SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/24 · Page 4 of 519%

Niezwykłe dziecko. Mądre. Bystre. Zdolne. Zamknięte, a jednocześnie przerażające wewnętrznym stopniem wolności, wyczuwalnym w niej i zdolnym zmusić człowieka do wszystkiego. Absolutnie wszystkiego. W jej umyślnie spokojnym chodzie, bez zbędnej porywczości właściwej nastolatkom, czuło się ukrytą siłę. Ani jednego zbędnego ruchu, ani jednego zbędnego spojrzenia czy słowa. Jakby sama ziemia ją trzymała, oczyszczając drogę. Krucha dziewczyna ze stalowym rdzeniem.

Dziecko pijącego rodzica. A jednak.

Minęły dwa lata od czasu, gdy Tamara Michajłowna odbyła pierwszą rozmowę z małżeństwem Sawinów. To od nich dowiedziała się, dlaczego Szewcow nie przychodzi na zebrania rodziców i z jakiego powodu są głęboko zaniepokojeni przyjaźnią syna z córką sąsiada. Tamara Michajłowna próbowała wtedy uspokoić małżeństwo i oczyścić swoją uczennicę, ale na próżno. Ignat nie przyznał się, dokąd uciekł z domu w weekend, i z Saszką trzeba było porozmawiać. A jednak duszę kobiety grzało to, że natura miała gdzieś ludzkie opinie i konwenanse. Pozbawiwszy dziewczynkę matki, zostawiwszy bez szacunku, włożyła w nią rozum i charakter, i nie poskąpiła urody.

I oto znowu te dwie rodziny stały w gabinecie dyrektora. Po jednej stronie zimna, jakby martwa Saszka z ojcem, po drugiej — rodzice Sawina. Sam Ignat znajdował się w szkolnym gabinecie medycznym, gdzie litościwa felczerka udzielała mu pierwszej pomocy. Powiedziawszy, że Szewcowa nie ma z tym nic wspólnego, odmówił rozmowy z rodzicami. Jeszcze jednego chłopaka zaraz po konflikcie zabrała do szpitala karetka.

Saszka sama nie wiedziała, po co przyszła na Bal Majowy. Wszystko zapowiadało się nudno i przewidywalnie — wieczór, tańce, wystrojone dziewczyny i chłopaki, śmiali starsi uczniowie. Wszystko to jej nie interesowało, oprócz jednego. Na tym szkolnym balu ze sceny po raz pierwszy miał zaśpiewać i zagrać na gitarze Ignat Sawin, a ona bardzo chciała go usłyszeć. Bardzo.

Sukienkę z nową przyjaciółką ojca kupiły najprostszą — jasną, trochę przed kolano i wystarczy, i czółenka bez obcasa. Włosy Saszki urosły do pasa, gęste i jedwabiste, na drogie fryzury i tak nie było pieniędzy, no i pal licho. Dzisiaj mogła patrzeć na Ignata razem ze wszystkimi, nie zasłaniając się obojętnością, a więcej Saszka nie chciała. W końcu z tańców zawsze można wyjść.

Tylko dlaczego nie wyszła?

Symbolicznie odbrzmiał ostatni dzwonek roku szkolnego i sala napełniła się magią wieczoru. Wystąpiła prowadząca — ładna dziewczyna ze starszej klasy, chłopaki z dziesiątej pokazali zabawne scenki. Ktoś przeczytał rap — łamiącym się chłopięcym krzykiem, niezbyt udanie, i po sali potoczyły się śmieszki. Wszyscy dobrze się bawili, ale kiedy na scenie pojawił się Ignat z gitarą, uczniowie naprawdę się zaciekawili.

Nauczył się grać. Nie skłamał. Nie tylko rąbać akordy, ale delikatnie przebierać palcami struny, dając głos każdej nucie, wydobywając je z gitary bez widocznego wysiłku i oblekając w dźwięki. Przez te trzy lata jego marzenie się spełniło, i Saszka z zachwytu razem ze wszystkimi wstrzymała oddech, słysząc jego głos. Okazał się równie piękny i czysty jak serce Pucha.

Ignat zaśpiewał trzy piosenki zamiast jednej. Pierwszą, zawstydzony, śpiewał, wpatrzony w podłogę, a dwie ostatnie — patrząc na Saszkę. Po prostu odnalazł w tłumie jej oczy i już ich nie puścił.

– Co on tak przeciąga jak flaki z olejem? – odezwał się za plecami Czwyriew, a dziewczyna niezadowolona syknęła:

– Zamknij się! Ty nigdy tak nie zaśpiewasz.

