SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 6: Rozdział 6

Rozdział 6

Розділ 6/26 · Сторінка 1 з 219%

Szkolny tydzień minął niepostrzeżenie. Dziś sobota, prawie pierwsza po południu, a ja już od dwóch godzin szykuję się na swoją naprawdę pierwszą randkę z Palmerem.

Widziałam się z Matthew wczoraj wieczorem po szkole i umówiliśmy się, że spędzimy razem wolny dzień. Pojedziemy do sąsiedniego miasteczka na jesienny jarmark i pójdziemy do kina.

Dzisiaj chcę wyglądać jak najlepiej, więc starannie prostuję swoje ciężkie włosy prostownicą, zostawiając je rozpuszczone po plecach aż do talii, nakładam delikatny makijaż na twarz, a na szyję perfumy. Trzy razy się przebieram, ale wciąż nie mogę zdecydować, co najlepiej włożyć.

Pierwszy raz mam coś takiego!

W końcu wybieram krótką jedwabną sukienkę w drobny wzór, ciepły beżowy oversize’owy sweter, legginsy i wysokie sznurowane buty. Do tego stroju biorę małą torebkę na długim pasku i aparat.

Wyglądam raczej jak chłopczyca, ale biorąc pod uwagę, jak starannie podkreśliłam każdą rzęsę i ułożyłam swoje niesforne włosy, takie ubranie pomoże mi poczuć się choć trochę swobodnie.

Matthew podjeżdża pod dom Patricii starym Dodge’em. Zatrzymuje samochód przy poboczu, wysiada i czeka, oparty biodrami o maskę, aż podejdę. Widząc mnie, robi krok naprzód i gwiżdże, wyciągając ręce z kieszeni.

— Wow! No proszę…

— No… i jak?

— Jesteś prawdziwą pięknością, Ashley!

Ma na sobie niebieskie dżinsy, jasną koszulę i krótką czarną skórzaną kurtkę. Ciemne włosy są wysoko na potylicy ściągnięte w krótki kucyk, przez co opalona twarz z pięknie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ustami jeszcze mocniej przyciąga wzrok.

Podchodzę bliżej, dotykam jego ust swoimi i mówię:

— Jedziemy?

A on uśmiecha się ze zrozumieniem w odpowiedzi. Otwiera mi drzwi do wnętrza Dodge’a i nie spuszcza ze mnie oczu, kiedy wsiadam do samochodu.

Do sąsiedniego miasteczka jest pół godziny drogi i przez cały ten czas siedzę odwrócona twarzą do Matthew i nic nie mogę poradzić na swój uśmiech. Opowiadam chłopakowi coś o konkursie fotograficznym, w którym został mi ostatni etap. O tym, gdzie chcę pójść na studia, i o tym, że następnego lata planuję dostać się do Arizony — zobaczyć Wielki Kanion i Monument Valley. Zapatrzona w jego piękny profil, niespodziewanie dla siebie pytam, czy podobna podróż nie znajduje się też w jego planach.

W pewnym momencie Matthew hamuje samochód na poboczu, odwraca się i przyciąga mnie do siebie, żeby pocałować powoli i z uczuciem, po czym jedzie dalej, podczas gdy ja odzyskuję oddech i odpędzam rumieniec z policzków.

 

Jarmark w tym roku jest tłumny, hałaśliwy i przypadł na ciepłe listopadowe dni. Cała Karolina Północna jest pomalowana zielono-żółto-czerwonymi barwami jesieni i słonecznie złocista. Nie widziałam jeszcze piękniejszego stanu, a mój nastrój po prostu promienieje radością, oczy zaś chłoną to, co widzę, kiedy z Matthew, trzymając się za ręce, spacerujemy po dużym terenie, na którym rozmieszczono pawilony wystawowe, zadaszone stoiska, namioty z pamiątkami i ogromne wesołe miasteczko z atrakcjami.

Wszystko wokół ozdobione jest snopami kukurydzy, koszami jabłek, jaskrawo pomarańczowymi dyniami, lampionami i żółtymi chryzantemami. Przy mobilnych barach i kawiarenkach pachnie gorącymi wypiekami, kawą, pieczonym mięsem i popcornem. Grają muzycy, biegają dzieci, a naganiacze zapraszają ludzi do udziału w różnych konkursach.

Oczywiście robię zdjęcia. Nam z Matthew też. Czas mija niepostrzeżenie, wszystko tutaj przyciąga uwagę i kiedy, wyśmiawszy się na farmerskim konkursie „Połaskocz prosiaczka”, w którym trzech uczestników przez trzy minuty rywalizuje o prawo do złapania jednego prosiaka w zagrodzie i niepobicie się przy tym nawzajem, trafiamy na konkurs kulinarny — zauważam, jak w oczach Matthew zapala się zainteresowanie, i proponuję:

— Główny warunek konkursu to zdążyć przygotować szarlotkę w trzy kwadranse. Ty ugotowałeś niesamowitą kolację dwa razy szybciej! Matthew, spróbujesz? No proszę! Zobacz, brakuje im jeszcze jednego uczestnika!

