Chapter 9
Rozdział 5, część 2
Impreza rozkręciła się na dobre, wokół pełno młodzieży, ale rozmach wydarzenia można ocenić dopiero po wejściu na przeszklony taras widokowy. Muzyka tam grzmi, a tłum – co najmniej pięćdziesiąt osób – tańczy już w najlepsze.
Będąc po raz pierwszy w penthousie, przeciskamy się z Marinką między parami i grupkami tańczących. Obie podnosimy głowy, widząc nad sobą dwuspadowy szklany dach i opadający na niego lekki śnieg.
– No, nieźle! – nie mogę powstrzymać zachwytu. – Wyobrażam sobie, jaki stąd musi być widok na miasto, kiedy światła stroboskopów nie zasłaniają widoku.
– Ale pięknie! – przytakuje Marinka. – Ciekawe, do kogo trafiliśmy? Do synka naszego rektora? Nie zdziwiłabym się.
Nad nami migają kolorowe wiązki, jedna rytmiczna kompozycja zmienia się w drugą. Przez chwilę tańczymy razem ze wszystkimi, podczas gdy oczy przyzwyczajają się do otoczenia, a Cwietkowa kręci głową na wszystkie strony, próbując odnaleźć tajemniczego Denisa.
– O, tam jest! – nagle przyjaciółka wbija mi się paznokciami w ramię, napinając się jak struna. – Aliska, widzę go! – wskazuje brodą w stronę dalekiej ściany, przy której stoi dwóch chłopaków. – I co mam teraz zrobić? Podejść do niego? Czy czekać, aż sam podejdzie? – dopytuje. – Ojej, a jeśli mnie nie znajdzie? Głupio by było tak po prostu potańczyć i wyjść!
Widzę, że przyjaciółka jest nie na żarty przejęta, więc zatrzymuję się razem z nią.
– Marin, myślę, że lepiej podejść, skoro cię zaprosił. Nie damy rady zostać tu do nocy, więc nie trać czasu.
– Masz rację, chodźmy!
Chłopaki stoją przy stoliku z napojami. Tego, którego szeptem wskazuje Cwietkowa, widzę po raz pierwszy, ale od razu orientuję się, że jest od nas starszy. Może nie o wiele, jednak trudno o pomyłkę – pewność siebie obu chłopaków bije od nich nawet na odległość.
Ten Denis ma na sobie ciemny t-shirt z nadrukiem i dżinsy. Ma wygolone boki i tył głowy, a długie włosy na czubku spięte w „samurajski kucyk”. Gdy tylko to zauważam, domyślam się, czym podbił serce Marinki, która już w wieku dziesięciu lat miała bzika na punkcie japońskiej kultury.
Lewą rękę chłopaka aż po same palce pokrywa tatuaż, ewidentnie z orientalnym motywem, szyję również. Myślę sobie, że z kimś takim lepiej nie zadzierać, ale nie zdążę tego powiedzieć Marince, bo już podeszłyśmy i słyszę jej głośne i radosne przywitanie – przekrzyczenie muzyki to nie lada wyzwanie!
– Denis, cześć! Jestem Marina, pamiętasz? Zaprosiłeś mnie wczoraj. No to jestem! A to moja najlepsza przyjaciółka, Alicja! – wyrzuca z siebie podekscytowana Marinka, kokieteryjnie trzepocząc rzęsami i uśmiechając się skromnie, jak na grzeczną dziewczynkę przystało. – Super tu jest!
Cóż, lody zostały przełamane. Czekam, aż chłopak się odwróci, zobaczy Cwietkową i się ucieszy. Że okaże się zupełnie inny, niż opisywały go nieznajome dziewczyny. Ale wszystko dzieje się na odwrót. Aż otwieram usta z zaskoczenia, gdy on się odwraca, mierzy dziewczynę wzrokiem i z pełną powagą wypala:
– Ja zaprosiłem? Jaka znowu Marina? Rozmarzyłaś się, mała. Nie zapamiętuję żadnych imion, a ciebie widzę pierwszy raz. No, spadaj stąd, mamy męską rozmowę!
Marince też opada szczęka. Intuicyjnie czuję, jak przyjaciółka blednie ze wstydu i upokorzenia. Jednak chwilę później prostuje się i zaciska usta.
W jej przypadku chłopak się przeliczył – Cwietkowej lepiej nie wkurzać.
– Co powiedziałeś? – pyta powoli, jakby nie mogła uwierzyć, że chłopak, o którym marzyła przez ostatnie dni, okazał się takim palantem. – To ty mnie pierwszy raz widzisz, sklerotyku?!
– Coś w tym stylu.
