SOVABOO

Pokochaj mnie, Wróbelku!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/7 · Page 1 of 443%

Daniel

Dziewczyna przekroczyła próg, zrzuciłem torbę z ramienia i zamknąłem za nami drzwi. Dopiero gdy znalazłem się we własnym przedpokoju, pomyślałem, że musiało mi odbić. Bo naprawdę poważnego powodu, dla którego przyprowadziłem ją do siebie, nie było. Ani jednego. Przecież nie na złość zbiegłej Albince i nieudanym planom?

To już na pewno nie było do mnie podobne, nie warto było nawet zaczynać się okłamywać. Więc dlaczego nie pozbyłem się tej rozmalowanej osoby?

Znalazłszy się w moim mieszkaniu, nieznajoma ostrożnie obeszła torby z jedzeniem i znieruchomiała przy ścianie. Kiedy na nią patrzyłem, zdjęła buty i elegancką stopą odsunęła swoje pantofelki na bok, zostając boso na parkiecie. Jej twarz była umazana gęstą, rozpływającą się farbą; tą samą farbą brudne były też włosy, zbite w niezrozumiałe strąki. W mojej kurtce, szerokiej na jej ramiona i dużej, przy cienkich, niemal przezroczystych obojczykach, dziewczyna wyglądała niepewnie i żałośnie. I znów przemknęła mi przez głowę myśl: czym ona myślała?

A ja czym? Idiota! To nie było już pisklę sroki, które wypadło z gniazda, stary kulawy pies, który przyplątał się przy drodze, ani zapchlony kociak, które w dzieciństwie targałem do domu i chowałem pod łóżkiem, bo babce od moich znalezisk skakało ciśnienie i szalał puls. Od dawna nie jestem chłopcem, a ta osoba nie jest bezbronną łanią. Całkiem świadomie wpakowała się do mojego samochodu i nie chciała go opuścić. Więc po jaką cholerę teraz wpakowała się do mojego domu i tu stoi?

— Rozbieraj się i wchodź! — wycisnąłem z siebie nieprzyjaźnie, zdejmując sneakersy i odkopując je z drogi. — Kuchnia prosto. Rozpakujesz torby i powkładasz wszystko tam, gdzie trzeba. Mam nadzieję, że się domyślisz, nie jesteś mała. I nie licz, że będę się z tobą niańczył. Zechcesz zwiać, drzwi są otwarte. I nie stój już, wieczór nie jest z gumy, czas start!

Zaniosłem torby do kuchni i włączyłem lodówkę. W mieszkaniu było duszno i cicho, jak zawsze po powrocie. A do tego kurzyło się, choć wszystkie rzeczy stały znajomo na swoich miejscach. Rodziny o przyjeździe nie uprzedziłem; zawsze lubiłem zostawiać sobie wolność nawet w drobiazgach. Brata i tak nie było w kraju, a siostra i rodzice mieli dość własnych zmartwień beze mnie.

— A na pewno nie chcesz zamówić z restauracji? Nie wykręcam się — usłyszałem za plecami niepewny głos dziewczyny, która przywlokła się za mną. — Po prostu nie wiem, co lubisz i… co kupiłeś. A jeśli ci nie zasmakuje?

— Nie chcę. I tak przez cztery miesiące jadłem w restauracjach. A ty zgadnij! — syknąłem na gościa, odwracając się i przechodząc obok. — I nie próbuj wykręcić się z warunków. Nie żartowałem z tym pójściem do domu na własnych nogach, zrozumiałaś?

Zostawiłem ją w kuchni, wziąłem torbę z przedpokoju i wszedłem do salonu. Rzuciwszy rzeczy przy szafie, zatrzymałem się na środku pokoju i zakląłem przez zęby, czując, jak w duszy dalej gotuje się irytacja. A do tego złość. No, piękny wieczorek mi wychodzi, a przecież jeszcze rano, kiedy żegnałem się z trenerem i chłopakami przed powrotem do domu, nic podobnej kaszany nie zapowiadało.

„Szczęściarz Wróbelek. Stary, nie odmawiaj sobie seksu, zasłużyłeś!..”

No tak, Tagir to zapeszający skurwiel. Trzeba będzie, kiedy wrócę do obozu treningowego, nie żałować i dać koledze nauczkę, żeby więcej nie życzył mi „dobrego” z zazdrości na drogę.

Z przyzwyczajenia odszukałem pilot, włączyłem plazmę i wybrałem kanał, który oglądałem najczęściej. Wsunąłem ręce do kieszeni dżinsów, podszedłem do okna i rozsunąłem zasłony. Wpatrzyłem się w ulicę, w ciągnące się za nią nabrzeże i ciemnoszarą wstęgę rzeki widoczną dalej.