— Naprawdę tego chcesz, Ash? — ciepłe, błyszczące oczy chłopaka odnajdują mnie, a ja szeroko się do nich uśmiecham.

— Bardzo!

Nagrodą w konkursie jest jesienna korona z pięknych szkarłatnych koralików, sztucznych gruszek, dyń, klonowych liści i kiści derenia. Uroczyście leży na poduszce z siana, na podwyższeniu z kukurydzianych kolb, a Matthew obiecuje, zdejmując kurtkę i podając mi ją do rąk:

— W takim razie bądź pewna, wygram ją dla ciebie!

Piękny ciemnowłosy chłopak podwija rękawy koszuli do łokci, odsłaniając mocne nadgarstki, wkłada fartuch uczestnika i puszcza do mnie oko, pewnie zajmując miejsce przy stole. I oczywiście od razu przyciąga uwagę.

Pierwszy raz widzę, jak gotuje, i nie mogę oderwać od niego wzroku. Jego długie palce nie wykonują ani jednego zbędnego ruchu, a pod koniec konkursu kibicuję mu już nie tylko ja, lecz także większość zebranych wokół gapiów wykrzykuje jego imię. Jednak korona i najbardziej smakowity kawałek oszałamiająco pysznej szarlotki z cynamonem, listkami mięty, skórką pomarańczową i karmelizowanymi plasterkami jabłek — trafiają tylko do mnie. Tak samo jak pocałunek Matthew.

— Ludzie, patrzcie, jaką mamy rudą królową!

— Chłopie, nawet gdybyś chciał, nie znalazłbyś lepszej dziewczyny!

— Wiem.

— Ha, ha, ha!

— Przyjeżdżajcie do nas jeszcze!

— Koniecznie!

Kiedy zostajemy sami, wyznaję mu:

— Mówiłam ci, że jesteś jedyny taki wspaniały?

— Ashley, to nieprawda.

— Prawda, uwierz! Ten jarmark jest najlepszy w moim życiu!

Spędzamy razem wspaniały dzień i późnym wieczorem zupełnie nie pamiętamy treści filmu. Za to serca biją tak, że rozstanie wydaje się niemożliwe. I oderwanie się od siebie też.

 

Kiedy Dodge Matthew wspina się na wzgórze ulicą Trzech Klonów, odwożąc mnie do domu, zauważam, że na początku podjazdu do naszego domu stoi ojciec. Dzwonił do mnie niedawno i odpowiedziałam, że zaraz będę, ale zupełnie nie zwróciłam uwagi na suchość jego głosu. Jednak teraz po nieruchomej wysokiej sylwetce i napiętych ramionach oficera Wilsona domyślam się, że jest zły.

I rozumiem, że Matthew też to zauważa.

Do ojca zostaje jakieś trzydzieści metrów, więc proszę chłopaka:

— Matthew, zatrzymaj się tutaj. Dalej dojdę sama.

Nie zatrzyma się. Jego ręce też są już napięte i podwozi mnie pod dom. Gasi silnik i wysiada z samochodu razem ze mną.

— Tato, cześć. Dlaczego jesteś tutaj, a nie z Pat na przyjęciu u Rubensów?

Chłopak stoi obok mnie, a ojciec od razu skanuje go ciężkim spojrzeniem. Odpowiada nieprzyjaźnie i chłodno, jak obcy:

— Wróciliśmy wcześniej. Idź do domu, Ashley. Natychmiast!

— Co?

— Powiedziałem, idź do domu!

Nie przywykłam do takiego tonu ojca, a tym bardziej do takich rozkazów w obecności obcego człowieka, więc zaskoczona pytam bezradnie:

— Tato, co z tobą? To Matthew, mówiłam ci o nim. Poznajcie się…

— Mówiłaś? Hm! Nie spodziewałem się po tobie, córko, że zaczniesz mnie okłamywać!

Co?!

Widzę, jak twarz Matthew nieruchomieje, i czuję, jak moja własna blednie. Ale rzucone oskarżenie jest zbyt poważne i niesprawiedliwe, żebym po prostu je przełknęła i odeszła.

Pytam ojca nadal równo, choć z niepokojem:

— Nie poznaję cię, tato. W czym cię okłamałam? Co się stało, kiedy mnie nie było?

Розділ 6 / 26 · Сторінка 1 з 2