– Przecież sam do mnie dzwoniłeś… Przyjeżdżałeś i przeszkadzałeś mi w pracy… No, powtórz jeszcze raz to o „spadaniu”, a odświeżę ci pamięć tym tutaj!
Wściekła Marinka chwyta ze stołu jakiś drink, sypie do niego szczodrą porcję lodu i unosi szklankę w dłoń, grożąc wylaniem zawartości na chłopaka.
On jednak nagle wybucha śmiechem, znowu nas zaskakując. Trącając kumpla w ramię, kiwa na Cwietkową.
– A nie mówiłem? Są i ząbki! Wiedziałem, że ta mała je ma! Tym razem przegrałeś, Andrzej!
– To znaczy… tym razem? – chmurzy się Marinka.
– Mówiłem ci, Szybujew – kontynuuje Denis – że tej zielonookiej kotki lepiej nie drażnić. A ty mi tu o „grzecznej dziewczynce”! Zakład, że gdyby jej pozwolić, z chęcią wydrapałaby mi gębę? Aż do pachwiny!
Chłopaki się śmieją, а przyjaciółka wypuszcza zszokowana powietrze:
– Nie rozumiem. To wyście się o mnie założyli?
– Troszeczkę – odzywa się drugi nieznajomy. Z wyglądu – wysoki, chudy i bezczelny. – Nic wielkiego, więc nie dąsajcie się, dziewczyny. Święta idą, te sprawy… Zresztą, wszystkie pretensje do Dana. To on na ciebie poleciał, a ja przegrałem, więc… Dawaj to tutaj! – wyciąga rękę i lekko odbiera Marince szklankę. – Tu jest od cholery wódki, za wcześnie dla ciebie na takie trunki!
Ale Marinka jest naprawdę wstrząśnięta i wściekła. Mało co nie syczy. Biorę ją za rękę i mocno ściskam, podczas gdy ona wyrzuca z siebie:
– Idioci! Obaj!
– No, jeśli poznasz mnie lepiej… – Denis nie przestaje się uśmiechać – to jest szansa, że zmienisz o mnie zdanie.
– Chrzań się! Razem z tą szansą! I lepiej nie przychodź do restauracji – tam zawsze mam w ręku tacę, mogę ci nią nieźle przywalić! Alicja, idziemy!
– Łap je, Andrzej!
Czuję, jak czyjeś ramię obejmuje mnie w pasie, zmuszając do zostania w miejscu.
– Puszczaj! – uderzam w obce palce, ale na chłopaku robi to takie wrażenie, jak woda po kaczce.
U Cwietkowej to samo.
– Spokojnie, dziewczyny! Nikt wam krzywdy nie zrobi – zaczyna przymilnie chłopak, który mnie trzyma. – Pożartowaliśmy i starczy! Jestem Andrzej, a ten typ to Denis. Mamy specyficzne poczucie humoru na poziomie kretynizmu, ale diagnoza nie jest ostateczna, więc jest nadzieja na wyleczenie! Nie gryziemy, nie uciekajcie.
– Marin, sorki, to był głupi żart – mówi Denis, przyciągając do siebie dziewczynę. – Tak naprawdę cieszę się, że przyszłaś. I koleżankę masz ładną. Powiedz jej, żeby się nie gniewała!
Wyciąga do mnie rękę i patrzy pytająco. Co ciekawe, Marinka robi to samo.
Nie mam ochoty go poznawać, za to bardzo chcę się uwolnić, więc zmuszam się do uściśnięcia tej dłoni.
– Alicja – odpowiadam. – A ty powiedz swojemu koledze, żeby mnie puścił. Mam już chłopaka, więc jego gorące uściski mnie nie ruszają, tylko duszą.
– No proszę, koleżanka twojej kotki też ma ząbki! – śmieje się ten cały Andrzej[1], ale zabiera rękę z mojego pasa. – A miałem taką nadzieję, że masz na imię Swieta – rzuca ni z gruszki, ni z pietruszki. – Dobra, dziewczyny, rozejm? Mówcie, co wam przynieść z baru do picia. Witka obiecał nie żałować grosza!
Nie wiem, kto i co im obiecał, ale Marinka też odpycha od siebie Denisa i wojowniczo bierze mnie pod ramię, mierząc chłopaka wściekłym spojrzeniem.
– Nic z tego. Dzięki wielkie, ale same sobie poradzimy! Idziemy potańczyć. Jakoś przeszła nam ochota na znajomości! A jedyny napój, na jaki mam teraz ochotę, to twoja krew, żartownisiu!
[1] Andrzej Szybujew i Swieta Ufimcewa to główni bohaterowie powieści Janiny Logwin „Niebo wyżej chmur”. Andrzej Szybujew pojawia się również w kilku innych powieściach autorki.