SOVABOO
Rozdział 19, część 1
Artem wyszedł rano, bardzo wcześnie. Przez sen słyszałam dobiegającą z przedpokoju rozmowę z ojcem, a dziesięć minut później chłopak zniknął już z mieszkania. Usiadłam na łóżku, niespokojnie wsłuchując się w ciszę, jaka po nim została, mając nadzieję, że z jego matką nie stało się nic złego.
Minęła godzina, zanim zebrałam się na odwagę, by zadzwonić.
– Artem, cześć. Wszystko u ciebie w porządku?
Chyba trafiłam na mało odpowiedni moment; w tle słychać było niespokojne głosy, ale nie przerwał połączenia.
– Cześć, Czyżu – powiedział po krótkiej pauzie. – Dlaczego pytasz?
– Wybacz, słyszałam, że dzwonił Wasilij Jakowlewicz i pomyślałam... że może z Alicją coś nie tak. Zaraz obudzi się Łukasz i na pewno będzie chciał z tobą pogadać…
– Z Alicją wszystko w porządku, na ile to możliwe. Jest tu Zuzanna, ale zdążyłem ją przechwycić przed ojcem. Nic strasznego, już wyjeżdża. Powiedz Łukaszowi, że jest okej.
– Tak, na pewno powiem. To... pa?
I znowu pauza.
– Pa, Czyżu.
Zajęcia na uniwersytecie zaczynały się od drugiego wykładu, miałam więc jeszcze trochę wolnego czasu. Przygotowałam śniadanie i ogarnęłam kuchnię.
– Łukasz, nie obijaj się! – skarciłam chłopaka, gdy ten, rozprawiwszy się z grzankami z serem, wpakował się z nogami na fotel biurowy. – Siedzenie cały dzień przy grach jest niezdrowe! Lepiej wyciągnij z szafy odkurzacz i posprzątaj w pokoju! – przykazałam już z przedpokoju, naciągając kurtkę i buty. – I skocz, proszę, po chleb. Pieniądze od Artema leżą w kuchni.
– No, Fa-ania! Nie mam czasu! Muszę skończyć misję, rozumiesz? Zostały dwie bazy!
– Oho! – nie byłam zdziwiona. Ileż to razy słyszałam coś podobnego od młodszego brata. – Bazy to poważna sprawa! – przyznałam, sprawdzając w torebce telefon i klucze do garażu baby Moti, w котором вciąż trzymałam swoje rzeczy. – Olej to, Łukasz, nie bierz sobie do głowy! – odwróciłam się do drzwi, naciągając czapkę. – Tak właśnie powiem Artemowi: niech sam odkurza! Co my tu, służącymi mu jesteśmy czy co?! I niech podłogi w łazience pomyje, bo całkiem się rozzuchwalił – o porządek nie dba. A taki niby czyścioch! Ja na jego miejscu cieszyłabym się, że z nim mieszkamy! Więc ja też odmawiam mycia kibelka, ścielenia po sobie łóżka i gotowania, o!
– Dobra-a, Fańka – już za progiem usłyszałam ciężkie westchnienie Łukasza i domyśliłam się, że chłopak niechętnie zwlekł się z fotela. – Niech będzie, posprzątam. Gdzie ten twój odkurzacz? Ale kibelka myć nie będę, żebyś wiedziała!
Kto by wątpił. Zatrzasnęłam drzwi i nie czekając na windę, zbiegłam po schodach na dół. Dopadłszy do przystanku, odruchowo machnęłam ręką za ruszającym właśnie autobusem:
– Ej, stójcie! Poczekajcie na mnie!
Dzisiaj na uczelni naszą grupę czekały dwa wykłady i konsultacje u Zareckiej. Mimo zbliżających się egzaminów, korytarze i sale zdążono już udekorować świątecznymi girlandami, a wszystkich rozsadzał dobry humor. I oczywiście głównym tematem dziewczyńskich rozmów pozostawały plany na wieczór. Nowy Rok był tuż-tuż, przed nami weekend i nikomu nie uśmiechało się myśleть o nadchodzącej sesji. Nawet nasza Królowa Śniegu nie była dzisiaj sobą — przez całe konsultacje próbowała żartować. Co, biorąc pod uwagę jej charakter i drobiazgowość, raczej wszystkich spięło, niż faktycznie rozbawiło.