– A ty co, Mewa, zakochałaś się? W tym kretynie?

– Sam jesteś kretyn! Spadaj, Czwyriew! Mam cię dość…

Na koniec występu Sawin się uśmiechnął, i usta Saszki też drgnęły w odpowiedzi, kiedy zobaczyła znajome dołeczki na śniadych policzkach. Dziewczyny stały wystrojone, Ignat był dobrze ubranym, przystojnym chłopakiem, już od dawna nie pulchnym, i po grze na gitarze nie spuszczano z niego zachwyconych oczu.

Saszce nagle ścisnęło w piersi, w duszy rozlało się poczucie dumy z Pucha. Zawsze wiedziała, że jest najlepszy, a teraz mogli to zobaczyć także inni.

Zaczęły się tańce i w sali przygaszono światło. Saszka nie zamierzała tańczyć. W ogóle myślała, żeby wyjść, i po prostu stała w tłumie dziewczyn, słuchając ich wesołego szczebiotu, dopóki nie odnalazł jej Ignat. Dwa lata to zbyt długi czas, żeby naprawdę stęsknić się za człowiekiem i choć na chwilę zapomnieć o słowie „nie wolno”. Tego wieczoru postanowili o nim zapomnieć.

 

Saszka sama nie zrozumiała, jak po spojrzeniach spotkały się ręce. I znowu nie było zawstydzenia. Tylko pragnienie i zdumienie, że są obok. Niezwykle blisko, twarzą w twarz. Ale taniec się skończył, a ręce, raz się spotkawszy, już się nie rozplotły.

 

Bez umawiania się wyszli z sali i znaleźli się na tylnym dziedzińcu szkoły. Zdążył już zgęstnieć pierwszy zmierzch, dźwięki muzyki i bliskość drugiego przyjemnie zawracały w głowie. Dwoje nastolatków pociągnęło ku sobie i za rękami niespodziewanie spotkały się usta — młode i nieśmiałe. Najpierw zetknęły się ostrożnie, jakby próbując smaku pocałunku, zapamiętując wzajemny oddech, uczucie radości i drżenie serc, i dopiero gdy rozsmakowali się, poczuli, że chcą więcej, odważyli się na to więcej, mocniej przyciskając do siebie ciała.

Co mówić, nie wiedzieli. Zdawało się, że dźwięk jej imienia — Alka — wyjaśniał wszystko. A jeszcze ręce na cienkiej talii niemal parzyły, i chciało się próbować ust drugiego znowu i znowu. Ignatowi zamroczyło świadomość i ziemia uciekła spod nóg. Pełne delikatne usta Saszki okazały się słodkie, włosy jedwabiste, a dłonie na jego ramionach gorące.

– Zaśpiewaj mi, Puchu, proszę, – nagle poprosiła.

I zaśpiewał. Cicho, do ucha, przyciskając dziewczynę do siebie.

– Koniecznie powinieneś śpiewać. Myślę, że głos to najbardziej magiczna rzecz, jaką masz, – przyznała Saszka. – Powinieneś dzielić się tą magią z innymi, rozumiesz?

Zamiast odpowiedzi znów ją pocałował. Nie mógł nie całować. Ona sama była dla niego muzyką.

– Niedługo znowu wyjedziesz, tak? – spytał.

– Tak. Jutro.

– Nienawidzę lata. Nienawidzę, kiedy cię nie widzę! Będę czekał…

– Ja też.

– Alka, dlaczego? Komu robimy krzywdę? – ośmielił się i objął ją, przycisnął do siebie mocniej, tak jak chciał, chowając twarz w miękkich włosach. – Gdybym mógł, nigdzie bym cię nie puścił!

Saszka rozumiała, ale nie odpowiedziała. Nie chciało się teraz o niczym myśleć. Zwłaszcza o tym, że może wcale nie ma dla niej miejsca obok niego.

Ignat niechętnie się odsunął.

– Poczekaj, zaraz zabiorę gitarę i pójdziemy. Dobrze? Nie chcę tu być.

– Dobrze.

– Szybko wrócę!

Kiedy Ignat nie pojawił się po pięciu minutach, jakby coś wyczuwając, Saszka zerwała się z miejsca i wpadła do szkoły. Pobili go na korytarzu — Czwyriew z dwoma kolegami. Rozbili mu twarz i kopali jego oraz gitarę, wyładowując na bohaterze wieczoru własną nijakość i tchórzliwą zawiść. Jak umieli, mścili się za to, że cała uwaga przypadła jemu.

Chapter 5 / 24 · Page 4 of 5