SOVABOO

Pokochaj mnie, Wróbelku!

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Chapter 3/729%

Ale czy wyszedł świetny, czy nie, wyglądało na to, że nieznajomy nie żartował i postawił mi warunki całkiem serio. Bo najpierw podjechaliśmy pod duży supermarket, gdzie przesiedziałam sama całe pół godziny, podczas gdy niebieskooki gbur (tak będę go nazywać), zniknąwszy w środku sklepu, napełnił wózek produktami i po powrocie do samochodu przerzucił wszystkie torby do bagażnika. A potem przewiózł mnie wzdłuż nabrzeża i wjechał na podwórze nieznanego wieżowca.

Zaparkowawszy przy klatce, wysiadł z samochodu i tym razem wyjął z bagażnika torbę podróżną. Otworzył tylne drzwi do kabiny i wrzucił do środka szorty oraz koszulkę. Warknął przez zęby, rzecz jasna ani trochę uprzejmie:

— Zakładaj! Nie ma czego w przyzwoitym miejscu świecić gołym tyłkiem! I trzymaj język za zębami, jeśli ktoś zacznie cię wypytywać, zrozumiałaś? Jesteś ze mną i kropka.

Szczerze mówiąc, nic nie zrozumiałam, ale skinęłam głową. Samej też nie chciało mi się już świecić gołym ciałem, więc posłusznie naciągnęłam na siebie luźne ubrania. A gadać nie lubiłam nawet bez jego warunków, więc bez problemu mogę też pomilczeć.

Odszukałam między siedzeniami swoje czółenka, włożyłam je i wysiadłam z samochodu. Chłopak właśnie zamykał bagażnik, wyjąwszy z niego zakupy, kiedy podeszłam bliżej i podałam mu kurtkę. Ale tak na mnie łypnął, że szybciutko wcisnęłam się w nią sama. I wcisnęłam się nie bez wdzięczności, bo choć niebieskooki gbur chodził w samym swetrze, na dworze wciąż było bardzo zimno.

Zarzucił wielką torbę podróżną na ramię i wziął do rąk pełne siatki. Na ich widok przemknęła mi przez głowę myśl: czy on naprawdę kupił to wszystko tylko dla siebie? Chłopak był wysportowany i szeroki w ramionach, pod cienką tkaniną dżerseju rysowały się mocne bicepsy, ale mimo wszystko był szczupły jak na to, żeby poradzić sobie z tym wszystkim.

Chociaż co mnie obchodzą jego zakupy? Może wcale nie mieszka sam, tylko ja źle zrozumiałam.

— Daj, pomogę! Przecież ciężkie! — spróbowałam zaproponować pomoc, ale chłopak kliknął pilotem, włączając alarm, i udał, że mnie nie usłyszał.

— Idź za mną! — rozkazał sucho i ruszył do klatki. A sądząc po tym, że ani razu nie napiął się pod ciężarem, nie wyglądało na to, żeby moja pomoc była mu potrzebna.

Z tą myślą pobiegłam za nim, starając się nie rozglądać na boki i ukryć twarz pod splątanymi włosami.

Do klatki weszliśmy w milczeniu, weszliśmy na piętro. A kiedy znaleźliśmy się w windzie, zamknięta przestrzeń kabiny nagle podpowiedziała mi, że właściwie widzę swojego nieznajomego pierwszy raz w życiu. Stoję tu z nim sam na sam, milczę, i logicznie byłoby (skoro nie stało się to wcześniej) właśnie teraz zacząć się go bać.

Chłopak był rozdrażniony i wyraźnie zły, a ja przecież zawsze byłam tchórzem! Ale z jakiegoś powodu nie było mi strasznie. Raczej niezręcznie i wstyd za moje pojawienie się w jego życiu. A poza tym zimno. Jeśli wkrótce się nie rozgrzeję, zacznę szczękać zębami i podrygiwać.

Oj, chyba już zaczęłam.

Nieznajomy jakby czytał mi w myślach. Zerknął z ukosa, prychnął i powiedział niezbyt życzliwie:

— Widzę, że odwiedzanie obcych chłopaków to dla ciebie nic nowego.

To nie była prawda. Zupełnie nie! Tylko czy on mi uwierzy, nawet jeśli przysięgnę?

Dlatego odpowiedziałam spokojnie, choć nie bez kolców w głosie:

— Myśl sobie, co chcesz.

— Myślę. I lepiej, żebyś nie wiedziała co.

