SOVABOO
Rozdział 12, część 1
POV Sokół
Ale tak to już jest. Kurwa mać! Zawsze tak było i nigdy nie czułem wstydu z powodu swoich pragnień. Wszystko mi jedno z kim, byle ciału było dobrze. Ładne dziewczyny, niezobowiązujące randki. Seks, seks i jeszcze raz seks. Ku obopólnej satysfakcji, krótko, bez zobowiązań, zawsze z chłodnym podejściem i na trzeźwo. Jedna Zaja, druga, trzecia… Zawsze znajdowały się same i pozwalały wybierać. Wszystko było jasne od samego początku, żadnych obietnic i uczuć. Dlaczego, do ciężkiej cholery, teraz miałoby być inaczej?!
Czyż… Anfisa Czyżyk… Fańka. Mój nieproszony lokator — krzykliwy ptaszek, który cudem trafił do mieszkania i w tydzień zmienił je w dom, do którego chce się wracać. Gdyby ktoś mi o tym powiedział miesiąc temu — nie uwierzyłbym. O tym, że będę z kimś dzielił lokum — nie uwierzyłbym. Ja ledwo znoszę obecność kumpli, a tu…
Ona nie poluje na Sokoła jak inne. Lekka i bezpośrednia dziewczyna, żyjąca w świecie innych wartości — dla kogoś takiego jak ja jest raczej przynętą, interesującą i żywą. Zdobycz na wyciągnięcie ręki, do której po prostu nie da się podejść, bo granice zostały jasno i wyraźnie wytyczone. Za nimi kończą się gierki i wzajemne przyjemności, tam można kogoś złamać. A co dalej? Czy ktoś taki jak ja zna odpowiedź?
Nie. Rozumiem wszystko, więc dlaczego, u diabła, wciąż myślę o tej, której wcześniej nie dostrzegałem? O ślicznym, zielonookim Czyżyku z delikatnymi ustami i szczerym uśmiechem? O smukłych kostkach i wąskich nadgarstkach, które tak migają spod piżamy, drażniąc mnie i złoszcząc? Dlaczego wczoraj tak obrzydła mi Lerka, gdy zobaczyłem ją obok Maksa? Obok siebie — gotową i czekającą na uwagę? Przecież jej chciałem, na pewno jej chciałem, a ona była gotowa iść…
Dlaczego odpowiedziałem „nie”, gdy Czyż zapytała, czy ma zostać, czy odejść? Można było załatwić to paroma słowami i zapomnieć. Wrócić do swojego dawnego życia sprzed pojawienia się dziewczyny. Można by, gdyby ciało już nią nie bolało, a ja sam wiedziałbym na sto procent, czego chcę, a czego nie. Gdybym nie widział strachu przed odrzuceniem w jej oczach. Gdybym nie patrzył na nią — śpiącą — każdego ranka, niechętnie przyznając przed sobą, że lubię ją widzieć. Podoba mi się widok jej długich włosów rozsypanych na poduszce i policzkach. Podoba mi się, kurwa mać! Tak samo jak to, że pachnie jak lalki bobasy i mój szampon, że rano chodzi na paluszkach, bojąc się mnie obudzić, że krząta się obok, lata z odkurzaczem albo wcina czekoladę z uśmiechem, wciąż podsuwając mi najlepsze kawałki. Nie dlatego, że chce mi się przypodobać, ale dlatego, że inaczej nie potrafi — zdążyłem ją już poznać.
Wczorajsza gra też jej nie wyszła. Z Czyżyka jest marna aktorka. Do ostatniej chwili byłem pewien, że pęknie, że wyzna niedosiorze prawdę o naszym układzie. Kiedy jednak nieśmiało do mnie lgnęła, ledwo trzymałem ręce przy sobie. Osłupiałem przez tę jej śmiałość i ostrożne muśnięcie warg. Ale i tak dałbym radę, powstrzymałbym się, gdyby nie jej dłoń czule gładząca mój policzek. Gorące spojrzenie zielonych oczu błyszczących w półmroku i słowa, które samą obietnicą wywróciły mi wnętrzności: „Mam nadzieję, że tej nocy to właśnie ja ci się przyśnię”.
Okrutne.
Mało nie zawyłem, chwytając dziewczynę i przygniatając ją sobą: „Czyż, ty i tak mi się śnisz co noc i to jest cholerna męka!”.
