SOVABOO
Rozdział 13, część 2
O moim poranku w mieszkaniu Sokoła, po tym jak dał mi klucze, Leszka nie pytał, a ja nie kwapiłam się, by opowiadać mu, jak się między nami ułożyło. Wiedziałam tylko od Ulki, że naopowiadała bratu niestworzonych historii. Że niby mieszkam w akademiku, klepię biedę i basta, nie twój interes, Kim!
— I c-c-co teraz? — zapytałam, dzwoniąc zębami i przestępując z nogi na nogę (prawa-lewa, lewa-prawa). Mróz porządnie gryzł mnie w policzki, tyłek i wszystkie miękkie części ciała.
— A teraz obaj pojechali na dołek. Musieliśmy powiedzieć glinom, że to kark sprowokował bójkę. Sama rozumiesz, trudno się od razu dogadać. Nasze słowo przeciwko słowu kumpli blondyna. Na razie uwierzyli, a jutro będziemy myśleć dalej. Tak czy siak, Sokoła do rana nie wyciągną.
— Co za k-koszmar! — naprawdę się przeraziłam. Czyli nie bez powodu czułam, że coś jest nie tak. I co teraz robić?
— No leć już, Czyżyk! — nie wytrzymał Leszka. — Zmarzniesz! Sprawdzę tylko wóz Artema i też wchodzę do środka.
— Aha!
Pognałam do baru, wpadłam na salę i od razu do kuchni. Pokręciłam się przy panu Jerzym, wsadziłam ręce pod gorącą wodę i pociągnęłam łyk wrzącej herbaty z kubka kucharza. Przeprosiłam za chamstwo i pociągnęłam jeszcze raz na zapas. Wpadłam na zaplecze, w mig się przebrałam — wciągnęłam dżinsy, kozaki, czapkę, puchówkę i wiążąc szalik w locie, wpadłam do Timura po wypłatę. Wcisnęłam zarobione pieniądze do torebki, groźnie obiecując, że to ostatni raz tak pracuję, wypadłam na zewnątrz… i znów wpadłam w ręce Leszego.
Wyglądało na to, że kumple Sokoła zdążyli już uregulować rachunek i wyjść z klubu. Dziewczyny stały obok — piękne i smukłe, przestępując z nogi na nogę na wysokich obcasach. Dwie z trzech trzymały cienkie papierosy. Odwróciłam wzrok — blondynka wciąż wyglądała na bardzo roztrzęsioną.
— Czekaj, Fańka! — rzucił mi prosto w twarz Leszka. — Do domu?
— Aha — skinęłam głową. — W końcu skończyłam zmianę. No to cześć! — o mało go nie minęłam, ale zauważywszy na ramieniu Malwina znajomą skórzaną kurtkę Sokolskiego, zawahałam się, posyłając chłopakowi zdezorientowane spojrzenie.
Chyba mnie źle zrozumieli. Obaj. Teraz, w świetle latarni, na ich twarzach wyraźnie było widać ślady szarpaniny. Szczególnie oberwało się ciemnowłosemu Maksowi, któremu jeszcze niedawno sama miałam ochotę przyłożyć. Znów ogarnęło mnie przerażenie na myśl o tym, jak bardzo w tej bójce mógł ucierpieć Sokół.
Nienawidzę bójek. Co za naród z tych facetów! Mamy dwudziesty pierwszy wiek, ludzie planują lot na Marsa, badają cuda fizyki molekularnej i udowadniają teorie kwantowej teleportacji, przesyłają informacje na odległość tysięcy kilometrów za pomocą zwykłych elektronów, czy naprawdę nie można wszystkiego rozwiązać pokojowo?! Zresztą ta blondynka wcale nie jest aż taką pięknością! Wielkie mi co, pełne usta i sterczący biust! Chłopakom przecież nie powiesz, że to zasługa bielizny i magicznych zastrzyków! Na pewno poszło o nią, innych dziewczyn tego wieczoru przy Sokolskim nie widziałam. Chociaż… — westchnęłam do własnych myśli — może dla niego ona jest piękna.