– Myślicie, że ta nasza lodowata jędza naprawdę planuje urządzić nam niezapomniany egzamin? Jakoś przerażają mnie te jej aluzje o „rozrywkowych feriach”.
– No tak, żart o queście Zareckiej jej nie wyszedł. Niezła nas czeka przygoda, jeśli postanowi się z nami pobawić. Nie rozumiem, kogo w ogóle interesuje ta informatyka ekonomiczna? Zaraz zwariuję od tych wszystkich strategii, ryzyk portfeli inwestycyjnych i typów dywersyfikacji!
– Uwierz mi — wszystkich zainteresuje, jak w indeksie wyląduje lufa! Wtedy Królowa Śniegu będzie się śmiać. Same będziemy prosić o ten jej quest z pocałowaniem ręki!
Ostatnie zajęcia dobiegły końca i wszyscy zaczęli zbierać się do domu. Pożegnałam się z dziewczynami, umówiłam na wieczór i ruszyłam do wyjścia. Nie zostało zbyt wiele czasu, zegarek wskazywał po drugiej, a w planach wciąż miałam dwa ważne, niezrealizowane punkty: zajrzeć do garażu baby Moti po rzeczy i zdążyć doprowadzić się do porządku. Skoro idziemy do klubu, to idziemy! Jak każda dziewczyna, miałam w zanadrzu coś nieco bardziej wyjściowego niż dżinsy i te parę spódnic, w których zazwyczaj pracowałam w „Marakanie”. Naprawdę zamierzałam się wystroić. Nauka dała mi w kość, starościna ma rację!
Ulanka pakowała torbę, więc przystanęłam obok niej w przejściu. Cały poranek była milcząca, zamyślona i znowu unikała mojego wzroku. Tęskniłam za przyjaciółką i nic nie mogłam na to poradzić. Przyjaciel to nie skórka od pomarańczy, nie można go tak po prostu wyrzucić. Przyjaciel jest przyjacielem, bo oddało mu się cząstkę duszy. A moja cząstka duszy w pobliżu Kim była bardzo smutna.
– Cześć, Ula – podeszłam bliżej i uśmiechnęłam się do niej. – Jak leci?
Zamarła na sekundę, ale nie podniosła oczu.
– Dlaczego pytasz? – jakoś dziwnie się spięła, co zupełnie mnie zbiło z pantałyku.
– Tak po prostu – wzruszyłam ramionami. – Chciałam spytać o wieczór. Jeśli chcesz, mogłybyśmy się spotkać i pojechać do klubu razem.
– Przecież idziemy do „Altaresu” całą bandą, jeśli zapomniałaś. Kowal przed chwilą wszystkim przypomniała, gdzie się widzimy. Nie słyszałaś?
– Słyszałam, jasne. Ale myślałam, że my... ty i ja... A zresztą, mniejsza z tym, Ula. Zapomnij!
Odwróciłam się, zamierzając wyjść. Naiwnie liczyłam, że uda mi się odzyskać dawną Ulę. Sala już opustoszała, rozmowa się nie kleiła, ale dziewczyna mnie zatrzymała. Zapytała nagle cicho za moimi plecami, ale dosłyszałam każde słowo:
– Dlaczego nie powiedziałaś, że sama go rzuciłaś?
– Co? – obejrzałam się. Kim dalej pakowała torbę.
– Malwina? Czy ty jesteś jakąś świętą, Fańka? Czy ty nigdy nie popełniłaś błędu?
– Nie, ja... – słowa więzły mi в gardle.
– On kochał, a ty to olałaś. Do tej pory nie może o tobie zapomnieć.
– Wszystko było inaczej, Ula!
