SOVABOO
Rozdział 12, część 2
Kiedy przywiozłem Lukę — matka wyszła przed bramę i patrzyła, jak brat niechętnie wysiada z samochodu jej naprzeciw. Nie czekałem na to, czy podejdzie, czy zawoła swojego starszego syna. Jak zawsze wysadziłem dzieciaka i odjechałem, ruszając z kopyta. Ale dzisiaj nie myślałem o niej tak jak dawniej. Nie czułem, że zostaję sam. Zapomniałem o niej natychmiast, gdy tylko odjechałem spod domu z białym portykiem i kolumnami. Po raz pierwszy dotknięcie jej życia mnie nie zabolało.
Nie wracałem do domu. Było już około siódmej wieczorem, resztę dnia spędziliśmy z Luką w salonie gier, a chłopaki czekali już w barze i dobijali się telefonami. Zarezerwowali stolik w „Marakanie”, zamierzając wspólnie obejrzeć mistrzostwa bokserskie, pograć w bilard i w ogóle pożytecznie spędzić czas.
Nie wiedziałem, czy Czyż pojedzie do domu, czy zostanie w moim mieszkaniu, czy wyjdzie do pracy u Timura, ale kiedy zobaczyłem ją w barze — gdy wyłoniła się z kuchni z wielką, pełną przekąsek tacą w rękach, nieco rozczochrana od sobotniego biegania — uznałem, że tak jest nawet lepiej. Tak, lepiej mieć Czyżyka przed oczami w polu mojego zwyczajnego świata, żeby wyrzucić ją z głowy. Ma rację: wszystko mi jedno z kim, a nawet wszystko jedno gdzie. Dobrze pamiętałem, po co tu przyszedłem i jak zamierzałem skończyć ten wieczór. I w tych planach nie było miejsca na zielonooką dziewczynę z pytaniem „A co z miłością?”, tak jak nie było miejsca na durne lalki i piżamę w myszy w moim świecie. Tylko kumple, futbol, alkohol z umiarem i seks.
Ekipa ulokowała się w głębi baru, przy jednym ze stołów bilardowych. Nawet w tłumie gości bez trudu wypatrzyłem Sewę, Leszka i Maksa. Ci dwaj ostatni właśnie rozgrywali partię w „Amerykankę”, potrącając się i jak zwykle wygłupiając. I choć na dziewczyny nie przyszedł jeszcze czas, Maks już się nie nudził, rozglądając się na boki.
— Oba-na! Ptaszyna nadleciała! Chodź do nas, Sokół! Tutaj! — zawołał mnie, przegapiając moment, w którym Leszy uderzył kijem w bilę, a ta, przeszedłszy przez linię środkową stołu, dotknęła przeciwległej krótkiej bandy i miękko wpadła do łuzy.
— Jest! Druga moja! — ogłosił radośnie.
Podszedłem do przyjaciół i uścisnąłem wyciągniętą dłoń Martynowa.
— Cześć, Sokół. Późno jesteś.
— Która to partia?
— Rozgrywamy już szóstą. — Sewa skinął głową w stronę chłopaków. — Czujesz, kto dzisiaj znowu będzie stawiać kolejkę? — zapytał, przeczesując palcami włosy i odgarniając z czoła długą grzywkę. — Co tu kryć, Titow nie ma farta — zaśmiał się. — Polerowanie kija to nie to samo co wyrywanie lasek. Tu trzeba wprawy.
— Dokładnie! — odparował ochoczo Leszy i zarehotał, opierając kij na dłoni, przymierzając się do kolejnego uderzenia. Niewiele myśląc, podszedłem bliżej i klepnąłem kumpla w ramię. — Artem, kurwa mać! — usłyszałem w odpowiedzi oburzony głos. — Po jakiego…
Ale obaj wiedzieliśmy „po jakiego” i dlaczego nie mogłem milczeć.
— Leszy, ty cwaniaku! Przestań topić Maksa, widziałem, to było zagranie defensywne.
Jeśli Leszy miał sumienie, to spało ono snem kamiennym. Zresztą jak zawsze.
Kim zrobił niewinną minę, błysnął czarnymi oczami i podrapał się w potylicę.
— Serio?
— Na bank. Sewa jest świadkiem. Więc daj człowiekowi normalnie się odegrać, jeśli nie chcesz sam oberwać po bilach.
— A niech się nie gapi na boki! Co za typ!
Ale Maks i tak przegrał tę partię, a ja i Malwin stanęliśmy przy stole. Rozbiliśmy piramidę i rozegraliśmy „Amerykankę” na remis. Potem kolejną.