Spodobało jej się to, co stało się potem — mojej małej prowokatorce, choć stało się to niespodziewanie. Słyszałem, jak wali jej serce, kiedy dałem jej zaczerpnąć tchu. Obojgu nam się podobało. Co do mnie, o mało nie urwało mi filmu, tak bardzo zapragnąłem tej dziewczyny. Po raz pierwszy poczułem, jak to jest, gdy pożądanie łamie kości, zapiera dech i chcesz brać. Raz za razem, do syta, bo zapach i delikatność Czyżyka upajają, a smak bliskości jest dobrze znany. Gdybym nie bał się jej wystraszyć — wywaliłbym Ilonkę na zbity pysk i jej nie wypuścił.
Zresztą i tak nie potrafiłem jej puścić, czując palącą potrzebę czucia jej blisko siebie, skoro sama do mnie przyszła. Długo patrzyłem na nią w ciemności, wspominając obrazy ze snu, powstrzymując rękę, by nie dotknąć jej piersi i samemu się nie przytulić. Pytając siebie — czy naprawdę potrzebuję tej gry w nowe, nieznane mi wcześniej poczucie własności? W bycie jej facetem?
Nie znałem odpowiedzi, ale jedno wiedziałem na pewno: gdybym naprawdę był chłopakiem Czyżyka, byłaby teraz pod mną lub na mnie, a my na pewno bylibyśmy w mieszkaniu sami.
Pamiętam dokładnie, jak po wyproszeniu niedosiory wróciłem do łóżka i odsunąłem się od dziewczyny, chcąc wreszcie ochłonąć i zasnąć. Położyłem się na plecach z rękami pod głową, z twardym zamiarem wytrzeźwienia do rana z jej bliskości i smaku ust. A kiedy się obudziłem… Cholera! Co do prędkości, Czyż miała rację. Trzymając ją w ramionach, zdecydowanie nie miałem zamiaru hamować.
To wszystko głód. Przeklęty głód i niedopchnięcie. Zdaje się, że nie miałem seksu od cholernie dawna — odkąd Czyż obudziła się w moim mieszkaniu. Mam nadzieję, że dzisiejszy wieczór przywróci do życia dawnego Sokoła i uwolni mnie od głupich myśli, które wczoraj odciągnęły mnie od Lerki. Wszystko rozwiąże się szybko i prosto, tak jak zawsze.
Tak, zdecydowanie muszę skończyć ten wieczór tak, jak kończył się nieraz. Ale to później. Teraz obiecałem komuś spotkanie i zamierzałem dotrzymać słowa…
Zatrzymałem samochód na skrzyżowaniu i ciężko przetarłem twarz dłonią. Doczekawszy się sygnału do skrętu, wjechałem w alejkę, przemknąłem ulicą i zatrzymałem toyotę przed kutą bramą pięknej, piętrowej willi z czerwonej cegły, z ozdobnym portykiem i białymi kolumnami przy wejściu. Mniejsza niż u ojca, ale z wyglądu o wiele bardziej patetyczna. Nie dzwoniłem — wiedziałem, że Luka już na mnie czeka — ale otworzyłem chłopakowi drzwi. Ten natychmiast, wypadłszy z bramy z plecakiem na plecach, bez czapki, przemknął chodnikiem i wślizgnął się do środka, szczerząc zęby w bezczelnym, chłopięcym uśmiechu.
— Cześć! — sapnął radośnie, rzucając mi się na szyję, witając mnie tym samym pełnym uwielbienia wzrokiem, jakim powitał mnie pewnego razu sześć lat temu, gdy zobaczył mnie po raz pierwszy po powrocie matki z południowych Chin. Teraz brat miał dwanaście lat i nic się nie zmieniło.
Zresztą, ja też go kochałem.
— Artem, jak super, że przyjechałeś! Czekałem! Wyobraź sobie, Darszit kupił mi nowy odtwarzacz z wymiennym wzmacniaczem i ekstra słuchawkami. Chcesz, pokażę?! Dźwięk jest zajebisty, przysięgam, w takich jeszcze nie słuchałeś! Sam wybierałem!
Dzieciak zaczął grzebać w plecaku za prezentem od kolejnego gacha matki, ale ja już złapałem plecak i rzuciłem go na tylne siedzenie.
— Potem, Luka! Zapnij pasy — rozkazałem, wyjeżdżając na drogę i kierując się do centrum. Chciałem się stąd jak najszybciej zabrać.
— No, Artem, co ty? — obruszył się chłopak. — Przecież nie jestem mały…
Nie jest mały. Przez ostatni rok wybujał tak, że dorastał starszemu bratu prawie do ramienia, ale nie był jeszcze nastolatkiem.
— Co powiedziałem! I włóż czapkę. Gdzie matka patrzy?
Ona patrzyła w okno — wciąż jaskrawy cień na tak samo jaskrawym tle. No proszę. Starałem się nie myśleć o tym, jak dawno jej nie widziałem. Dzisiaj przepędzenie myśli o niej okazało się całkiem łatwe.
