SOVABOO

Kujony się nie poddają!

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/8 · Page 1 of 250%

POV Kasia

Wróbelek tutaj? Nie przesłyszałam się? Ale jak? Czyżby dzisiaj szczęście ostatecznie wzięło urlop, zniknęło z mojego życia, a nawet przypadkowe spotkanie było gotowe przypomnieć mi o zakładzie? Nie, przysięgam, to już przesada!

Rozejrzałam się ze zdumieniem i przebiegłam wzrokiem po tłumie wokół, niemal od razu dostrzegając w nim przystojnego, uśmiechniętego chłopaka w modnej kurtce i czapce, otoczonego grupą przyjaciół. Wszyscy się śmiali i ruszali. Coś zdecydowanie się działo. W powietrzu wisiało dziwne poczucie napięcia i oczekiwania, jakby lada chwila miało wydarzyć się coś wyjątkowo ciekawego. Ciekawscy ludzie to czuli i zbijali się ciaśniej. Hm, ja też założyłam rolki i wstałam, nie spiesząc się z odejściem, a nawet terrier nastawił uszy, zauważywszy w tłumie przy fontannie ogromnego doga.

Cóż, każdy ma własny interes — Wolka niecierpliwie zakręcił się na smyczy.

Oczywiście widywałam Wróbelka wcześniej na uniwersytecie i słyszałam o nim. Uwierzcie, nawet takiej kujonce jak ja trudno pozostać obojętną i nie zauważyć popularnego chłopaka, kiedy ma się oczy i uszy, a mówi o nim co druga dziewczyna. Tak, mój wzrok zatrzymywał się na przystojnej twarzy (na jakieś dwie sekundy), żeby zaraz przesunąć się dalej. Ale nigdy nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Jakoś nie było sposobności. Kiedy nie masz żadnych szans, cel i nauka pozostają ponad wszystko!

Hm, chyba powiedziałam coś nie tak. Zresztą nieważne! Do dzisiejszego dnia mogłam być dumna z tego, że wyróżnia mnie trzeźwość myśli. „Mogłam” — mam nadzieję, że zauważyliście, w jakim czasie użyłam czasownika? W przeszłym, macie rację, i wcale mnie to nie bawi.

Postanowiłam zostać przy fontannie i poczekać, rozumiejąc, że w bejsbolówce i bez okularów raczej nie rozpozna mnie nikt ze studentów. Pomyślałam nagle: a może pospieszyłam się z ruganiem szczęścia i to jest właśnie ten przypadek, który wszystko zmieni? Ile bym się nie chowała, od zakładu już się nie wykręcę, a to znaczy, że obiekt tego zakładu warto obejrzeć uważniej. Skoro tak niespodziewanie nadarzyła się okazja!

Zagrała rytmiczna muzyka, przy fontannie coś zdecydowanie się zaczęło, obróciłam się na rolkach i wetknęłam nos w tłum.

Nieźle! Uliczny breakdance! Kto by pomyślał, że to takie hipnotyzująco świetne! Nie, naprawdę! Po pół godzinie stałam razem z innymi gapami z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami, ze wstrzymanym w piersi oddechem, i pilnie przełykałam przez ściśnięte gardło poczucie zbliżającego się po moją duszę całkowitego fiaska.

Co za koszmar!

Dlaczego, no dlaczego opatrzność jest tak okrutna dla nieszczęsnych kujonów? Co one zawiniły? Jeśli dotąd tliła się we mnie choćby jakaś nadzieja, że zdołam udowodnić pięknościom-jędzom, na co stać Ufimcewą, to teraz runęła. Rozbiła się, rozleciała i podzieliła na drobne cząsteczki kwantowe — bam! Paf! I katastrofa!

Dziewczyny wiedziały, z czego się cieszyć. Chyba dopiero teraz, kiedy cała brawura moich słów wypowiedzianych w toalecie w ogniu zakładu stopniała i została naga prawda, zrozumiałam, jak wysoko zawieszono poprzeczkę przed nieszczęsną prymuską. No kto mnie ciągnął za język, kto?!

Słowo daję, lepiej by było, gdyby to był jakiś pryszczaty kujon. A jeszcze lepiej, gdybym trzymała język za zębami.

Iwan Wróbelek nie bez powodu uchodził za popularnego chłopaka uniwersytetu. Zwinny, silny i wysportowany, lekko fruwał nad podłogą, kręcił się na rękach, wykonując skomplikowane taneczne triki, bardziej niż wszyscy pozostali chłopcy przyciągając zachwycone spojrzenia gapiów, a zwłaszcza dziewczyn. Och, tak, moje spojrzenie też.