— Chłopaki, zmówiliście się czy co? — obruszył się Leszka, obracając w palcach pusty kieliszek. — Zaraz mi szczęka zdrętwieje z nudów! Grajcie już na zwycięzcę, do jasnej ciasnej! Czy ja tu przyszedłem ziewać? Kto płaci dalej?
Oparłem lewą dłoń na suknie, uniosłem łokieć i pochyliłem się nad kijem, zadzierając podbródek… Wycelowałem… Nie nawykłem do płacenia, a do przegrywania tym bardziej. A już zwłaszcza z Malwinem… Jeśli chodziło o gry hazardowe czy dziewczyny, Sewie nigdy nie udawało się mnie obejść. Uśmiech sam wypłynął mi na twarz — cieszyłem się na partię o zwycięstwo i darmowe piwo… ale uśmiech zgasł natychmiast, gdy tylko na drugim końcu baru mignęła mi smukła sylwetka Czyżyka. Wzrok sam odnalazł dziewczynę z długimi włosami związanymi w kucyk, która zatrzymała się z bloczkiem zamówień przy stoliku obcych facetów. Zahaczył o palce jednego z nich, które spoczęły na jej białej koszuli i ścisnęły ramię…
— Cholera! — Kij ślizgnął się po suknie, uderzając w próżnię i odganiając bilę, a ja wyprostowałem się, czując, jak napinają mi się mięśnie pleców.
Czyż grzecznie zdjęła z siebie cudzą rękę i odsunęła się, wciąż przyjmując zamówienie. Jasnowłosy nieznajomy, potrząsając grubym karkiem, ze śmiechem odwrócił się do kolegów.
— Sewa, niech ja skonam! — odezwał się Leszka gdzieś obok. — Widziałeś, jak pięknie Sokół spudłował? Dawaj, stary, załatw Temycza i przysięgam, że sam wytrzęsę z niego kasę!… Ej, Malwin, na kogo ty się tam gapisz?
Martynow najwyraźniej też się zdekoncentrował i nie widział mojego pudła. Podnosząc na niego wzrok, z wahaniem przekazałem mu kij, zerkając przez ramię.
— Dziewczyny weszły do baru — Sewa skinął głową w stronę wejścia. — Ładne. Z jedną z nich chyba już kiedyś byłem, ale nie pamiętam dokładnie. Maks, znasz je? Nie chciałbym teraz zbędnych scen…
Oparł kij na palcach, pochylił się nad stołem i przymierzył do uderzenia… Bila ze stukotem uderzyła w bandę, mijając łuzę.
— Cholera! — zaklął z kolei Malwin, rzucając kij na stół. — To nie jest nasz dzień, Sokół — zaśmiał się, patrząc na mnie. — Proponuję remis! Zrzucamy się razem! Co ty na to?
Uścisnąłem wyciągniętą dłoń.
— Zgoda.
— Zgoda?! Co z wami, chłopaki? — zdumiał się Maks. — Sokół, nie poznaję cię. Od kiedy ty się zgadzasz na rozejm? No dziewczyny, no znajome… Sewa, kurwa mać! Biją — uciekaj, dają — bierz! Jakie, do cholery, „kiedyś”? Nie pamiętam, żebyś się kiedykolwiek przejmował laskami! A co do koleżanek — mniejsza o to, czy my je znamy, ważne, że one znają nas, jasne? Najważniejsze, że to obiecuje nam wszystkim niezły wieczór, reszta to pikuś! Jakie sceny? Sam tu zagram Otella w dwóch aktach, jeśli trzeba! Tylko pokaż mi, kogo mam dusić.
— Dobra, Maks, nie nakręcaj się — Leszka objął kumpla za ramiona, ciągnąc go w stronę naszego stałego stolika. Odwrócił się, wskazując kciukiem w stronę baru. — My i tak jesteśmy wygrani! A te luzery niech stawiają kolejkę i coś do jedzenia. Nie wiem jak ty, ale ja jestem cholernie głodny.
— Zgadzam się!
Przy oświetlonym barze siedziało już mnóstwo ludzi, lokal „Marakany” stopniowo zapełniał się stałymi bywalcami. Czyż kręciła się przy ciemnowłosym barmanie — barczystym gościu z wytatuowanym ramieniem — zgarniając szklanki i roznosząc je do stolików. Wciąż nie mogłem oderwać od niej wzroku. Coś w tym splocie zdarzeń zdecydowanie mi się nie podobało. Tylko co…
Śledziłem wzrokiem, jak dziewczyna podchodzi do paczki jasnowłosego i zatrzymuje się, przyjmując zamówienie.
