarz i usta, położyłem palce na szyi, wybierając już numer pogotowia.

— Pogotowie? Pilnie potrzebna reanimacja! Kobieta, czterdzieści lat. Nieprzytomna. Prawdopodobnie zatrucie lekami i alkoholem. Nie wiem. Myślę, że jakieś dwie godziny temu, nie więcej. Ulica Kołcowa 53. Co mam robić?..

— Alisa, ocknij się! Alisa!...


Ojciec przyjechał już do szpitala — wymięty i nieogolony, w rozpiętym płaszczu. Znalazł mnie w holu i natychmiast poszedł do lekarza dyżurnego. Wrócił po dziesięciu minutach i ciężko opadł na fotel obok mnie.

— Żyje. Dzięki Bogu.

— Wiem.

— Co zrobimy, synu?

Pokręciłem głową, wzruszając ramionami.

— Wygląda na to, że nie mamy wyboru i znów będziesz musiał zapłacić za ten bankiet. Sama reanimacja nie wystarczy, będzie potrzebowała długiego leczenia. Powiesz Susannie?

Ojciec tylko machnął ręką, a ja odwróciłem wzrok.

— Jasne.

Choć to okrutne, w tej chwili znacznie bardziej niż ciężki, ale stabilny stan matki, nurtowało mnie inne pytanie:

— Lepiej powiedz, co zrobimy z Luką? Jest teraz u mnie, został z Anfisą. Przyjechał do nas sam prawie o północy. Dzieciak ma jedenaście lat i nawet nie chcę myśleć o tym, co dzisiaj przeszedł. Wystarczy mu tych pieprzonych Darszytów w życiu.

— Artemie…

Nie patrzyliśmy na siebie.

— Tato, jaka to różnica? Dałeś mu już swoje nazwisko. Zawsze byłeś facetem przez duże „F”. Wystarczy, że go przyjmiesz, a będziesz miał kolejnego syna. Potrzebuje cię o wiele bardziej niż takiej Alisy. Wiem to po sobie. On marzy o tobie, ale nigdy się nie przyzna.

Ojciec milczał, ale musiałem to powiedzieć. Poprosić, bo inaczej już jutro Luka zostanie sam. Na zawsze pozostanę jego starszym bratem, ale nigdy nie będę dla niego ojcem.

— To dla niego, rozumiesz? Nie dla ciebie.

— Synu…

— Po prostu przemyśl moje słowa, proszę cię.

— Dobrze, Artemie, obiecuję.


Zimą dnieje późno, noc do świtu jest długa i ciemna, ale dla mnie minęła jak mgnienie oka. Ciężkie, ołowiane mgnienie — chaos myśli i cudzych głosów, czekania, zamętu i złości, po których nadeszła apatia i cisza.

Wracałem do domu przez ciche, nocne miasto, myśląc o tym, jak szybko życie zmienia bieguny. Jak łatwo okoliczności niezależne od nas podporządkowują sobie człowieka, znajdując słabe punkty w każdym pancerzu. Przybijając do ziemi ciężarem, którego nie sposób zrzucić z barków. Jakim cudem wciągnąłem w to gówno Czyżyka?

Przez cały czas, gdy siedzieliśmy z ojcem w szpitalnej poczekalni, matka stała między nami. Dawno nie było dla niej miejsca w układzie Sokolskich, ale tam, w szpitalu, okazała się silna jak nigdy i znów wyciągnęła ręce po nasze dusze. Tylko myśli o zielonookiej dziewczynie czekającej na mój telefon pomogły mi uciec i nie myśleć o tej, przy której dla jej starszego syna zabrakło kiedyś miejsca.

Rozmowa była krótka i nieskładna, jeszcze w środku nocy. Nie przywykłem do bycia słabym i ledwo wykrztusiłem do Czyża kilka słów. Ale z Anfisą był Luka, a ja obiecałem… Zresztą, ona i bez słów wszystko zrozumiała.

Zegar wskazywał 6:02 nowego dnia. Wszedłem na piętro i do mieszkania, starając się nie mącić spokoju śpiących ludzi. Zdjąłem buty, kurtkę i zajrzałem do pokoju. Luka spał na łóżku — drobna, złamana figurka pod kołdrą, ledwie widoczna w mroku. Anfisy nie było. Już z ulicy zauważyłem światło w kuchni i tam skierowałem kroki.

No tak, niezmordowana dziewczyna; spędziła tu całą noc i teraz spała zwinięta w kłębek na niewygodnej kanapie — człowiek, którego szukałem w tym mieście, mimo że poszukiwania przywiodły mnie do mojego własnego domu.