Wróbelek zrobił świecę, poderwał się na nogi i szeroko uśmiechnął do tłumu pewnym, białozębnym uśmiechem, a ja z rozpaczą zamknęłam oczy. Nie chcę na niego patrzeć! Nie-chcę!

Chyba przegrałam.

Odwróciłam się od koła z tańczącymi, zwiesiłam ramiona i zrobiłam krok w bok, zamierzając odejść do domu, ale w ostatniej chwili się zatrzymałam. Serce boleśnie się ścisnęło. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Czyżby tak bolała… porażka? Tak bardzo, że nogi odmawiają posłuszeństwa?

Logika podpowiedziała: właśnie ona. I dodała z wyrzutem: a co z doktoratem? Co z twoją karierą naukowczyni, Kasiu Ufimcewa? Co z przestrzeniami Wszechświata, marzeniami i odkryciami? Co z przyszłością całej ludzkości bez ciebie?! Czy masz prawo zawieść tę ludzkość?! Pierś napełniło gorące przekonanie, a coś desperacko szepnęło: „Nie możesz!” Nie wtedy, gdy do sukcesu przebyłaś już tak długą drogę!

A co z fizyką kwantową i nieudowodnionymi teoriami!

Przełknęłam ślinę. Słabiutko i cieniutko zaprotestowałam sama przed sobą: „Ale przecież Wańka Wróbelek to za wysokie progi. Trzeba być ze sobą szczerą: nie mam żadnych szans!”. I natychmiast skrzywiłam się na własne tchórzostwo.

Ech, Kasia, Kasia. A podobno cudowne dziecko! Można powiedzieć — nadczłowiek i duma rodziny! Tchórz z ciebie najprawdziwszy! I nie masz żadnego usprawiedliwienia!

Niedaleko rozległ się dziewczęcy śmiech i obejrzałam się, zauważając w tłumie gapiów swoje niedawne prześladowczynie. Te akurat na pewno nie będą rozpaczać nad głupią kujonką, jeśli odejdę z uniwersytetu. Nawet imienia nie przypomną sobie, że taka była.

W piersi znowu poruszył się ogień, ale już nie rozpaczy, nie. Tym razem głowę podniósł protest.

A czy nie za wcześnie się poddałaś, Kasia? Ty, która stawiałaś sobie zadania najwyższego rzędu i zawsze je wykonywałaś? Może wystarczy chować głowę w piasek i cierpieć, skoro nawet cierpienie nie wychodzi jak należy! Wielkie mi co, przystojniak Wróbelek! A co on, pępek świata? Przecież nawet księciem duńskim nie jest! Taki sam chłopak jak wszyscy! Jeszcze zobaczymy, kto kogo nie będzie chciał całować!

Brwi groźnie zeszły mi się nad nosem, gdy patrzyłam, jak do chłopaka uśmiecha się miss długi pazur z przyjaciółkami. Dłonie zacisnęły się w pięści, a tułów obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni ku fontannie. Zechce, jak miły, albo nie nazywam się ja!

Wrrrr… Kujony się nie poddają — ot co!

Zadanie zostało określone, a ja się zebrałam. Pora się ujawnić!

Sygnał do działania przebiegł po neuronach, ogniwa logiczne zadźwięczały i zamknęły się w łańcuch. Oceniłam myśl, która nagle pojawiła się w głowie… Hm, zdecydowanie głupia i nierozsądna. Ale jeśli uda się wszystko poprawnie obliczyć — trajektorię, zachowanie psów, własną prędkość i położenie obiektu… to chyba znacznie lepsze niż nic! A to już coś! Jak już mówiłam: zawsze wyróżniała mnie trzeźwość myśli — do dzisiejszego dnia!

Rozejrzałam się. Zadowolony Wolka kręcił się przy dogu, zapraszając go do zabawy, podczas gdy jego właścicielka — miła siwa staruszka, z otwartymi ustami, okularami zsuniętymi na czubek nosa i torebką przyciśniętą do piersi — obserwowała popisy tancerzy. Doskonale! Uśmiechnęłam się. Tak właśnie człowiek zostaje drobnym przestępcą. Podkradłszy się bliżej do babuleńki (Boże, kto jej, temu bożemu stworzeniu, powierzył takiego psa?), ostrożnie wyciągnęłam z jej rozluźnionych palców smycz i splotłam ją z Wolkową. Wyjęłam z plecaka gumową piłkę (ulubioną zabawkę terriera), cmoknęłam językiem, przyciągając uwagę psów…

Cmok-cmok, łapulki! Jest! Pyski, jak na komendę, odwróciły się, uszy klapnęły, a ogony zaczęły wirować.

Chapter 5 / 8 · Page 1 of 2