— Och, można by pomyśleć, że to straszna tajemnica! Przecież wszystko masz wypisane na twarzy!

— Ty też — nie pozostał mi dłużny — masz wypisane na twarzy. Zieloną i żółtą farbą! „Niech żyje topless-bunt”. No i jak, dałaś?..

— Nie będę odpowiadać.

— I nie trzeba. Wysiadaj, jesteśmy!

Winda się zatrzymała i wyszliśmy. Rozejrzałam się. Na niewielkim podeście były cztery mieszkania, dom okazał się starego typu, a drzwi jednego z nich otworzyły się przy naszym podejściu. Wyjrzała zza nich staruszka, taki aniołek w ludzkiej skórze, i na widok chłopaka radośnie westchnęła:

— Och, Danielku, to ty? Co za radość! No, nareszcie wróciłeś! Bo taka cisza, całkiem mi nudno, nawet soli nie ma od kogo pożyczyć! A ja tu jakby coś przeczułam, wyglądam przez okno, patrzę, przyjechał mój złoty!

— Dzień dobry, Siemionowna. No tak, wróciłem.

— No i jak treningi? Pokonałeś wszystkich przeciwników?.. Zawsze mówiłam Iljuszy i Żenieczce[1], że będą z ciebie dumni! Och, jaka nam dobra i wysportowana młodzież rośnie. Jacy piękni chłopcy, aż miło popatrzeć! Jedno zmartwienie, różne lafiryndy próbują zawrócić w głowie. To jedna, to druga biega. Ale nic, Danielku, ja już dopilnuję porządku. Obiecałam Romanowi Siergiejewiczowi!

Chłopak, który miał na imię Daniel, wyjął klucze i podszedł do swojego mieszkania, niezbyt reagując na pojawienie się sąsiadki i jej powitalną mowę. Głos staruszki był dobry i łagodny, za to cienki nos dziwnie jej drgał, jakby obwąchiwała zapachy.

Zauważywszy mnie, jeszcze bardziej wychyliła się zza drzwi i nagle ojknęła z autentycznym oburzeniem:

— Ojej, święci pańscy! A to kto z tobą? Jakaś umazana! Subkulturowa czy co? Straszna! Cała zielona, a włosy, włosy dęba… — staruszka zaokrągliła oczy ze strachu. — Jak nic wiedźma!

Natychmiast winowajczo przygładziłam włosy dłonią. Czy naprawdę wyglądam aż tak okropnie? Ale nieznajoma i tak oburzona rozłożyła ręce.

— Danielku, po co ty taką przyprowadziłeś? Do ciebie same lale chodzą, a ta… Oj! I nogi gołe, nawet bez pończoch! Żebraczka jakaś?.. Może wynieść jej suchary? Akurat nasuszyłam dla gołębi. A do domu nie wpuszczaj! Jeszcze coś ukradnie!.. Takie to ani matek, ani ojców swoich nie znają! Zamącą chłopakowi w głowie urokiem i dawaj wieszać się porządnym na szyi!

Szczerze mówiąc, patrzyłam na staruszkę z otwartymi ustami. A potem je zamknęłam i odwróciłam się.

Też znałam takie „sąsiadki”. Wtykające nos w nie swoje sprawy. Kiedyś w dzieciństwie razem z babcią nasłuchałam się o sobie różnych rzeczy. A ta, niby obca kobieta, trafiła w bolesne miejsce. Też mi znalazła wiedźmę.

— Siemionowna — odezwał się chłopak, otwierając drzwi i wrzucając torby do mieszkania — takiemu jak ja nie da się zamącić w głowie. Pani akurat, przy swoim doświadczeniu, łatwo się domyśli. Po sól przyjdzie pani jutro, a dziś proszę spać spokojnie! Ta dziewczyna nie czyha na moje serce. Obiecała posprzątać mieszkanie za jedzenie, a dla takiego sknery jak ja to po prostu magiczna propozycja!

— Co ty mówisz, mój złoty?!

— A jak pani myślała? To nie bieganie nago z krzykami pod teatrem. No, wchodź, Kopciuszku, na co czekasz? Wieczór dopiero się zaczyna!

Co? On naprawdę to powiedział?

Ze wstydu aż uszy mi poczerwieniały! A i tak nie miałam nic do powiedzenia.

Jak obiecałam, weszłam do mieszkania w milczeniu.


[1] Główni bohaterowie książki „Dumna ptaszyna Wróbelek”

Chapter 3 / 7