SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 5: Rozdział 3, część 1

Rozdział 3, część 1

Розділ 5/60 · Сторінка 1 з 27%

Drrr!

Drrrrryń!

Drrrrrrrrrrrrrryń!!

Mój Boże, co za ludzie! Czy można z samego rana tak natarczywie dzwonić do drzwi? Babcia Motia tam co — usnęła?

Dryń!

Fu-u-u, co za paskudny dźwięk. Naciągnęłam kołdrę na głowę. Żeby to chociaż ptaszki ćwierkały — słowiki czy inne kanarki, albo jakaś miła melodia, a tu jakby ktoś wiertarką wiercił mi dziurę w mózgu na wylot. I co tej Matyldzie Iwanownie strzeliło do głowy, żeby nagle zmieniać dzwonek?

Dryń!

Czy ona tam ogłuchła, ta babcia Motia?! Kto tu w końcu rządzi?! Na pewno to jej przyjaciółkę — Milę Francewnę — diabli przynieśli o świcie z tymi jej drutami czy szydełkiem. Nie otworzę jej. O nie! Znam te szczwane staruszki. Najpierw druty, a potem: „Anfisa, dziecinko, skocz po śmietankę i chlebek do sklepu”. Jasne, trzy przecznice dalej, bo tam niby „świeżutki”! W końcu to nie ja się z nią przyjaźnię! Jak jeszcze raz zadzwoni — wygarnę babci Moti wszystko, co myślę!

Babci Moti…

Stop. Coś mi drgnęło w podświadomości — coś mrocznego i niepokojącego. Oczy same wystrzeliły.

Ranek. Bratanek. Leszka. Noc. Klatka. M-mieszkanie.

Mieszkanie!

A-a-a! Zaspałam! I ktoś się dobija do drzwi! Koniec! Kaplica! Jeśli właściciele mnie nie zwiną, to Leszka na pewno skręci mi kark! Co za pech!

Drrrrryń!

Znacie to pożyteczne ćwiczenie — „rowerek”? Myślę, że wszyscy przerabiali to na WF-ie. A próbowaliście kiedyś „pedałować” pod kołdrą? Na czas? Cóż, ja spróbowałam. I wydaje mi się nawet, że zaliczyłam całkiem niezły start.

Wystrzeliłam z łóżka jak oparzona, ale słowo daję, powstrzymałabym krzyk. Siedziałabym cicho jak mysz pod miotłą, szukając w panice drogi ucieczki, gdybym nagle nie zobaczyła nóg. Męskich nóg. I jędrnej, nagiej pupy, w którą o mało nie uderzyłam nosem. Ktoś spał ze mną w jednym łóżku, ułożony „na waleta”… i na mój wrzask zaczął się wiercić.

— A-a-a-a! — wrzasnęłam i zaczęłam gramolić się przez te nogi jak niedźwiedź. Skakałam, o mało się w nie nie zaplątawszy, stoczyłam się na podłogę i szarpnęłam kołdrę, żeby się zasłonić, ale ktoś wyrwał mi ją z równie głośnym wrzaskiem, okazując się silniejszy.

— A-a-a-a!

Chwileczkę! Tutaj mała dygresja.

Co wiecie o ptakach z rodziny sokołowatych? O sokołach? Ja wiem całkiem sporo — dzięki kanałowi „Animal Planet”, własnej ciekawości i szkolnemu kółku „Młody Przyrodnik”, które prowadził mój tata, nauczyciel geografii. To ptak drapieżny, żywiący się małymi ssakami, owadami i ptactwem. Posiadacz długich skrzydeł, ostrego dzioba i przenikliwego wzroku. Większe osobniki dorastają czasem do pół metra. Są niesamowicie szybkie i silne. Taką kuropatwę, na przykład, sokół dopada w locie, pikując z ogromną prędkością. Istnieje około trzydziestu gatunków, i choć nazw wszystkich wam teraz nie wymienię, to ten okaz, który siedział właśnie przede mną — a był to nikt inny jak Artem Sokolski — z całą pewnością należał do rodziny „sokoła wyłupiastego”. Wpatrywał się we mnie, otworzywszy ze zdumienia nie tylko szaro-brązowe oczy, ale i usta.

Fryzurę Sokół miał jak paralotniarz — modna grzywka w fazie startu. Najwyraźniej, zanim wrzasnęłam, chłopak smacznie chrapał w poduszkę, a tu taki cyrk. O moim wyglądzie nawet nie wspomnę. Dzięki Bogu, zdążyłam przechwycić rzucony we mnie przedmiot i teraz przyciskałam poduszkę do piersi niczym pirat skrzynię ze złotem, rozkraczona na podłodze.

To na pewno przez stres, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że to ja zadałam to absurdalne pytanie:

— Ty-y?! Skąd ty się tu wziąłeś, Sokolski?! Przecież cię nie było!