Luka nie dał się zbić z pantałyku. Posłusznie zatrzasnął pas bezpieczeństwa przy biodrze i powiedział ze śmiechem:
— Matka patrzy na Sandhira — kumpla Darszita. Gość jest z Bombaju i ma własną fabrykę farmaceutyczną. Do tego jacht i kupę kasy! On też będzie u nas kupował nową fabrykę, sama mi mówiła!
— Ciekawe… — ale ani trochę nie było to ciekawe. Wręcz przeciwnie — niedobrze mi się robiło, zupełnie jak od Lerki.
— A jeszcze powiedziała, że zrobiła się stara i ma już tego wszystkiego dość — wyznał nagle Luka. — Facetów też. Wiesz — nagle przycichł i westchnął całkiem po dorosłemu — ona pije, kiedy Darszit nie widzi. Raz nawet leżała na podłodze, a potem prosiła, żeby nikomu nie mówić.
To nie była nowość. A przynajmniej nie taka, która by mnie ogłuszyła. Jakieś pięć lat temu ojciec umieścił Alisę w prywatnej klinice и myślałem, że dała sobie radę.
— Artem — oczy brata, bardzo podobne do moich, spojrzały na mnie z nieśmiałą nadzieją. — Może powiesz mu, co? Boję się o nią.
Moje palce mocniej zacisnęły się na kierownicy.
Jemu. Człowiekowi, który dał bratu nazwisko, pomagał byłej żonie finansowo i na tym, w zasadzie, koniec. Byłem już wystarczająco dorosły, by pamiętać ich kłótnie z Alisą. Pamiętać, jak matka odchodziła — po prostu pewnego dnia znikała bez ostrzeżenia — a potem wracała. Zawsze skruszona, przysięgała miłość… przeklinała i znów znikała. Na miesiąc, na dwa, na lata… oduczając mnie płaczu i czekania. Tego nieskończenie długiego czekania i wypatrywania jej — mamy — w tłumie.
Pewnego dnia wróciła z nowiną o dziecku, znów pojawiła się na progu naszego domu, jeszcze piękniejsza i czulsza niż wcześniej, ale ojciec nie uwierzył. Ten prostolinijny niegdyś chłopak, Wasilij, po raz pierwszy nie przyjął swojej Alisy z powrotem. Spił się, rozbił samochód i trafił do szpitala z zawałem i złamanym barkiem. Bólem psychicznym i fizycznym ostatecznie przekreślił przeszłość.
A ja? Czy wierzyłem wtedy i czy wierzę teraz, że ten bystry, dzieciak o przenikliwym spojrzeniu — wierna kopia swojej matki — to syn mojego ojca?
Myślałem o tym nieraz, ale zawsze, patrząc na Lukę, rozumiałem, że gówno mnie to obchodzi. Gdy tylko zobaczyłem brata — wybory rodziców i ich życie przestały mieć znaczenie. Alisa zdołała mnie „kupić”, dając dzieciakowi imię mojego najlepszego przyjaciela, który zginął w dzieciństwie na moich oczach. I tego też nie mogłem jej wybaczyć.
— Jemu? Luka, może zaczniesz go w końcu nazywać ojcem? Co za różnica, do cholery, skoro za ciebie płaci? To nie jest taki zły gość…
— Nie. — Mały uparcie zacisnął usta i odwrócił się. — No i co z tego, nie prosiłem go o to! Ty też nie nazywasz Alisy matką. Nigdy, nawet przy mnie. Więc ja też nie będę.
— Dobra, powiem mu. — Wjechałem na aleję i skierowałem się do McDonalda. Raz w miesiącu, czasem częściej, jedliśmy razem obiad w jakiejś knajpie, a potem szliśmy na spacer albo do kina. To było najmniej, co mogłem dać Luce jako starszy brat, a on zawsze wyczekiwał tych spotkań. — To ona kazała ci mi o tym powiedzieć, prawda? — Nietrudno było zgadnąć. Luka był zbyt mały i ufny na intrygi Alisy.
Po krótkim spojrzeniu na jego zaczerwienione policzki zrozumiałem, że trafiłem w dziesiątkę.
— Dobra, powiem — powtórzyłem. — Ale nie licz za bardzo na pomoc ojca, Luka. Zamierza się żenić ze swoją Susanną, więc wątpię, żeby obchodził go los Alisy.
— Niedobrze.
— A co z tym waszym… Darszitem? — zapytałem, gdy dzieciak znów westchnął. — Ślepy jest czy co? Powiedz mu, może pomoże?