Taki znajomy widok. Jeszcze po zimowemu lodowaty i chłodny miejski pejzaż, choć po śniegu nie został już nawet ślad. Mieszkaliśmy tu z bratem cztery lata, dopóki nie wyjechał do Niemiec za swoją małą kujonką, mając gdzieś magisterkę i na poważnie zajmując się tańcem. A ja zostałem sam, choć bywałem tutaj rzadko.

Ciekawe, czy kiedykolwiek pogodzę się z tym, że mój Klon ma Katię? Jego dziewczyna, mądra Umka, która już od roku jest narzeczoną Wańka i bez której nie może żyć.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że dla niego ten związek jest na poważnie i na długo, ze wszystkimi konsekwencjami, pomyślałem, że żartuje. Jakaś bzdura! Przecież to Ptak, mój bliźniak, moje odbicie i klon, którego całe życie znam prawie lepiej niż siebie! Mnie ciągnęło do dziewczyn nie mniej, ale żeby się zakochać i myśleć tylko o jednej…

No weź, to niemożliwe!

A jednak okazało się, że jak najbardziej możliwe i prawdziwe.

Ostatnio rzadko widywaliśmy się z bratem, dawno pogodziłem się z faktem, że każdy z nas ma własne życie. Ale i tak za każdym razem, gdy wracam do domu, czy to rodzinnego, czy swojego, nadal czuję, jak bardzo brakuje mi naszych głupich bójek i słownych przepychanek. Po prostu bliskiej obecności Wańka i jego śmiechu; od samego dzieciństwa świetnie się rozumieliśmy.

Zamyślony przez kilka minut przy oknie, zdziwiony odwróciłem głowę, gdy z kuchni dobiegł dźwięk pracującego ekspresu do kawy i krótki elektryczny pisk, chyba płyty, a może mikrofalówki. Kiedy poszedłem za dźwiękiem, zobaczyłem, że dziewczyna rozgrzebała torby, ale nie zdążyła ich jeszcze rozpakować. Za to zdążyła zrobić aromatyczną kawę i parę dużych gorących kanapek. Całkiem apetycznie wyglądających, trzeba przyznać, które wyjęła z mikrofalówki, podważyła łopatką i położyła na szerokim talerzu.

Nie umknęło mi, jak zgrabnie jej to wyszło, ani to, że z palców i cienkich nadgarstków zniknęła farba.

— Proszę, zrobiłam kanapki z szynką i serem. To nie kolacja, tylko przekąska — wyjaśniła dziewczyna, patrząc na mnie. — Powiedziałeś, że długo byłeś w drodze, więc nie będziesz chciał czekać. A cukru jeszcze nie znalazłam. Proszę, mogę do twojej łazienki? — wypaplała bez przerwy, z poczuciem winy. — Bardzo swędzi mnie twarz i… ogólnie.

Co oznaczało „ogólnie”, było jasne bez tłumaczenia, sądząc po tym, jak podkurczyła palce u stóp. Chociaż teraz mógłbym przysiąc, że Kopciuszek się speszył, opuszczając wzrok. A ja lekko zgłupiałem, zdziwiony, jak szybko sobie poradziła.

Chyba naprawdę dało się to zjeść.

W milczeniu wziąłem talerz, kubek z kawą i zaniosłem je do pokoju. Gdzie jest cukier, sam nie wiedziałem. Nie pamiętałem, czy w ogóle jest. Podszedłem do komody, wyjąłem z niej szeroki ręcznik i, pogrzebawszy w przegródkach, znalazłem damskie skarpetki, najpewniej dziewczyny brata. Zanim wyjechali do Monachium, mieszkali tu częściej ode mnie i zostało trochę ich rzeczy.

Dobra, niech ją diabli! Tę gołą Ewę! Starałem się nie patrzeć na jej bose, posiniałe stopy. Wystarczyło mi to, że pamiętałem jej tyłek, za który osobiście wepchnąłem dziewczynę do samochodu. Miała bardzo delikatną skórę i kształt tak idealny, że męskie spojrzenie zdecydowanie go zapamiętuje. Cienka talia też nie umknęła mojej uwadze, choć widziałem ją zaledwie parę sekund. A smukłe plecy z drobnymi kręgami z łatwością mogły podsunąć myśl…

Cho-olera! Naprawdę całkiem mi odbiło, skoro o tym myślę. Pora ochłonąć, bo inaczej zaraz będę grzebał w telefonie w poszukiwaniu numeru kolejnej przyjaciółki na wieczór, żeby zapomnieć się z nią do rana.

Odwróciwszy się do dziewczyny, rzuciłem jej w ręce ręcznik i skarpetki.

Chapter 4 / 7 · Page 1 of 4