– Doprawdy? – Ulanka podniosła na mnie swoje piwne oczy — nienaturalnie chłodne i obce. – Czy to nie dlatego on ciągle jest z innymi, bo nie jesteście razem? Pomyślałaś o tym choć raz? To okrutne, Czyżyku! Myślałam, że to zazdrość, ale to coś gorszego! Nie dałaś mu nawet szansy, żeby stał się lepszy. Ani razu nie pomyślałaś, co on czuje, a jeszcze go oskarżasz! Dzwoni, szuka spotkania, opowiada o tobie wszystkim, a ty go torturujesz! Nie pozwalasz mu odejść i się śmiejesz! Przecież on robi to wszystko na złość, rozumiesz? Z innymi — na złość! Nigdy bym nie pomyślała, Fańka — skończyła Ulanka — że jest w tobie tyle cynizmu.
Zabrakło mi tchu. Miałam wrażenie, że świat stanął na głowie albo że straciłam grunt pod nogami.
– Boże, Ula, przestań – poprosiłam zduszonym głosem. – To jakaś bzdura. Znasz Martynowa. „Na złość” to nie w jego stylu. Jego pewność siebie wystarczyłaby dla pięciu osób. I dawno się rozstaliśmy!
Ale Kim widziała to inaczej. Odstawiła torbę i odwróciła się do mnie.
– Powiedz mi prawdę, Fańka – powiedziała, patrząc prosto w oczy. – Przez ten cały czas, kiedy go ukrywałaś, czy choć raz pomyślałaś, jak bardzo jest samotny z myślą, że nie jest ci potrzebny?.. Tak, pomyliłam się – skinęła głową, jakby potwierdzając własne domysły. – Ty go nie zazdrościsz. Ty po prostu wykreśliłaś Sewę ze swojego życia jak zbędnego człowieka. Zamieniłaś go w pustkę. Nie chciałaś zostać nawet przyjaciółmi!
– Jakimi przyjaciółmi, Ula? On mnie zdradził. Ale nie winię go. Tak, kiedyś winiłam — ale już nie! Po prostu nie chcę o nim słyszeć. Niech żyje, jak chce! Co ja mam do tego? Tu wcale nie chodzi o mnie. Ja po prostu nie chcę, żeby tobie było tak cholernie trudno!
Ulanka uśmiechnęła się gorzko.
– Jakie to demonstracyjne zobojętnienie, Czyżyku, wobec kogoś, kogo kiedyś kochałaś.
Ten wyrzut zabolał i poparzył duszę, a wyznanie samo wyrwało mi się z ust:
– Tak. Kochałam.
– A ja uważam, że nie – odpowiedziała sucho. I dobiła mnie słowami: – Gdybyś kochała, wybaczyłabyś. Nie potrafiłabyś nie wybaczyć. Nigdy bym nie pomyślała, Fańka, że w ogóle nie potrafisz czuć.
Co?
Cofnęłam się, wstrząśnięta tymi słowami. Czy to naprawdę mówiła Ulanka? Osoba, która zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny?... Zaprawdę, ci, którzy są nam bliscy i przed którymi nie mamy pancerza, potrafią zranić najmocniej.
– Nie… to nie tak – pokręciłam głową.
Potrafię czuć, potrafię! Zdradę też! Czy to moja wina, że nie chcę się dzielić? Że nie potrafię znaleźć usprawiedliwienia dla niewierności? Widocznie nie było uczuć — tych prawdziwych — po prostu ich nie było! A inaczej kochać nie chcę. A może Ulana ma rację i faktycznie jestem wyrachowaną suką? Bez duszy, twarda jak głaz? I powinnam o wszystkim zapomnieć, przyjąć skruchę Malwina i być mu dozgonnie wdzięczna tylko za to, że przez ten cały czas o mnie pamiętał?
Akurat. Jak w tej bajce, gdzie bity niebitego niesie. Nie ja pierwsza, nie Kim ostatnia.
– Ula, spotykałaś się z Sewą, tak?
– A co? – dziewczyna wyzywająco uniosła podbródek. – Nie wolno? Albo powinnam była prosić cię o pozwolenie? Tak, spacerowaliśmy, i Sewa mi wiele wyjaśnił.
– Czy ty... powiedziałaś mu, gdzie teraz mieszkam?
Ulanka nagle spłonęła rumieńcem i spuszczając wzrok, zaczęła nerwowo szarpać się z ubraniem. Zapięła zamek, zarzuciła torbę na ramię i ruszyła przejściem między ławkami w stronę wyjścia, zostawiając mnie samą.