Wszedłem cicho. Nie wiem, co jej podpowiedziało, ale Czyż natychmiast otworzyła oczy i usiadła, pocierając twarz dłońmi. Włosy — gęste i jedwabiste — spłynęły piękną falą na jej ramiona, usta były spuchnięte od snu. Myślę, że mógłbym na nią patrzeć wieczność. W rozchylonym kołnierzu pluszowego szlafroka ukazał się delikatny obojczyk i zarys piersi… Nagle pomyślałem o tym, że chcę zobaczyć Czyżyka rozebraną. Nagą. Z rozchylonymi nogami i rwanym oddechem. Do suchości w ustach pragnę zapomnieć się w niej, poczuć na sobie jej ręce i usłyszeć, jak wypowiada moje imię. Moje imię, a niech szlag trafi cały świat z jego pieprzonymi problemami. Niech szlag trafi kłamliwe Alisy, szpitalne sale i stare urazy. Chyba sam wpadłem w pułapkę. Wracając do domu, jeszcze bardziej pragnąłem wziąć to, od czego uciekałem, próbując się poskromić.

Powstrzymało mnie zdziwienie w jej głosie i ta jej rozbrajająca, jak zawsze, bezpośredniość. Teraz w jej głosie brzmiał niepokój i troska. Ona też przeżyła trudną noc. O ile byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli sobie nawzajem pomóc. Ukoić się. Rozwiać lęk rozmową naszych ciał, która jest szczersza niż słowa. To przecież takie proste. Nie wiem, kiedy bym ją wypuścił…

— Artem? Cześć — smukłe palce splotły kołnierz szlafroka, a ja podniosłem wzrok. — Już jesteś? A ja zasnęłam. Chciałam na ciebie zaczekać, ale nawet nie słyszałam, kiedy wróciłeś.

— Dzień dobry, Czyżu.

Spojrzała w stronę okna, za którym wciąż panowała mrok, a potem na elektroniczny wyświetlacz na kuchence.

— Dzień dobry? No proszę — zdumiała się — rzeczywiście szósta rano. Jak szybko minęła noc i jak długo cię nie było. Jak ona? — zapytała, mając oczywiście na myśli Alisę.

— Będzie żyć. Pomoc przyszła w porę. Nie wiem tylko, czy ktokolwiek usłyszy za to „dziękuję”.

— A ty? Jesteś zmęczony? — Czyżyk wstała i objęła się ramionami. Znów złapałem się na tym, że przyglądam jej się zbyt uważnie, dostrzegając miękką linię bioder i wąską talię pod szlafrokiem. Myśląc o tym, jak nie do zniesienia są te dwa kroki dzielące nas od siebie.

— Nie wiem — wzruszyłem ramionami, zmuszając się do odwrócenia wzroku. Przeczesałem palcami włosy, siadając na krześle. — Nic nie czuję. Jest mi prawie wszystko jedno, od dawna nie uważam się za jej syna.

Jeśli Czyż była zdziwiona, to milczała. Usiadła przy stole naprzeciwko, ale zaraz znów zerwała się na nogi.

— Ojej, na pewno jesteś głodny?

Podniosłem głowę w jej stronę. Przeszyłem ją długim spojrzeniem.

— Czyżu, tylko nie mów, że nie spałaś całą noc i gotowałaś. Po co?

Tym razem to ona wzruszyła bezradnie ramionami.

— Nie żeby jakoś dużo. Po prostu pomyślałam, że jak Luka rano wstanie, będzie mu choć odrobinę weselej, jeśli poczuje, że komuś obok nie jest wszystko jedno. Dobrze by było, gdybyś to ty z nim był. Rozumiesz, on opowiadał, że się boi. Że ostatnio bardzo martwił się o mamę i o siebie. To naprawdę straszne, Artemie. Mam wrażenie, że on czuje się niepotrzebny. Naleśniki z twarogiem to taka błahostka w porównaniu z jego dziecięcym nieszczęściem, ale nic lepszego nie potrafiłam wymyślić. Jest śmietana i dżem malinowy. Jak myślisz, posmakują mu? — Czyżyk pytająco uniosła brwi.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, gardło znów ścisnął skurcz. Zacisnąłem dłonie w pięści i odwróciłem wzrok. Dziewczyna, jakby coś zrozumiawszy, wycofała się do kuchenki, odpaliła palnik i postawiła na nim czajnik. Zapytała, oglądając się przez ramię:

— Artemie, co ci zrobić? Herbatę czy kawę?