— Dobra, zaraz wracam… — już miałem ruszyć w stronę baru, ale Martynow mnie ubiegł, chwytając za łokieć i klepiąc po plecach.
— Sam przyniosę wszystkim pić, Artem. Ty lepiej złap tamtą kelnerkę — skinął głową w stronę przebiegającej obok biuściastej brunetki w krótkiej spódniczce — niech w końcu obsłuży naszą dwójkę szczęściarzy. Co ci wziąć?
— Wódkę z tonikiem.
— Piwo?
— Dzisiaj nie. Nie lubię, przecież wiesz.
— Jak chcesz. Czyli dla chłopaków po jednym i zaraz powtórka?
— Pasuje.
Café-bar „Marakana” był znany w mieście jako miejsce spotkań kibiców. Nie tylko fanów futbolu, ale w ogóle miłośników męskich sportów. Dzisiaj wszyscy czekali na boks i ja nie byłem wyjątkiem, choć przez treningi bywałem tu rzadziej niż kumple. Ale znałem to miejsce od dawna i lubiłem je — za atmosferę i dobre towarzystwo, za to, że zawsze mogłem tu dostać to, czego chciałem. Lubiłem je. Do teraz. Dzisiaj, nie wiedzieć czemu, czułem w sobie narastającą irytację.
— Sokół, cześć!
— Artem, siema!
Mój wzrok odnalazł znajome twarze, uniosłem rękę w krótkim powitaniu. Dawno przywykłem do tego, że obok zawsze znajdował się ktoś, kto mnie zna.
— Cześć.
Wszystkie stoliki w sali były zajęte, kelnerkę udało się złapać nie od razu. Podała menu, zapisała zamówienie i uciekła, zostawiając Maksa gapiącego się za nią z tęsknotą, a Leszka zmuszając do gwizdnięcia pod nosem.
— Ale bufory! Chłopaki, widzieliście, jak ładnie rozpięła guzik? Niech żyje rozmiar porno w gastronomii! Gorąca sztuka!
— Stara się o napiwki. Myślę, że na zapleczu jest gorąco, to się biedna spociła. Ale z taką też bym chętnie co nieco spróbował — Maks zarehotał i trącił mnie ramieniem. — Sokół, co tak milczysz?
Nie było o czym gadać. Kelnerki nawet nie zauważyłem, tak samo jak jej „buforów”. W tej chwili obserwowałem, jak Martynow idzie wzdłuż baru, mija siedzących przy ladzie ludzi i zatrzymuje się za plecami Czyżyka. Pochylił się nad dziewczyną, coś powiedział, zmuszając ją do odwrócenia się — pewnie zapytał o drinki. Kelnerów brakowało, a Czyżyk wyglądała na wyraźnie rozkojarzoną i zmęczoną. Skinęła głową, już miała odchodzić, ale Sewa zatrzymał ją, łapiąc za nadgarstek.
Przełknąłem ślinę, nagle zdając sobie sprawę, że w pomieszczeniu zrobiło się duszno.
Maks, śledząc mój wzrok, zmarszczył brwi.
— No właśnie o tym mówię, Temycz. Coś Sewa nie kwapi się z powrotem do kumpli z alkoholem. Wydaje mi się, czy on podrywa tę małą, wystawiając naszą cierpliwość na próbę? Patrz, jak nadstawił uszu. Od kiedy to interesują go „domowe” dziewczynki, co? — zauważył zdziwiony.
Patrzyłem, jak Czyż wchodzi za ladę do barmana, zdejmuje szklanki z uchwytu i zaczyna nalewać drinki. Gdy skończyła, ustawiła je przed Martynowem w rzędzie. Wymieszała dla mnie koktajl i postawiła obok…
— A tobie co do tego, Titow? — złośliwie odezwał się Leszka. — Zazdrościsz, że to nie ty „oblatasz” ten towar? Sewa to u nas mistrz robienia wrażenia, nie to co ty. Tak nawija makaron na uszy, że mucha nie siada.
— Pilnuj własnego interesu, Kim. Przynajmniej jestem szczery. Nie opowiadam każdej drugiej po tym, jak ją przeleciałem, że mam w domu dziewczynę i jak to za nią tęsknię. Ale ta mała chyba nie jest w ciemię bita. Widziałem ją na unwerku z twoją siostrą. Myślisz, że się da złapać?
Dalej obserwowałem Czyżyka. Drinki stały, ale Sewa nie spieszył się z odejściem.
