SOVABOO

Rozdział 13, część 3

Na krześle przy sąsiedniej ścianie poruszył się jasnowłosy byczysko. Gdy tylko spojrzałam na drugiego zatrzymanego, od razu rozpoznałam w nim faceta z baru, który podrywał mnie tego wieczoru. Chamsko podrywał. Ostatnim razem, gdy podeszłam do jego stolika, rzucił sprośny żart pod moim adresem i złapał za spódnicę, rzucając obrzydliwy komplement o zgrabnych nogach. Musiałam poważnie zagrozić chamowi, że poskarżę się ochronie, i uciekłam na zaplecze szukać zaginionego Romki.

Tak, od razu poznałam prześladowcę, mimo że twarz blondyna była wyraźnie opuchnięta, a z nosa i rozbitych warg ciekła krew. Ale jak oni mogli się przeciąć z Sokolskim, skoro w barze było tylu ludzi? I po co, skoro blondynka cały czas kręciła się przy Artemie?

— Słuchaj, wybacz — odezwał się byczak, zwracając się do Sokoła. — No nie wiedziałem, że ona jest twoją laską. To znaczy żoną. Do tego jeszcze ten… — blondyn zatoczył ręką koło wokół brzucha — przy nadziei. Nigdy bym! Ale ty też jesteś dobry. Kto normalny każe żonie w ciąży pracować w barze pełnym pijanej hołoty? Co z ciebie za facet…

Daję słowo, nie zdążyłam mrugnąć, a Sokół już dopadł blondyna, szarpnął go za fraki i przycisnął do ściany.

— Lepiej się zamknij! — ryknął, aż mu żyły na szyi wyszły. — Zamknij się, jeśli nie chcesz zdechnąć! Gówno mnie to obchodzi, mogę nawet pójść siedzieć, jasne?!

Tylko przodownik Diudenko zapytał spokojnie:

— Wciąż nie rozumiem. Wycofujemy roszczenia? Są skargi na siebie nawzajem?

— Nie — pokręcił głową byczak. — Nie, panie komendancie. Zaszło nieporozumienie! Jestem gotów postawić kolejkę… to znaczy zapłacić karę na rzecz gminy! Przepraszam panią — odwrócił się do mnie. — I ty, stary, też wybacz…

 

— Więc... żona?

Staliśmy z Sokolskim na schodach przed komisariatem i oboje patrzyliśmy na drogę. Zaledwie kilka sekund temu za naszymi plecami zatrzasnęły się ciężkie, pancerne drzwi, zostawiając nas samych z zimową nocą. W jasnym świetle latarni wirowały płatki śniegu, połyskując mroźnymi krawędziami… Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, co powiedzieć, obserwując, jak miękko osiadają na szerokich ramionach chłopaka.

— Wystarczyło spędzić z tobą jedną noc w objęciach, Czyżyk, żebyś uzurpowała sobie do mnie pełne prawa. Sam sobie nie wierzę.

Westchnęłam: jakbym ja wierzyła. Dobrze chociaż, że nie pyta, po co w ogóle przyszłam. I nie krzyczy. Stoi z rękami w kieszeniach spodni, oddycha głęboko i w sumie nie wygląda na złego, raczej na... zagubionego?

— Przecież to nie specjalnie, Artem — mruknęłam winnie. — Przypadek. Obcej osobie nie pozwoliliby wejść, przodownik zapytał, więc powiedziałam, że mieszkamy razem. No a on… cóż, sam się domyślił reszty.

— I o dziecku też się sam domyślił? — prychnął Sokół.

— Jeszcze nie! — zaprotestowałam, mając na myśli, że wąsacz mówił tylko o „stanie błogosławionym”, a nie o samym dziecku.

— Jeszcze?! — chłopak zszedł o stopień niżej i odwrócił się do mnie, zdumiony odpowiedzią.

— To znaczy, nie to chciałam powiedzieć! To znaczy… wszystko nie tak!

Artem nagle wybuchnął śmiechem. Głośno i od serca. Było zimno, z ust szła para, ale on się śmiał. Tak ładnie, że aż się wsłuchałam. Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie tego, że usłyszę u Sokoła taki szczery śmiech.

— Co cię tak bawi, Sokolski? — spytałam ostrożnie, speszyła się.