Niestety, chłopak nie docenił mojej odwagi. Zamiast pisku, wydobył z siebie prawdziwy ryk:

— Ja?! To skąd TY się tu wzięłaś, wariatko! Całkiem ci odbiło, żeby włamywać się ludziom do domów i pchać się do łóżka?! Co wy tam z dziewczynami, powariowałyście na punkcie tych programów „Bądź sprytna — zdobądź faceta”?! Najpierw listy, telefony, potem czatowanie na klatce… Co za bzdura! Ale tak daleko to jeszcze żadna nie zaszła!

— Ja nie chciałam, naprawdę…

— No jasne, opowiadaj! Spodni też nie chciałaś zdejmować, mojego tyłka obmacywać i wrzeszczeć mi nad uchem jak syrena alarmowa? O mało nie zostałem przez ciebie jąkałą!

— Niczego nie obmacywałam…

— Powiedz jeszcze, że włączyłaś te decybele przez przypadek! A ja uwierzę, pewnie, że nie wiedziałaś, do czyjego łóżka się pakujesz! Kto tu mieszka, twoim zdaniem?! Twoja mama?! Mam napisane na czole „idiota”?

Oho, ciemne brwi się ściągnęły, oczy rozbłysły. Gdyby nie ta grzywka i odciśnięta poduszka na policzku, można by się naprawdę przestraszyć. Zresztą, chyba i tak się bałam.

— No tak…

— Coooo?!

— Oczywiście, że nie wiedziałam! O niczym nie wiedziałam! Trafiłam do twojego mieszkania przez absolutny przypadek!

— Dobra, koniec! Urządziłaś tu niezły cyrk! — Sokolski zaczął się wiercić, owijając się kołdrą. Ja też próbowałam jakoś pozbierać swoje rozrzucone kończyny. — Nie jestem twoim klaunem! Nie masz z kim spać — idź na Tindera i rozwiązuj problemy po dorosłemu, ale beze mnie. Sam wybieram, z kim sypiam, gdzie i kiedy, jasne?! I w ogóle — jego szare oczy zmierzyły mnie złośliwie — niby dlaczego miałabyś mi się spodobać? Jesteś kompletnie nie w moim typie!

Co-o?! Pff! No proszę, jaki esteta! Też mi coś! Gdyby była tu Mila Francewna, ona — jako światowej sławy pianistka — szybko by temu indykowi wyjaśniła, co to jest dobry gust, a co to zwykłe chamstwo. Ale ja zamilczę. Wielkie mi szczęście — nie to, to inne!

Najwyraźniej moja twarz dobitnie odzwierciedlała moje myśli, bo Sokolski nagle wycelował we mnie palec:

— Tylko nie waż się robić scen! Mam już dosyć was wszystkich — tych spragnionych uwagi panienek. Już mi bokiem wychodzicie!

No nie, co za narcyz! Żebym ja miała takie mniemanie o sobie! On na pewno jest sokołem, a nie nadętym pawiem?

— Wcale nie robię scen. Owszem, zdziwiłam się! Możesz nie wierzyć, ale naprawdę nie miałam pojęcia, że tu mieszkasz. Leszka powiedział: „kumpel”. I że ten kumpel wyjechał z miasta, o! Więc pomyślałam…

Ciemna brew Sokoła uniosła się w ironicznym geście. Wyglądał w tej kołdrze jak rzymski patrycjusz. Tylko wieńca laurowego mu brakowało, żeby zakryć tę „pieczęć idioty”. Ale miał rację — logika była dziś przeciwko mnie. Rzeczywiście, mogłam się domyślić. Ilu Leszka ma kumpli z własnym mieszkaniem? Pewnie niewielu. A o Sokole Uljanka wspominała, że mieszka sam, bo ojciec to jakaś gruba ryba.

— Jak wyjechał, tak wrócił. I dla twojej wiadomości: nie nocuję byle gdzie! A Leszy miał się stąd zmyć godzinę po moim wyjeździe…

Najwyraźniej nie tylko ja intensywnie myślałam, bo chłopak nagle zmarszczył czoło i wypalił:

— Czekaj. Powiedziałaś: Leszka? Kim? Czyli to z tobą on tu kręcił, a potem zostawił cię na noc? Czy ten drań całkiem zgłupiał, żeby w moim łóżku obracać swoje panienki?!

Ojej, zaraz ten ptaszek pęknie — tak Sokolski się nadął i poczerwieniał. Zaczął nawet fikać nogami, zsuwając się z łóżka. Razem z kołdrą, rzecz jasna! Przy Leszce nie wydawał się aż tak wyprowadzony z równowagi.

Stop! Leszka. Cofnijmy taśmę. Co on właśnie powiedział?!

Wygląda na to, że w tym pokoju zaraz pękną dwa ptaszki.

Z oburzenia poderwałam się na nogi, ale poduszki nie puściłam — jeśli dbać o honor, to do końca!

Розділ 5 / 60 · Сторінка 1 з 2