Chłopacy właśnie naradzali się, jak wyciągnąć Sokoła i czy powinni dyżurować pod komisariatem, kiedy na nich wpadłam.
— Czyżyk, zostań — zaproponował Leszka. — Zaraz podjedzie taksówka, podrzucimy cię pod dom. Nie ma co łazić samej po nocach.
— Dzięki, Leszek, ale się spieszę — rzuciłam szybko. Przebywanie w ich towarzystwie to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.
— Ja odprowadzę Anfisę — wyrwał się nagle Malwin. — I tak wszyscy nie wejdziemy do taksówki, a czas się zbierać. Kurtkę podrzucę Sokołowi na komisariat po drodze, mam nadzieję, że mu przekażą — powiedział, robiąc krok w moją stronę i kładąc mi rękę na ramieniu.
— Nie trzeba! — niemal krzyknęłam. Wyszło uparcie i dziecinnie. Pal licho! Przynajmniej zrzuciłam jego rękę. Leszy zaczął swoje:
— Nie ma sensu po drodze, Sewa. Pieron wie, kto tam ma dyżur. Kurtka jest droga, przywieziemy rano na ósmą. Myślę, że po tym wszystkim naszemu Sokołowi przyda się trochę ochłonąć. Fańka, na pewno nie trzeba cię podrzucić? — upewnił się jeszcze.
— Tak — znów pewnie skinęłam głową. — Nie martw się, nie pierwszy raz wracam o tej porze. Poza tym czeka na mnie ten… no… chłopak. Tam, za rogiem! Kawałek dalej! — Machnęłam ręką w stronę głównej alei i jak nie pognałam pędem spod „Marakany”, aż obcasy zaklekotały.
Ale ci kumple Sokoła są namolni!
Szczerze mówiąc, po północy centrum miasta było nieźle oświetlone, całkiem żwawo jeździły samochody, przemykali nieliczni piesi. Maszerowanie przez zimowe miasto, przechodzące chwilami w bieg, nie było aż tak straszne, co po prostu nieprzyjemne. Główny komisariat policji znajdował się rzut beretem od „Marakany”, zaledwie dwie przecznice dalej, i byłam z jakiegoś powodu pewna, że znajdę Sokoła właśnie tam.
Po co szłam go szukać? Co zamierzałam powiedzieć przy spotkaniu? Na te pytania, jak zwykle u Fani Czyżyk, nie było odpowiedzi. Pewnie czułam, że inaczej nie potrafię, więc starałam się po prostu o tym nie myśleć.
Na zakręcie w półmroczną uliczkę zawołali mnie jacyś kolesie, a ja znów dałam dyla, trzymając się czapki i obiecując sobie, że ten wybryk — jeśli nie jest pierwszym głupim czynem w moim życiu — to na pewno ostatnim! Że jeśli teraz upadnę, zacznę ryczeć głośniej niż syrena wozie, który zabrał Artema, i wtedy może mnie też zgarną na dołek, gdzie zostanę do rana. Głupie myśli, zgoda, ale o czym człowiek nie rozmyśla, gdy nie ma nic lepszego do roboty!
Nie wiem, czego spodziewałam się po komisariacie w dużym mieście. Pewnie tego, że nawet w zimową noc budynek będzie oświetlony i otwarty na oścież dla uciechy wszystkich szukających porządku. Ale masywne, pancerne drzwi z napisem „Policja” były zamknięte, a wysokie okna szczelnie zasłonięte żaluzjami. Za to latarnia nad szerokim gankiem rzeczywiście świeciła jasno, oświetlając dwa policyjne radiowozy i dwa czarne psy drzemiące przy ścianie.
Na mój widok psy uniosły łby, stanęły na łapy i z ciekawością potruchtały mi naprzeciw. O matulu!
Zapukałam do drzwi. A zauważywszy przycisk dzwonka — pospiesznie zadzwoniłam.
— Hej! Otwórzcie! Słyszycie?!
Treeeeeń!
