Rozdział 2, część 1
Reading sample: chapter 3 of 19
Ostatnie zajęcia miałyśmy z Uljanką w różnych salach. Nie chciałam peszyć przyjaciółki, więc gdy tylko wykładowca skończył lekcję, wyszłam z budynku i pospieszyłam na przystanek. Wsiadłam do autobusu, przejechałam dwie przecznice i wysiadłam, by pieszo skierować się do kawiarni, w której pracowałam wieczorami. Moja zmiana zaczynała się za dwie godziny; zazwyczaj udawało mi się wpaść do domu i przebrać, ale dzisiaj poszłam prosto do kawiarni, licząc na to, że Timurowi dodatkowa para rąk nigdy nie zaszkodzi. A tam się zobaczy, co robić dalej i gdzie spać. Jak tylko wyprosimy ostatnich gości, przenocuję na ławeczce na zapleczu, o ile właściciel mnie nie pogoni. A jeśli pogoni, to trudno — jak wszyscy bezdomni powlokę się na dworzec. Przynajmniej przez wieczór zarobię na miejsce w poczekalni VIP. Ha, ha.
Pracowałam w sportowym barze „Marakana”, położonym w samym centrum miasta. Nazwano go tak na cześć najsłynniejszego stadionu piłkarskiego Brazylii i całej Ameryki Południowej, gdzie odbyło się wiele pamiętnych meczów i mistrzostw świata w historii sportu. Właściciel kawiarni — Timur, całkiem młody jeszcze chłopak, okazał się zagorzałym fanem futbolu. Przez rok pracy pod jego okiem, obsługując klientów podczas meczów i słuchając jednym uchem ich niezbyt trzeźwych rozmów, zdążyłam dowiedzieć się o piłce tak wiele (jak na zwykłą dziewczynę), że teraz z łatwością mogłam każdemu ciekawskiemu wyjaśnić, czym jest spalony. Na palcach, rzecz jasna, ale sam fakt się liczy!
Na pełny etat w kawiarni pracowało zmianowo dwóch kelnerów, kucharz (od lekkich przekąsek), barman, ochroniarz i pomywaczka. Zarabiali nieźle, bar cieszył się sporą popularnością wśród młodzieży i starszych ekip, a nikt nie godził się na powiększenie składu z miłości do własnych pieniędzy. Moim zadaniem jako biednej studentki było więc zapewnienie tym sknerom dodatkowej pary rąk. Kiedy trzeba było, obsługiwałam stoliki, zmywałam naczynia albo wycierałam blaty. Wszystko jedno, byle płacili. Właściciel rozliczał się w gotówce po każdej mojej półzmianie, co bardzo mi odpowiadało, więc starałam się przychodzić jak najczęściej.
Uljanka nie kłamała — do duńskiej księżniczki było mi jak stąd do księżyca, a trzy grosze zarobku do trzech groszy stypendium pozwalały mi czuć się niemal wolnym człowiekiem. Jak to mówiła Tosia Kislicyna w słynnym filmie „Dziewczęta”: „Chcę — jem chałwę, chcę — pierniki”? Otóż ani jednego, ani drugiego nie lubiłam, ale czekoladzie odmówić nie mogłam.
Stolik pierwszy. Drugi. Trzeci...
W kawiarni nie było zbyt wielu gości. Właśnie skończyłam obsługiwać młodą parę, gdy w kieszeni odezwał się telefon.
— Halo? — Dzwonił nieznany numer, tylko dlatego odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha.
— Cześć, Fań. To ja.
Głos był mi znajomy i od razu chciałam się rozłączyć. Chłopak to wyczuł, bo niemal wykrzyknął:
— Poczekaj, Anfisa! Proszę!
— Czego chcesz?
— Dawno ze sobą naprawdę nie rozmawialiśmy.
— I?
— Jadę w ten weekend do rodziców. Pojedźmy razem, co?
Co?! Szlag! Miałam ochotę zawyć: co za dzień! Na weekend na pewno zamierzałam jechać do rodziców. Jak to możliwe? Jak na złość! Tylko byłego mi brakowało w podróży! A jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że to mój sąsiad...
— Nie.
— No, Fań, przestań. Ile można się dąsać jak małe dziecko.
— Tyle, ile trzeba, tyle można.
— Przecież już rozmawialiśmy, słoneczko. Tyle razy ci tłumaczyłem, że związki w czasie studiów nic dla mnie nie znaczą! Pamiętasz, jak u hipisów? To czas wolności, mała! Nikt nikomu nic nie jest winien, żyje się tylko raz! Studia się skończą i znowu będziemy razem, obiecuję. Z łatwością przekreślę przeszłość.
Jakże nie chciałam z nim rozmawiać.