SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Розділ 2/34 · Сторінка 1 з 23%

Tu znów wypada zrobić małą dygresję, żeby wyjaśnić wam, jak ja, inżynierka z ledwie rocznym stażem, znalazłam się w tym nowiutkim budynku firmy „GBG-projekt” (Garant Biznes Grupp projekt) — wysokim, pięknym i nieprzyzwoicie nowoczesnym. Z centralną windą jak w hollywoodzkich filmach, turnikietem, bufetem, siłownią dla pracowników, przepustkami i ochroną przy wejściu.

Boże, czy naprawdę są na świecie szczęśliwi ludzie, którzy nie noszą ze sobą do pracy termosów?! Okazało się, że tak!

Otóż kiedy rok temu wróciłam ze wsi z moimi malinkami, wiedziałam twardo, że potrzebuję pracy. Czas minął, dzieci podrosły, a więc pora była samodzielnie stanąć na nogi. W szkole uczyłam się nieźle, zawsze byłam bystra, i pragnienie samorealizacji, oczywiście, na jakiś czas ucichło, ale tak naprawdę nigdy mnie nie opuściło.

Tyle że stanąć na tych właśnie nogach i znaleźć pracę okazało się wcale nie takie proste. Przy całym wyborze wakatów i ofert nikt nie palił się, by przyjąć do zespołu niedoświadczoną pracownicę, w dodatku z małymi dziećmi. A w urzędzie pracy perspektywy zabrzmiały tak, że, słowo daję, zachciało mi się wrócić na wieś, wejść do ogrodu i obrzucić te perspektywy krowimi plackami.

I chodziłabym tak jeszcze długo i nudno, obijając progi i zerkając w stronę centralnego targu (no bo co? Nie znajdę pracy w zawodzie, pójdę handlować pomarańczami! Nie ja pierwsza, nie ostatnia!), gdyby w sprawie pracy nie pomógł Nikołaj Iwanowicz — nowy mąż mamy.

W gruncie rzeczy Nikołaj Iwanowicz to dobry człowiek. Taty mi, oczywiście, nigdy nie zastąpi, ale mamę traktuje dobrze, dzieci też, bez zajęcia nie siedzi — jest mechanikiem samochodowym z trzydziestoletnim stażem. Mama przy nim przez ostatni rok tak rozkwitła, jakby dostała drugą młodość! A czego mi więcej trzeba?

Babcia popatrzyła na ich randki i machnęła ręką: „Niech się tam mizdrzą, stare konie! Za to ty, Marusiu, masz wolność”.

No a ja co? Ja się zgadzam: niech.

Specjalność mam niełatwą, ale ciekawą: „Maszyny hydrauliczne, napędy hydrauliczne i pneumoautomatyka”. Jestem inżynierem hydraulikiem. Mieliśmy w mieście bardzo poważną uczelnię od takich rzeczy, a przedsiębiorstwa wręcz z głośnymi nazwami, znanymi w całym kraju, ze słowami „gaz” i „ropa” w nazwie. Nie wiem, czym myślałam, kiedy składałam papiery na ten uniwersytet, ale najpewniej zakochaną głową, bo nauka okazała się tam niełatwa, w programie przeważały przedmioty techniczne, a na kierunek szli głównie chłopcy.

Tak więc kontynuuję. Ojczym załatwił mi swoimi kanałami posadę inżyniera w niewielkiej prywatnej organizacji „SNiPTechPromGaz”. Dlaczego gaz, przez rok pracy nie zdołałam zrozumieć, tak samo jak ani razu nie zobaczyłam na oczy dyrektora generalnego, ale nazwa firmy brzmiała solidnie (czego nie dało się powiedzieć o pensji i premiach), a w moich papierach pojawił się pierwszy dumny wpis o oficjalnym zatrudnieniu.

Dział liczył osiem osób, mieścił się w starym biurze, a zajmowaliśmy się tym, że przygotowywaliśmy dokumentację projektową i eksploatacyjną dla osób prywatnych (to do raportu dla skarbówki), w rzeczywistości zaś śledziliśmy oferty przetargowe na rynku specjalistycznego sprzętu. Wyszukiwaliśmy informacje o zleceniach, uczestnikach, konkurentach i warunkach. Można powiedzieć, że pod osłoną niepozornego biura zajmowaliśmy się niejawnym zawodowym szpiegostwem, a potem przekazywaliśmy informacje konkurencji.