Ciekawe, czy pięć sekund ciszy to dużo, czy mało? Dla kogoś, kto zaraz zacznie panikować, że mu nie odpowiadają? Uznałam, że dużo, zwłaszcza dla dziewczyny, przy której przysiadły dwa kundle o bandyckiej aparycji, więc załomotałam ponownie.
— Heeej! Jest tam kto?! Otwórzcie wreszcie!
W drzwiach coś zazgrzytało, huknęło i w pancerzu otwarło się okienko. Zza krat wyjrzała sroga twarz mężczyzny w średnim wieku, mignęły pagony munduru i nagle odechciało mi się krzyczeć.
Gdyby nie psy, które przybrały obok mnie postawę „baczność”, na widok tych groźnych wąsów i krzaczastych brwi na pewno stoczyłabym się z ganku jak kulka. A tak tylko drgnęłam.
— D-dzień dobry.
— Starszy przodownik policji, Siemion Diudenko! — przedstawił się mężczyzna. — Po co to dobijanie się, ob-ywatelko? — warknął.
Po co się dobijam — to oczywiście wiedziałam. Ale jak należy rozmawiać z policjantem na służbie, i to tak groźnie wyglądającym — już nie bardzo. Jakoś dotąd nie miałam okazji się zapoznać.
— Pytam, w jakiej sprawie niepokoimy oddział?!
— Przepraszam, p-panie przodowniku. Muszę znaleźć człowieka. Bardzo pilne!
— Człowieka? — brwi drgnęły ze zdziwieniem. — Chce pani złożyć zawiadomienie? Ile czasu minęło od zaginięcia? Doba? Dwie? Ma pani przy sobie dokumenty? Jakiej płci zaginiony? Mężczyzna? Kobieta? Ile ma lat?
— Mężczyzna. Młody. Z-zdaje się, że dwadzieścia jeden.
— I proszę pamiętać, obywatelko, że to nie biuro detektywistyczne od wyłapywania niewiernych mężów. Kiedy widziała go pani ostatni raz?
— Ależ nie! — sapnęłam, orientując się, o czym on prawi. — Źle mnie pan zrozumiał, wujaszku! Widziałam go dzisiaj! On jest tutaj, u was! Dopiero co przywieźli go na komisariat po bójce w „Marakanie”! No i ja ten… przyszłam. Rozumie pan?
Oczy przodownika zwęziły się. Widocznie nie bardzo rozumiał.
— Kim pani jest dla zatrzymanego?
Zamrugałam raz. Potem drugi. Wydusiłam ledwie słyszalnie:
— Nikim.
— No to żegnam panią!
Okienko natychmiast się zamknęło. Zamknęło! Tak po prostu! Zdezorientowana złapałam powietrze ustami.
— To znaczy jak to: żegnam? — wymamrotałam. — Heeej! Panie przodowniku! Panie Diudenko!
Otworzyło się. Krzaczaste brwi zmarszczyły się gniewnie.
— Nie, ja kimś jestem! — zaterkotałam, bojąc się, że mężczyzna znów zniknie. — Nawet bardzo kimś jestem! Mieszkamy razem i w ogóle od dawna…
— Żona?
— …się znamy. Co?
Czkawka. Raz i drugi. Oczy pod surowymi brwiami przewiercały mnie na wylot, więc skinienie głową wyszło powolne, ale baaardzo przekonujące.
Kolana zaczęły mi drżeć, torebka zsunęła się z ramienia, a jeden z psów, obwąchując mnie, trącił nosem mój pośladek. Ze strachu przycisnęłam ręce do brzucha.
— Oj!
— W stanie błogosławionym?! — ryknął pytaniem przodownik Diudenko.
— T-tak!
— Proszę czekać, obywatelko! — i okienko znów się zamknęło.
Co? Co ja przed chwilą powiedziałam? Osłupiała trzepałam rzęsami i z przerażenia pogłaskałam psa po głowie. A zdawszy sobie sprawę, co narobiłam, przywarłam piersią do drzwi i tak oto wpadłam do środka komisariatu jako skamieniała Śnieżynka.
— Nazwisko?