– Nie. To nie moja sprawa, Czyżyku. Nie licz na to, że będę tą, która was ze sobą znowu sklei.
Jakże bardzo się myliła, ale czy komukolwiek udało się kiedyś dokrzyczeć do głuchego serca zakochanej dziewczyny?
Jadąc autobusem, wciąż się wahałam: czy w ogóle powinnam dzisiaj iść do tego klubu? Nastrój mi siadł, a wraz z nim zniknęła ochota na przebywanie wśród ludzi. Chciałam zaszyć się w jakiejś skorupie i przesiedzieć tam, aż mi ulży. Aż pęknięcia dawno złamanego serca znowu się zrosną i będę mogła żyć dalej, po prostu ciesząc się nowym dniem. Ale własnej skorupy się nie dorobiłam, a autobus już wyhamował na moim przystanku. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wysiadłam. Westchnęłam i powlekłam się w stronę podwórka babci Moti, nie patrząc na boki. A jednak nie zdołałam powstrzymać uśmiechu, gdy zbliżając się do domu, zobaczyłam dwie dziarskie staruszki, wydeptujące pod latarnią placyk w śniegu.
Wyglądało na to, że Matylda Iwanowna i Mila Francewna czekały na mnie co najmniej pół godziny, jakby umówiły się tu na randkę, i bardzo się ucieszyły, widząc mnie z daleka.
– Witaj, Faneczko!
– Witaj, dziecko! – wycałowały mnie w oba policzki i urządziły pięciominutowe przesłuchanie z podtekstem o moje życie. W akademiku, rzecz jasna! Gdyby dowiedziały się, że dzielę mieszkanie z chłopakiem, i to tak przystojnym jak Sokół, to przesłuchanie trwałoby ze dwie godziny, więc ich nie wyprowadzałam z błędu. I tak niedługo przyjdzie czas, by wyprowadzić się z zaułka Fiedosiejewa. Obiecałam zajrzeć do kierownika akademika zaraz po przerwie noworocznej, gdy tylko wrócę od rodziców.
Zadowoliwszy się krótkimi wieściami o moich studiach i zdrowiu, staruszki solidarnie splunęły w stronę siostrzeńca baby Moti — alkoholika bez wstydu i przeklętego złodzieja, żeby go pokręciło i żeby go gliny w końcu zawinęły! — i zaciągnęły mnie na herbatę do Mili Francewny.
– Chodź, chodź, Faniu! Czy ja na próżno od rana stałam przy garach? Przygotowałyśmy ci też wałówkę, a jakże! Posiedzimy godzinkę i pobiegniesz dalej do swoich młodych spraw! Lepiej opowiadaj, jak tam u ciebie na froncie osobistym? Jakiś narzeczony się pojawił? Nie? Najwyższy czas.
Niespodziewanie dla samej siebie pomyślałam o Artemie. O naszym wspólnym wyjściu na kręgle i w ogóle o wielu rzeczach. O tym, że nawet nie zauważyłam, kiedy ten chłopak stał mi się bliski. Ostatnio w ogóle nie wychodził mi z głowy. Nawet śnił mi się po nocach, ale przecież nie o tym będę opowiadać osiemdziesięcioletnim staruszkom przy długo wyczekiwanym spotkaniu. Choć jestem pewna, że z przyjemnością posłuchałyby o naszych nocnych przygodach z Sokołem.
No proszę, pod ich ciekawskimi spojrzeniami aż się zaczerwieniłam. Ale myśleć o nim jak o narzeczonym — to śmieszne! I w ogóle marzyć!
– Nie, Miło Francewno, nikt taki się nie pojawił. Żaden narzeczony! – uśmiechnęłam się. – Ale mam przyjaciół, oczywiście.
– Źle – pokręciła głową w modnej czapce baba Motia (czapki obu przyjaciółek były nowe, stylowe i domyśliłam się, że dziergały je według instrukcji z tego samego żurnalu, pewnie na wyścigi). – Dzisiejsi chłopcy to sama szumowina! Za grosz nie widzą porządnych dziewczyn! A nasza Fania to piękność!
– Prawidłowo mówi się „hołota”, Matyldo – poprawiła przyjaciółkę intelektualistka Francewna. – Ile razy można powtarzać. Przez tę twoją „szumowinę” mimowolnie powstaje skojarzenie z czymś prymitywnie występnym – zachichotała wesoło.