— A nic! — podszedł nagle bliżej, wpatrując się w moją twarz. Uniósł ciemne rzęsy, tak uważnie lustrując mnie w świetle latarni swoim szarym spojrzeniem, jakby widział mnie pierwszy raz. — Czyżyk, co się dzieje? — zapytał cicho. — Co się ze mną dzieje? Czym zasłużyłem na takie szczęście jak ty? Skąd tyś mi się urwała i dlaczego o nikim innym nie potrafię myśleć?! Taka wielkooka, w durnej piżamie w myszy?

I weź się tu obraź. Rzeczywiście się urwałam. A jednak w gardle mnie zadrapało. Biegnę za nim o północy przez miasto, szukam po komisariatach, a on mnie wyzywa od „szczęścia”. Jeszcze niech to w cudzysłów weźmie. Lepiej by sam ruszył głową, z kim się zadawać, a z kim nie.

— Normalna piżama, lubię ją — odparłam nadąsana. — Z Gordiejewska się urwałam, sam wiesz. Nawet z mamą zdążyłeś się zapoznać. I nie opowiadaj mi bajek, Sokolski! Widziałam dziś w barze, jak to o nikim nie myślałeś. Twoja blondynka, nawiasem mówiąc, była bardzo niepocieszona, kiedy zniknąłeś.

— Nie jest moja, nie zmyślaj, Czyżyk. Nawet nie pamiętam jej twarzy.

— Nieważne. Twoją na pewno zapamiętała. W ogóle, po co ci przyszło do głowy się bić? Po co zaczepiłeś tego byka? Siedziałbyś spokojnie i tyle! Piłbyś sobie drinka z kumplami! A gdyby cię okaleczył?

— Śmieszna jesteś, Czyżyk… — Artem uśmiechał się, a mnie wcale nie było do śmiechu. No i co z tego, że na twarzy nie widać śladów bójki, nie zawsze ma się takie szczęście!

— No to się śmiej — trochę się rozzłościłam. — Dobrze ci to wychodzi! Zresztą nie żartuję, Sokolski — dziewczynom się spodoba. Jedna chmara łaziła za tobą krok w krok, a teraz będą dwie! Będziesz przebierał jak sułtan — Oli nie chcę, Nataszę chcę! W ogóle nie rozumiem: dlaczego w domu jesteś spokojny, a przy ludziach jak materiał wybuchowy? — wróciłam do tematu dzisiejszej nocy, odwijając szalik z szyi. — Chciałoby się wszystkim udowadniać, że jest inaczej! A gdyby mi nie uwierzyli i cię nie wypuścili? A gdyby twój ojciec się dowiedział? Sam mówiłeś, że ma chore serce. A ty tutaj, na dołku! Taki dumny i taki głupi! „Mogę nawet iść siedzieć”, patrzcie go!

W końcu do Sokoła dotarło, zmarszczył brwi. Wydusił, nie wierząc własnym uszom:

— Co?

— To, co słyszałeś!

Sięgając rękami do chłopaka, owinęłam szalik wokół jego gołej, upartej szyi. No jasne, w koszuli brakuje guzików. Zakała!

— Jeszcze do tego rozebrany! I jak my teraz wrócimy do domu?

Sokolski natychmiast odwiesił szalik i oddał mi go, błyskając oczami.

— A ty koniecznie musisz pracować w miejscu, gdzie każdy idiota może cię złapać za ramię i coś proponować? Widziałaś, która godzina, Czyżyk? Dlaczego jeszcze nie jesteś w domu?! Czy może lubisz, jak cię szarpią za spódnicę? Chodzenie samej po nocach — to też lubisz?!

— Słucham? — aż mnie zatkało. Na co on teraz zasugerował?

— Nie, nie lubię — odparłam równie gniewnym spojrzeniem, schodząc ze schodka. Uniosłam dumnie podbródek. — Wcale mi się to nie podoba. Ale moi rodzice, żebyś wiedział, oprócz mnie mają jeszcze dwie młodsze córki i syna. Mają dość trosk i bez moich studiów. A ja kocham słodycze, żyć bez nich nie mogę! A kiedy mam pracować, skoro się uczę? I gdzie? Myślisz, że łatwo znaleźć pracę na kilka godzin? I to taką, żeby płacili dniówkę? Poza tym, Sokolski, ty tu się mądrzysz, a ja wszystko, co dzisiaj zarobiłam razem z napiwkami, oddałam przodownikowi Diudence na poczet mandatu. Tylko dlatego, że jednemu kolesiowi zachciało się bić! I nie mam już pieniędzy. Więc nawet nie wiem, jak mamy się teraz dostać do domu!

— Nie zachciało się, tylko było za co! — upierał się Sokół. — I gdybyś ty, Czyżyk, naprawdę była moją żoną, do tego w ciąży, to bym ci tak przetrzepał skórę, żebyś nie biegała po komisariatach i barach! A tego blondyna bym zabił!

