SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 3: Rozdział 2, część 1

Rozdział 2, część 1

Reading sample: chapter 3 of 19

— Mnie tam wszystko jedno — znaczą czy nie. Powtórzę ci, to nie problem: między nami dawno wszystko skończone. Twoje życie prywatne już mnie nie interesuje i w żaden sposób nie dotyczy. Odczep się, co?

Jak zawsze postanowił mnie obwinić. Nic nowego. Nawet jego głos zabrzmiał z urazą.

— Wszystko byłoby dobrze, Fańka, gdybyś nie przyjechała studiować na ten uniwersytet. Prosiłem cię, ostrzegałem. Kto ci bronił iść na studia do innego miasta, tak jak planowałaś? Pięć lat, tylko tego potrzebowałem!

Nikt nie bronił, bo byłam głupia. Chciałam zrobić swojemu chłopakowi niespodziankę. No i zrobiłam — samej sobie. Kto mógł przypuszczać, że tak głupio i brzydko, w jednej chwili, skończy się moja szkolna miłość. Marzyłam, że on się ucieszy, gdy dowie się, że dostałam się na jego uczelnię, a w rzeczywistości wyszło na odwrót. Nie tylko się nie ucieszył, ale nawet nie dał po sobie poznać, że zna „prowincjuszkę w niemodnej sukience”, gdy znalazłam go w towarzystwie takich samych jak on kumpli. Na kolanach trzymał obcą dziewczynę. Ładną. Do dziś pamiętam te niebotyczne szpilki, krótką spódniczkę i palce mojego faceta na jej nagim udzie. Pamiętam, przerwałam im wtedy namiętny pocałunek...

Dupek! Jak mogłam przez tyle lat coś do niego czuć?

Nie zamierzałam niczego wyjaśniać, a tym bardziej rozumieć. Jak odchodzisz — to odejdź. Wtedy odeszłam, choć nogi miałam jak z waty, a w piersi dławił mnie krzyk. Przez tydzień ryczałam jak bóbr, a potem nic, przeszło mi. Dzięki troskliwej opiece Matyldy Iwanowny, jej pouczającym historiom na motywach tureckich seriali i słodkim ciastom. I dzięki nauce. W końcu naprawdę przyjechałam tu po zawód, a nie po to, by łasić się do byłego jak zbity kundel. Zazdrosny kundel, którego dobry pan raz przywoła do ręki, a raz przegoni.

O, nie — to na pewno nie o mnie. Jak to powiedział Omar Chajjam: „Lepiej głodować, niż jeść byle co. Lepiej być samym, niż z byle kim”? Tak właśnie — to o mnie! Lepiej być samemu!

— Fań? To ja kupię bilety i poczekam na ciebie na dworcu? Bądź o szóstej. Akurat na ósmą będziemy w domu. Może gdzieś wyjdziemy? No nie mogę, Czyżyku, stęskniłem się...

Co-o?

— Spadaj! — wściekłam się nagle. Życie mi się sypie, a ten dzięcioł jeszcze mnie dobija. — Wsadź sobie te bilety wiesz gdzie! Stęsknił się, jasne! Nigdy więcej do mnie nie dzwoń, rozumiesz? Nigdy!

Rozłączyłam się, ale wcale nie poczułam się lżej.

Była już dziesiąta wieczorem, bar huczał w najlepsze, gdy przy stoliku obok okna usiadł Leszka. Akurat zdążyłam wszystko posprzątać.

— Cześć, Czyż — przywitał się, spoglądając czarnymi oczami spod tlenionej grzywki opadającej na czoło.

— No cześć.

Czasami Leszy z przyjaciółmi zaglądali do kawiarni, więc nie zdziwiłam się bardzo, widząc przed sobą brata przyjaciółki.

— Wszystko gra? — zapytał.

— Wszystko gra.

— To czemu w takim razie ryczysz?

— Zdawało ci się, Kim. — Wyprostowałam ramiona i schowałam ścierkę za plecy. Ocknąwszy się, zaczęłam z nową gorliwością polerować blat. — Zamawiasz coś? Czy będziesz mnie tak lustrować? Nie mam dziś nastroju na twoje gierki, więc sobie odpuść. I tak na mnie twoje triki nie działają.

Leszka uśmiechnął się. Oparł ręce na stole, zerknął na kolegów i przysunął się bliżej.

— Zauważyłem.

— To świetnie.

— Czemu ty zawsze musisz być taka kolczasta, Czyżyku? — zdziwił się, zaglądając mi w oczy. — Może chcę pomóc, a ty gryziesz. Uljanka opowiedziała o twojej biedzie. Jak chcesz, wbijaj do nas. Obiecuję, że nie będę cię molestował w nocy.

Jeszcze czego! Ale zamiast ciętej riposty, tylko żałośnie pociągnęłam nosem.

— Przecież wiesz, że nie pójdę.

— Fań — twarz chłopaka nagle spoważniała. Przestał przypominać tego złośliwego goblina, którym bywał na co dzień. — Serio nie masz gdzie spać?

Chapter 3 / 60 · Page 2 of 3