— Darszit to Hindus. Nie mogę, Artem. Mama mówi, że jak on się dowie, to natychmiast ją rzuci. I tak nie chce się z nią ożenić, choć obiecywał. Do tego ona myśli, że on ma u siebie w kraju rodzinę. Bo wujek Darszit robi się strasznie nerwowy, jak ona pyta o ślub. A mnie się wydaje, że to dlatego, że on mamy nie kocha. Tak naprawdę. Bo inaczej po co ona miałaby pić, a on odchodzić, no nie?
— Dużo ty rozumiesz, młody. W życiu bywa różnie.
Wyglądało na to, że zbiłem brata z tropu. Teraz, gdy Czyżyk wciąż nie wychodziła mi z głowy, a ciało pamiętało jej ciepło, kompletnie nie miałem ochoty myśleć o matce. Ale dzieciak patrzył ponuro na drogę i czułem, że potrzebuje tej rozmowy. Chce z kimś o niej pogadać.
Kto, jak nie ja, mógł go zrozumieć.
— Nie wiem. Wydaje mi się po prostu, że to nie w porządku. Artem?
Oczy brata znów patrzyły na mnie z uwielbieniem. Słowo daję, gdyby Luka był szczeniakiem, merdałby teraz ogonem i strzygł uszami. Uśmiechnąłem się do niego półgębkiem, pilnując drogi.
— No co jeszcze, skaranie boskie? Znowu coś wymyśliłeś?
— Aha! — chłopak skinął głową, wychylając się w moją stronę. — Zamieszkajmy razem! Tylko ty i ja! Wyobraź sobie, jak byłoby super!
— Nie.
— No, Artem! — brat wczepił się w mój rękaw i zaczął szarpać. — No weź! Będziemy ile wlezie grać w Dark Souls i tłuc zombie! Przecież wiem, że lubisz! — złożył palce w pistolet i zaczął „strzelać” do samochodów: — Albo grać w strzelanki! Pach! Pach! Grałeś już w najnowszego Battlefielda? Widziałeś te czołgi? Powiedz, że czad!
— Nie.
— A ja i tak do ciebie ucieknę!
— Tylko spróbuj, Luka! Nie jestem Darszitem. Przetrzepię ci skórę i wywalę na ulicę.
— Kłamiesz!
— To sprawdź!
Luka obraził się i odwrócił. Zaczął sapać nosem w szybę, dłubiąc palcem w szarym plastiku deski rozdzielczej. Ta rozmowa powtarzała się nieraz, ale z jakiegoś powodu właśnie dzisiaj postanowiłem odpowiedzieć bratu szczerze:
— Myślę, że Alisa cię potrzebuje. O to w tym wszystkim chodzi.
Chłopak natychmiast się odwrócił, zapominając o urazie. Zamrugał niedowierzająco długimi rzęsami.
— A ty?
Nic nie odpowiedziałem, prowadząc auto, więc zapytał ponownie:
— Artem, przecież ty z nią nie mieszkałeś, skąd możesz wiedzieć, kogo ona potrzebuje, a kogo nie?
— Jak to nie. Mieszkałem. Dawno temu. Ale byłem okropnym dzieckiem — wrednym i nieposłusznym. Takim zawsze trafiają się ojcowie i lanie pasem. Ty, Luka, jesteś inny. Alisa cię kocha.
— Znowu kłamiesz! Jakbym wciąż był mały i miał to łyknąć! Kiedyś na pewno mi wszystko opowiesz, słyszysz?!
Wzruszyłem ramieniem, zatrzymując samochód na parkingu pod McDonaldem. Kiedyś, być może, opowiem.
— Wysiadaj, młody! — wyszczerzyłem zęby, korzystając z prawa starszego brata. — Aleś się rozdarł.
— I czapki nie włożę, nie proś! Ty sam jesteś bez czapki, a ja co — gorszy?
Musiałem jednak dać „gorszemu” kuksańca w potylicę i targać go za ucho. Dopadłem go na parkingu, złapałem ze śmiechem w ramiona, wyciągnąłem czapkę z kieszeni i naciągnąłem mu na nos. A potem — musiałem odpierać ataki śnieżkami, które leciały mi w plecy.
— Chodź już jeść tego swojego Big Maca, mikrusie! — łatwo złapałem roześmianego chłopaka za kaptur i przyciągnąłem do drzwi restauracji. Otrzepałem mu ręce ze śniegu. — Bo się doigrasz! Odwiozę cię z powrotem do tego twojego Darszita!
— Nie odwieziesz! Zaklepuję dwa! I Shake’a z McFlurry! I w ogóle, Artem, obiecałeś, że idziemy do kina. Weźmiemy bilety w ostatnim rzędzie?
— Co?! Dorośnij najpierw do ostatniego…