No co za uparciuch! Dlaczego wszyscy faceci myślą, że mają prawo decydować za swoje kobiety? Jeśli te kobiety są ich, oczywiście.

I co ja w ogóle mam z tym wspólnego?

— Nie pochlebiaj sobie, Sokolski. Gdybyś był moim mężem, to w ogóle figę byś siedział w barze, i to jeszcze w objęciach blondynki! Tylko na mnie byś patrzył i mnie podziwiał! Ale to przecież nie o tobie, prawda?.. Założysz ten szalik?! Ostatni raz pytam! — zacisnęłam usta, wyciągając do niego rękę. — Bo splunę i pójdę! Sam się będziesz leczył!

— Nie masz kasy i nie masz dokąd iść. A ja nigdy nie choruję.

— Jakbyś ty miał. Widziałam twoją kurtkę u Malwina.

— Kluczy do domu i auta nie mam, telefonu też nie, ale portfel mam. Wolę mieć pieniądze zawsze przy sobie.

Sokół wziął szalik i powoli owinął go wokół szyi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Rozejrzał się po drodze, nagle złapał mnie za dłoń i z krzykiem: „Wiejemy, Czyżyk!”, zerwał się do biegu.

— Oj!

W sumie nie miałam nic przeciwko. Dawno trzeba było tak zrobić! Ale wrzuciłam wyższy bieg dopiero, gdy zobaczyłam, że policyjne psy biegną za nami. I tak przybiegliśmy całkiem zgraną gromadką do głównej alei. Tam już dałam Sokolskiemu telefon, żeby wezwał taksówkę.

Dziwne, że głos mu z zimna nie drży, ja już dawno zamieniłabym się w sople lodu.

— Dyspozytorka odpowiedziała: najbliższa fura będzie za trzy-cztery minuty — oznajmił Artem, oddając telefon. — Więc czekamy. — Skulił ramiona, chowając ręce w kieszeniach, a brodę w szaliku.

Znów westchnęłam z politowaniem. Może naciągnąć mu moją czapkę? Żal patrzeć. Ale przecież nie założy takiej z futrzanym pomponem. A trzy minuty na mrozie to wieczność. Można nabawić się nie tylko anginy, ale i odmrożeń.

— Sokolski, tylko sobie nic nie myśl, dobra?

— Czego?

— No, że się przystawiam do ciebie czy coś. Po prostu boli mnie, jak na ciebie patrzę.

Rozpięłam puchówkę i podeszłam do Artema. Przywarłam do jego pleców, obejmując go pod klatką piersiową. Wtuliłam nos w rozpruty szew koszuli.

— Czyż, co ty wyrabiasz?

— Nic. Nie mogę patrzeć, jak marzniesz, i tyle. Bo tak w ogóle, to jesteś mi potrzebny, ty babiarzu, przez trzysta lat i…

— …i jeszcze trzy lata — westchnął Sokół, kończąc za mnie. — Pamiętam.

— Dokładnie!

— Dobra, nie będę się wyrywał — obiecał i odwracając się do drogi, położył swoje dłonie na moich.

Moment, nie rozumiem: kto kogo tu grzeje? I dlaczego on ma takie gorące dłonie?


Dyspozytorka nie pomyliła się w obliczeniach, w aucie było przyjemnie ciepło i dotarlibyśmy na ulicę Fiedosiejewa w mgnieniu oka, gdyby Sokół nie poprosił kierowcy o zatrzymanie się przy całodobowym supermarkecie.

— Przyhamuj tu na chwilkę, szefie.

— Zaraz wracam! Tylko kupię cukier! — rzucił mi przez ramię, otwierając drzwiczki, i zniknął w sklepie, zostawiając mnie zdezorientowaną.

Cukier? Jaki znowu cukier? O czym on mówi? Ale przypomniałam sobie wszystko dopiero wtedy, gdy byliśmy już w domu. Sokół poszedł ogrzać się pod gorącym prysznicem, a ja rozpakowałam torbę i znalazłam na dnie moje ulubione czekolady. Wspomniałam, co sama mówiłam Artemowi dzisiaj rano.

Szczerze mówiąc, chciałam tylko usiąść na łóżku. Posiedzieć przed telewizorem, aż herbata wystygnie. Nawet westchnęłam na myśl o tym, że dobrze byłoby się przebrać i wyciągnąć materac… a potem… a potem już nic nie pamiętam.