– Jeden pies, Milka! I tak im wszystkim tylko gołe tyłki i pępki w głowie! Powiesz, że nie? Ostatnio widziałam na Instagramie…
Wiecie, dziewczyny to dziewczyny, nawet w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat. A kiedy do herbaty wjechał na stół strudel jabłkowy, a dla rozgrzewki po mrozie rozlano do czterdziestek i wypito likier cynamonowy, życie niespodziewanie nabrało barw. Jeszcze delikatnych, ale przy śmiechu i żartach staruszek świat znów zaczął mienić się kolorami i pachnieć nadzieją.
– Dobra, Matyldo Iwanowna, pora na mnie – wstałam od stołu. – Muszę lecieć! Muszę jeszcze zdążyć przyszykować się do klubu na koncert. Idziemy dzisiaj z dziewczynami na występ grupy rockowej. Dziękuję za strudel, Miło Francewno, wszystko było pyszne!
– Trzymaj, Faneczko – kobieta chwyciła ze stołu zawiniątko z ciastem i wcisnęła mi w ręce – to dla ciebie na wynos. Poczęstujesz koleżanki w akademiku. Czekaj – złapała mnie za rękę. – Na koncert? Bez manikiuru?
Właściwie to manikiur miałam. Dbałam o dłonie ze względu na pracę w kawiarni i tak w ogóle. Ale lakieru na paznokciach nie było, to fakt.
– No jak to bez? – zdziwiłam się, patrząc na swoje palce. – Przecież mam. Po prostu niepomalowane, ale to przecież drobiazg.
Powieki Mili Francewny zatrzepotały niczym u oburzonej cioci Sowy.
– Matyldo, słyszałaś? – zwróciła się do przyjaciółki. – Drobiazg?! Moja droga – wycelowała palec wskazujący w moją pierś – kto ci powiedział, że uroda zewnętrzna ma ustępować tej wewnętrznej? Tym bardziej że w twoim przypadku łatwo to naprawić! Matyldo, nie pamiętasz przypadkiem numeru do Ziny z pierwszej klatki? Tej, której córka pracuje jako manikiurzystka w salonie na rogu?
– Pamiętać nie pamiętam, ale w notesie na pewno mam zapisany! – odparła skwapliwie babcia Motia. – Jest mi dłużna, przez całe przedzeszłe lato nianczyłam jej wnuka.
– Bądź łaskawa dowiedzieć się od Ziny, czy jej córka nie ma dzisiaj przypadkiem zmiany. Przy okazji przypomnij o wnuczku. Że dług wdzięczności trzeba spłacić. I najlepiej, żeby tę spłatę sfinalizować natychmiast! Ze zniżką!
– Ależ skąd! – speszyłam się tą aktywnością staruszek. – Miło Francewno, Matyldo Iwanowna – próbowałam przemówić im do rozsądku – nie trzeba nikogo niepokoić! Głupio mi!
– Głupio, moje dziecko, to jest wtedy, kiedy śmieją się z twojego mężczyzny albo gdy bielizna jest za ciasna i obciera – zauważyła rzeczowo Francewna. – A kiedy kobieta szykuje się na wielkie wyjście, wszystko jest naturalne i godne. Co masz za sukienkę?
– Czarną. Krótką, bez rękawów – przyznałam machinalnie. – Przecież same mi ją doradzałyście, pamiętacie? W stylu Chanel?
– Kozaki?
– Przejściowe. Prawie ich nie nosiłam. Nie było okazji.
– Obcas?
– Wysoki. Szpilka – skinęłam głową. No tak, kupisz sobie takie, najpiękniejsze, w prezencie na urodziny, a potem nie nosisz, bo nie ma gdzie, a drogi są takie, że lepiej w ogóle nie wkładać obcasów!
– Karmazyn!
– Słucham?
– Paznokcie, mówię, malujemy na karmazynowo! Można na czarno, nie myśl sobie Fania, znam się na modzie, ale taki kicz to nie dla ciebie, za to kolor pasji jeszcze żadnej kobiety nie zawiódł! Zobaczysz!