Rozdział 2, część 2
Reading sample: chapter 4 of 19
Juh-hu! Rzuciłam się do swojej szafki na zapleczu i w dwie minuty zrzuciłam uniform, wciągnęłam puchówkę i czapkę. Wepchnęłam do torby zawinięte w papier kanapki. A co tam, że zamiast napiwków mam dzisiaj jadalny łup! Leżały na talerzu zupełnie nietknięte — podpieczony chleb, masełko i czerwony kawior. Przynajmniej będę miała co zjeść na śniadanie. Klienci zostawili, a my — studenci — nie jesteśmy narodem dumnym! Swoje weźmiemy i o koledze nie zapomnimy! A poza tym — a nuż trzeba by było na dworcu nakarmić jakiegoś bezdomnego!
No nie-e, wiadomo, że gdyby mnie jakiś chłopak tak pięknie nadskakiwał, jak tej wystrojonej lali przy stoliku — przekąski na pół stołu, orzeszki, chrupki, piwa i fikuśne koktajle — ja też dziobałabym jak ptaszek i uśmiechała się głupiutko do szczodrości męskiej duszy. Dziobałabym, a w duchu modliła się, żeby zamek w spódnicy nie puścił albo szew w kroku nie pękł. A potem wróciłabym do domu, wskoczyła w szlafrok i z głodu wciągnęła pół garnka maminego barszczu. Pod tym względem rozumiem dziewczynę. Ale po co na mnie wilkiem patrzyła, kiedy wychodziła? Ja tam w ogóle wolę wychodzić z przyjaciółkami! Przy nich, w razie czego, można i zamek rozpiąć, i zawinąć ze sobą to, co zostało! Nawet palce oblizać, jeśli ma się ochotę!
Zarzuciłam torbę na ramię i pognałam do wyjścia służbowego.
— Pa, Timur! — o mało nie staranowałam szefa, wpadając na niego w korytarzu.
— Masz wypłatę, Fańka.
— Pa, Rajka! — machnęłam kelnerce palącej na malutkim ganku, zbiegając po schodkach. — Lecę!
I pognałam ile sił w nogach na przystanek.
Tak… zaułek Fiedosiejewa, numer dwa… Do przystanku zostało ze sto metrów. Gryzący mróz nieprzyjemnie kąsał mnie w policzki, nogi ślizgały się na zamarzniętych kałużach. W biegu wyciągnęłam telefon, odpaliłam nawigację i zaczęłam wpisywać namiary od Leszki. Było już późno, osobiście nie byłam przyzwyczajona do szwendania się po nocy i zupełnie nie miałam ochoty na przygody, zwłaszcza że jechałam do mało znanej dzielnicy.
Jest! Eureka! Mapa się nie myli! Ale ta technika poszła do przodu! Mój zaułek okazał się być dwadzieścia minut od centrum i piętnaście od uniwersytetu. Aplikacja posłusznie wypluła numer autobusu: „57”. Teraz tylko sprawdzić rozkład…
Na przystanku stało z pięć osób — sami ponurzy faceci. Potuptałam między nimi dla kurażu, po czym odwróciłam się do drogi i zaczęłam błagać los o fart, cały czas ściskając w kieszeni gaz pieprzowy. Pieniądze były mi potrzebne na wynajęcie pokoju, więc myśl o taksówce zostawiłam na czarną godzinę.
— Zaułek Fiedosiejewa! — mruknął sennie kierowca, gdy mój nos niemal przykleił się do szyby podczas lustrowania okolicy. — Panienko, twój przystanek!
— Dziękuję!
Autobus zahamował, drzwi syknęły, a ja wyskoczyłam na zewnątrz. Zrobiłam kilka odważnych kroków… i zamarłam. W tym szalonym dniu nagle zostałam zupełnie sama. Zadarłam głowę, przyglądając się rzędowi białych wieżowców ciągnących się wzdłuż ulicy. Dopiero teraz dotarło do mnie, na jakie szaleństwo się porwałam. Wejść do obcego domu, do mieszkania nieznajomego faceta, żeby zostać tam na noc… Mało prawdopodobne, by taki wyczyn, nawet w wieku dziewiętnastu lat, dało się jakoś usprawiedliwić.
No czyste wariactwo! Ale jeśli będę się wahać jeszcze choćby dwie sekundy, to ostatecznie pęknę i zostanę na mrozie! A tego w grudniu — oj, jak bardzo nie chciałam! Właściwy blok stał drugi od ulicy, więc odetchnęłam głęboko i potuptałam do pierwszej klatki. Precz z wątpliwościami! Lepiej pamiętać o tym, że jestem „Zemstą Leszki”, niż tchórzliwym, bezdomnym zającem!