— Dokładnie, Anfisa Czyżyk. Normalna dziewczyna, nie z tych na jeden raz. Nie przypominam sobie, żebym widział ją z kimś — Leszka zaśmiał się krótko. — Znając podejście Ulki do takich typów jak ja i Martynow — wątpię. Ale Sewa to zdolny chłopak, swego nie puści. Zresztą, lojalnie go ostrzegłem co do siostry i jej kumpeli, żeby nie robił sobie nadziei. Powiedziałem, że wkroczę do akcji.
— Wolałbym, żeby twoja Ulka na moim punkcie szalała — westchnął Maks. — Może bym się zmienił na lepsze.
— Lepiej by było, gdybyś się zamknął, Titow. Ona cię nie trawi jeszcze od czasów szkoły, chyba ci mówiłem.
— Mało ty, Leszy, rozumiesz. Dziewczyny są nieprzewidywalne jak moje życie: dzisiaj nie trawi, a jutro — kocham nad życie. Wszystko się zmienia, starszy bracie, i kiedyś będziesz musiał się z tym pogodzić. Fakt.
— Kiedyś — być może. Ale jeśli to będziesz ty — wykastruję cię! Bez urazy! Sokół jest świadkiem.
Nawet nie spojrzałem na przyjaciół, nie włączyłem się w utarczkę. Do takich spięć wszyscy dawno przywykli.
— To co, Sewa sępi tam na kasę? — rzucił domysł Maks. — Myślisz, że targuje się o zniżkę?
— Na bank. Ty też byś sępił, gdybyś teraz stawiał. Także żadnych „domowych” dziewczynek w nocnych barach, tylko chlanie i boks. A tam — jak karta pójdzie. A propos, co z tymi waszymi wspólnymi znajomymi? Kogo on tam zobaczył przy wejściu?
Czyż odwróciła się i wyszła zza lady, zostawiając Martynowa przy stoliku z dziewczynami, które do niego podeszły. Ktoś z sali zawołał dziewczynę, a ona z przejętą miną przeszła obok. Tylko na sekundę, jak mi się zdawało, potknęła się w kroku, zauważywszy mnie.
— No i tyle — rzucił Leszka, obserwując przyjaciela. — Trzy piwa i jeden Long Island. No to po jakiego chuja on tam sterczy? Sewa, kurwa mać, ruszaj się tutaj! — zawołał kumpla, machając ręką. Odwrócił się do wracającego Czyżyka: — Anfisa, cześć!
— Cześć, Lesz…
Na mnie nie spojrzała, jakbyśmy się nie znali. Ale nie tylko ja odprowadzałem ją wzrokiem. — A jednak dziewczyna jest niezła — mruknął Maks, opierając się o wysokie oparcie krzesła. — Wszystko na miejscu i tyłek niczego sobie. Chętnie bym się do takiej raz przytulił.
Sam nie zauważyłem, kiedy złapałem go za kołnierz i szarpnąłem do siebie. Titowowi ze zdumienia brwi wystrzeliły w górę.
— Sokół? Przebrałeś miarę?! Albo za mało wypiłeś?! A może ci ciśnienie skoczyło? Po jakiego…
Zamarłem, a on gwałtownym ruchem zrzucił moje palce.
— …chuja, stary?
Nasze spojrzenia się spotkały. Gdybym sam wiedział. Nie było odpowiedzi, ale pięść uparcie nie chciała się rozluźnić.
— Sokół, wystarczy — ocenił mój wybuch po swojemu Leszka, zrywając się z krzesła i stając między nami. — Tak, to ta dziewczyna — Fańka! Ale przecież już ci wyjaśniłem — z twoim mieszkaniem to był przypadek! Sorki! Przysięgam, Maks nie ma pojęcia!
— Leszy, o czymś nie wiem? — natychmiast odezwał się Titow. I w takim wydaniu też go znałem — już bez śladu humoru w głosie.
— Tak. Potem ci wyjaśnię.
— Wódka z tonikiem — powiedziałem w końcu, zmuszając się do opuszczenia ręki, ale patrząc na przyjaciół prosto w oczy. Wystarczyła sekunda, by moje ciało zaczęło drżeć z napięcia, a ja próbowałem okiełznać wybuch gniewu.
— Co? — zapytał Leszy.
— Trzy piwa i wódka z tonikiem. Sewa! — krzyknąłem do odwracającego się Martynowa. — Ruszaj tłoki! I te dwie koleżanki, co są z tobą, bierz tutaj! Kurwa! — wybuchnąłem, odwracając się tyłem do sali. — Kurwa!