SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 2: Rozdział 1, część 2

Rozdział 1, część 2

Reading sample: chapter 2 of 19

W każdym razie rodzice uśmiali się z mojego oburzenia po pachy, pokazali starszej córce język i nazwali świeżo upieczone bliźniaczki Nicole i Michelle. Czyżyki, no jasne. Co za świrusy! Mam jeszcze młodszego brata, Roberta — wiecznego trójkowicza i lenia. I o ile w głębi duszy wciąż pieszczę nadzieję, że kiedyś zmienię to moje ptasie nazwisko na coś bardziej ludzkiego, to co ma począć taki Kostka Rubika?! No, masakra! Tak już będzie latał jako Czyżyk Fiodorowicz do końca świata!

O czym to ja…? Ach, tak! Jesteśmy w bufecie!

— Nie, dzięki wielkie, ale nie do ciebie, Ul. Chciałabym jeszcze trochę pożyć! I tak widzę, jak inne laski na mnie patrzą, wiedząc, że bywam u was z Leszkiem w domu i on nawet — o zgrozo! — kojarzy moją twarz. Nie, muszę sama coś wykombinować, tylko co…?

Właśnie westchnęłam i przygotowałam się do ponownego pociągnięcia nosem nad wystygłą herbatą, gdy do stołówki wkroczyła wspomniana przeze mnie święta trójca — Malwin, Leszy i Sokół. Maszerowali między stolikami w stronę bufetu z taką pewnością siebie, jakby sam rektor wypolerował im klamry u pasków na błysk i wydał darmowe talony na dożywotni wyżerkę! Wszystkie obecne na sali dziewczyny natychmiast skręciły karki w ich stronę i zaczęły ukradkiem poprawiać makijaż.

Humor miałam pod psem, więc jak zazdrosny smok wypuściłam parę nozdrzami:

— No proszę, królowie uniwersytetu! Pozerzy od siedmiu boleści. Oto ci, co nie mają ani zmartwień, ani problemów. Życie ich miodem płynie, rzygać się chce!

— Co? — rzuciła nieprzytomnie Uljana, na dobre parę minut wypadając w inny wymiar, a ja tylko machnęłam ręką, widząc te maślane oczy przyjaciółki.

No i znowu to samo! Moja psiapsiółka już drugi rok wzdycha do tego Martynowa-Malwina, a ja muszę to znosić!

Nie kminię, co ona w nim widzi? No dobra, wysoki, blondyn, niby przystojny w taki lalusiowaty sposób, ale ta jego mina pod tytułem „pępek świata”, ten firmowy ruch głową „odgarnijcie mi grzywkę z oczu” i te kapryśne usta w ciup… Fu! Patrzeć na to nie mogę! Mnie skręca, a inne laski jak zahipnotyzowane. I na tych jego kumpli-indorów też.

Nie żeby ja zawsze była taka odporna na męską urodę. Jeszcze dwa lata temu sama bym się śliniła i cierpiała w milczeniu, z nadzieją szukając w wielkich niebieskich oczach Sewy Martynowa własnego odbicia, tak jak inne dziewczyny. Ale dzisiaj uwaga takich kolesi jak Malwin jest mi zupełnie zbędna. Życie dało Czyżykowi lekcję, jak kochać i boleśnie się sparzyć. Zapamiętałam to sobie raz na zawsze.

No i teraz Uljaszka się gapi, a koleś omiata wzrokiem bufet, jakby kogoś szukał albo podziwiał własną boskość w oczach innych.

Obawiam się, что na mojej ponurej twarzy wypisane były wszystkie moje myśli. Uznawszy, że nastroju i tak już nie da się bardziej popsuć, włożyłam dwa palce do ust i zademonstrowałam Uljanice odruch wymiotny. Takiego syfu w duszy nie czułam dawno.

— Co ty, Fań? — odzyskawszy przytomność, wierna przyjaciółka natychmiast zacisnęła usta. Zaczerwieniła się ze wstydu, gdy błękitne spojrzenie prześliznęło się po naszym stoliku i na chwilę się zatrzymało. — Malwin wcale nie jest „fu”! Jest mega przystojny! Tylko Leszek, ten gad, nie chce nas zapoznać. Tyle razy prosiłam, a on zawsze się wykręca.

— I bardzo dobrze robi — pochwaliłam mądrą decyzję Leszego. — Jako starszy brat wie najlepiej, na jakiego faceta zasługujesz. Wierz mi, to na pewno nie Malwin!

No i masz, Uljaszka znowu się obraziła. Uwielbiam ją, ale jeśli chodzi o kolesi, nasze gusty rozjeżdżają się całkowicie. Pluralizm opinii, niech go szlag trafi!

Chapter 2 / 60 · Page 1 of 2