Nie, oczywiście informacje przekazywaliśmy nie my — pracownicy firmy, tylko ten sam dyrektor generalny, którego nikt z nas nie widział na oczy. Ale wszyscy byliśmy dorośli i wszystko rozumieliśmy. A poza tym, jeśli nie dla zarabiania na konkurentach, to nasuwa się pytanie: po co to wszystko istniało?

Ale jak to mówią, na każdego cwaniaka znajdzie się cwaniak jeszcze większy. A na każdy tyłek — własna witka. I ręce odpłaty jednak dosięgły „SNiPTechPromGazu” i zakręciły mu ostatni zawór na wejściu i wyjściu. W końcu nadszedł dzień, kiedy przyszliśmy do pracy, a nasza główna inżynier Żanna Arnoldowna Diewiatko, kobieta rzeczowa i poważna, zebrała cały dział i głosem radiowego spikera od najważniejszych komunikatów oznajmiła:

— Dziewczynki, muszę was wszystkie zmartwić! Nas z wami likwidują i spuszczają z wodą!

— A chłopców? — rozsądnie zainteresował się jedyny mężczyzna w zespole, Jurka Szlapkin, dwudziestoośmioletni kawaler. — Przepraszam, dokąd?

Żaneczka westchnęła i już normalnym tonem dodała:

— Chłopców tak samo. Przez kadry i ewentualnie z własnej woli, za drzwi. Właśnie się dowiedziałam, że od pierwszego grudnia naszą organizację czeka oficjalne połączenie z firmą „GBG-projekt”.

Co?! No proszę, wiadomość!

Przy ostatnich słowach wszyscy zamarliśmy niczym głodne myszy na widok kota z kawałkiem sera w pysku. Niby trzeba uciekać, ale jeszcze nie wiadomo, kto kogo — jeść chce się wszystkim! Nie, jasne, sprawa zwyczajna — małą firmę połknęła większa ryba. Ale do jasnej cholery! Ryba okazała się zębata i napchana czerwonym kawiorem. Po cholerę my jej?

„GBG-projekt” — to nie żarty! Oni zapraszają do pracy inżynierów z zagranicy! Wszystkie najlepsze oferty przetargowe, wszystkie najlepsze projekty z ostatnich pięciu lat — ich! A my mielibyśmy tego nie wiedzieć? Dostać się do nich jest prawie nierealne! I teraz, znaczy, firmę połknęli, a nas dokąd? Na pośredniak?!

— A są jeszcze jakieś opcje? Poza „na własną prośbę”? — Jurka nerwowo kaszlnął w pięść i się oburzył. — Co to w ogóle za bzdura? I dlaczego rozganiają personel? Między nami mówiąc, jesteśmy tu wszyscy wykwalifikowanymi inżynierami, a nie przyszliśmy sobie zapalić. Do tego ludzie mają święta przed sobą! Choinka, sylwester, Nowy Rok. Ja mam umowę eksploatacyjną w opracowaniu, klient już zapłacił zaliczkę! Nie, ja się nie zgadzam sam się usuwać. Niech personel też zabierają, co im szkodzi? Jakieś nieszczęsne osiem osób! Słyszałem, że tam pensja wynosi ...set jednostek umownych! Jakby co, mogę nawet popracować jako kurier.

W tym miejscu wszystkim zabłysły oczy — jednym z zazdrości, innym od łez. Przypomniałam sobie gotówkę w portfelu i zupełnie oklapłam. Czyli co, znowu mam szukać pracy?! Przed oczami stanął mi targ i pomarańcze.

Żanna Arnoldowna pogryzła wargi, poprawiła fryzurę, poszarpała torebkę, wzięła i zapaliła prosto na miejscu. Zaciągnęła się smakowicie, wypuszczając dym nozdrzami.

I Jurka zapalił. I dziewczyny. A ja popatrzyłam… i z rozpaczy złapałam jabłko — zaczęłam gryźć.

— Kochani, szanuję was wszystkich, wszyscy jesteście u mnie zuchy, dlatego nie będę ukrywać — przyznała Diewiatko. — Perspektywa dostania pracy w „GBG-projekcie” jednak jest, ale szansa niewielka!

— To znaczy? — spiął się Jurka.

— Rozmawiałam z ich głównym. Nie odmawiają przyjęcia naszych inżynierów, ale…

— Ale? — wydychaliśmy chórem.

— Są gotowi wziąć troje. I tylko do nowego działu! Do kadry pracowniczej firma podchodzi bardzo wymagająco, więc czeka nas poważny casting z przydatności zawodowej!

 

Розділ 2 / 34 · Сторінка 1 з 2