— Herbatę. A ty… napijesz się ze mną? — uniosłem głowę, nagle przerażony myślą, że zostanę sam. Nie chciałem, żeby odchodziła.

— Tak — odpowiedziała po prostu. — Zjem z tobą śniadanie i zbierzę się na zajęcia, a wy odpoczniecie.

— Czyżu, noc była niespokojna. Może zostaniesz? Nie idź na uniwersytet, przydałoby ci się wyspać. Jeden dzień to nie tragedia.

— Co ty! — zaśmiała się, kręcąc głową. Spojrzała na mnie znad ramienia. — Mamy kolokwium modułowe, a niedługo egzamin. Nie mogę. Poza tym nie chcę przeszkadzać tobie i Luce. Wieczorem biorę zmianę w „Marakanie”, więc wrócę późno. Mogę nawet nie wpadać do domu po zajęciach. Po prostu powiedz, zrozumiem. To przecież twój… wasz dom.

Nie spodobały mi się jej słowa. Palce odruchowo zgniotły brzeg ceraty na kuchennym stole. Patrzyłem, jak długie pasma jasnobrunatnych, przesianych złotem włosów dotykają jej talii.

— Anfisa — wychrypiałem, a ona drgnęła. Odwróciła się z czajnikiem w dłoni. Gorączkowo myślałem, od czego zacząć, patrząc w jej szeroko otwarte, wyczekujące oczy.

— Tak?

— W ciągu dnia pojadę do szpitala zmienić ojca — być może będzie czegoś potrzebował, a chcę być blisko. A wieczorem mamy zbiórkę drużyny. Wczoraj odpuściłem trening i niczego nie żałuję, ale dziś jako kapitan muszę być z chłopakami. Luka zostanie sam. Mógłbym go oczywiście wziąć ze sobą, ale myślę, że brat nie potrzebuje teraz zbędnej uwagi i pytań. A ani on, ani ja nie będziemy udawać, że wszystko jest w porządku. Czyż?

— Tak?

— Ty na pewno nie będziesz mu przeszkadzać, wręcz przeciwnie. Rozumiesz?

Starałem się patrzeć przekonująco w jej delikatną twarz. Myśl o tym, że Anfisa — taka domowa i szczera jak teraz — zostanie sama w barze, gdzie byle idiota mógłby ją skrzywdzić, od pewnego czasu była nie do zniesienia. Treningu rzeczywiście nie mogłem zawalić, choć zamierzałem go skrócić do minimum. Luka już wcześniej zostawał w moim domu sam, ale jeśli będzie przy nim Czyżyk, będę spokojniejszy. Teraz chyba tylko jej mogłem powierzyć brata.

— Wiem, że proszę o wiele. Anfiso, proszę. Zostawię pieniądze dla ciebie i Luki, nie martw się.

Cholera, zabrzmiało to egoistycznie, sam to poczułem, ale dziewczyna tylko westchnęła cicho.

— O! O-oczywiście. Zostanę z nim, jeśli trzeba. Nie martw się, Artemie.

— Dzięki, Czyżu.

Teraz czułem się spokojniejszy. O wiele spokojniejszy. Dalej mój czas należał do Luki.

Piliśmy herbatę w milczeniu, nie czując potrzeby rozmowy. Mógłbym tak siedzieć do późnego rana, przyglądając się smukłym nadgarstkom i palcom Czyżyka, kojąc się jej bliskością. Myśląc o matce i ojcu. O bracie. O tym, jak zmieniło się nasze życie. Wspominając minioną noc. Ale dziewczyna musiała śpieszyć się na uniwersytet i wstała. Skinęła głową w odpowiedzi na moje słowa: „Sam posprzątam, Czyżu, nie martw się”. Ruszyła do drzwi, ale nagle się zatrzymała. Wróciła i stanęła tuż przy moim ramieniu.

— Wszystko będzie dobrze, Artemie! — nagle, pochyliwszy się, gwałtownie mnie objęła — mocno, tak bym mógł poczuć jej uścisk. — Z tobą i z Luką! Z waszą mamą! Czuję to! — wyznała niespodziewanie i zmieszana tym porywem, cofnęła się, podczas gdy ja próbowałem wykrztusić choć słowo zdrętwiałym gardłem. Moje ręce uniosły się, ale zamarły w próżni. — Przepraszam. Tak mnie jakoś naszło.

P.S. Ciąg dalszy nastąpi...