— Czyje? — torebkę miałam przyciśniętą pod samą brodą, a głosu nie miałam wcale. Odchrząknęłam starannie.
— Zatrzymanego!
— S-sokolski Artem.
— Jest taki. Bójka domowa bez okoliczności obciążających. Wypisujemy protokół zatrzymania czy jak?
— Słucham?
Mężczyzna wsunął kciuki za klamrę paska i gapił się na mnie jak kot na głupią mysz. Nawet wąs mu drgnął.
— To ja pytam: „słucham?”. Siedzą gołąbeczki u dyżurnego do czasu wyjaśnienia okoliczności bójki. Potem skierujemy do izby zatrzymań, do przyjścia śledczego. No więc jak, obywatelko? — Przodownik Diudenko wypuścił niecierpliwie powietrze. — Skoro już pani go znalazła, to płacimy mandat za męża? Czy pakujemy ślubnego na siedem dni do aresztu, żeby nie szalał?
— Aaa! Już! — domyśliłam się. Skinęłam głową, szamocząc się z torebką w poszukiwaniu portfela. — Proszę, niech pan weźmie! — wyciągnęłam pieniądze. — Zapłacę mandat! Nie trzeba na siedem dni! Proszę…
Wygarnęłam gotówkę i odprowadziłam zarobione grosze stęsknionym spojrzeniem. Jutro nawet na czekoladę nie starczy! I na chleb. Ech! Oto, jak się okazuje, cena życia rodzinnego!
Drzwi do poczekalni były zakratowane, a za nimi siedział człowiek w mundurze. Zanim zaprowadził mnie do dyżurnego, przodownik podszedł do kolegi, poprosił o rejestr i coś dziarsko w nim nabazgrał.
— Podpisać! — położył długopis obok dokumentu. — Zapraszam! — wziął mnie pod łokieć i poprowadził długim korytarzem.
— Stać! — komenderował przy uchylonych drzwiach, a ja posłusznie zamarłam, znów przyciskając torebkę do piersi.
— Aha!
Przygryzłam wargi i zamarłam, patrząc jak policjant wchodzi do pokoju. Nie wytrzymałam i tchórzliwie zajrzałam przez szparę.
— Przodownik Diudenko! Zatrzymani, który z was to Artem Sokolski?
— No ja — usłyszałam znajomy głos, brzmiący bynajmniej nie uprzejmie.
No, chwała Bogu! Znaczy, żyje i ma się dobrze!
— Bez „no”, młody! Bo cię naprostuję! — ryknął wąsacz. — Patrzcie go! W domu żona w ciąży, dzieciak jeszcze, a jemu się zachciało po barach szlajać! Porządek zakłócać!
— Co?
— Nie „co-kaj” mi tu, Sokolski! Nie jesteś w szkole przy tablicy! Wstawać! Ktoś do ciebie przyszedł.
— Kto?
— Żona! Ta w stanie błogosławionym! Szybkoś o niej w tej bójce zapomniał! Ech, chłopcze — mężczyzna obniżył głos i zaczął mówić po ojcowsku, co brzmiało jeszcze gorzej. — Nie dbasz o swoją połówkę. Każąsz jej nocą samej po mieście biegać. Wstydu nie masz! A jeszcze facet!
— Cooo?! — ryknął Sokół, zrywając się z krzesła… które z hukiem szurnęło o podłogę.
Oj! Chyba pora wkroczyć!
— C-cześć! — ostrożnie wyjrzałam zza pleców Diudenki i uśmiechnęłam się niemrawo. No to koniec! Zaraz mnie zabije!
Pomachałam osłupiałemu chłopakowi ręką: niby „how do you do! To ja — Fańka! Zbieraj szczękę z podłogi, Sokolski!”.
— Ee, jak tam, Artem? — zabeczałam jak potulna owieczka. — Zdaje się, że pozwolili mi cię zabrać.
— Tobie? Mnie? — wydusił zdumiony Sokół.
— Aha! — skinęłam głową i na wszelki wypadek przysunęłam się bliżej wąsacza. Przełknęłam ślinę. — Prawda, że super?
— Czyż… ja pierdolę!