Rozdział 2, część 2
Reading sample: chapter 4 of 19
No nie, co za pech! Prawdziwe prawo Murphy’ego! Z bezsilności aż łzy stanęły mi w oczach, a wargi zaczęły drżeć. Jest mieszkanie, są klucze, sumienie zasnęło, a ja mam nagłą potrzebę, żeby się gdzieś zagnieździć — i co? I stoję od pół godziny pod klatką jak idiotka, pilnując zamkniętych drzwi. I żywej duszy dookoła!
— No nie pamiętam kodu, Fańka! No weź, zapytaj kogoś albo zadzwoń domofonem! Wielkie mi halo!
Zawsze wiedziałam, że Leszka to gamoń. Jak można nie znać tak podstawowej rzeczy! Też mi przyjaciel właściciela. Jak on w ogóle zamierzał tam wejść z jakąś dziewczyną?! Na darmo tylko wyprosiłam telefon od Uljanki. Z irytacją się rozłączyłam i westchnęłam.
— Panienko, khem, khem… a ty właściwie do kogo?
Mój Boże! Skąd one się biorą — te ciekawskie starowinki o wpół do dwunastej w nocy? Nie mają co robić, tylko siedzieć w zasadzce? Moja osobista babcia-szpieg wystawiła nos przez lufcik na parterze i podejrzliwie zmrużyła oczy.
W miasteczku, w którym mieszkałam z rodzicami, też mieliśmy taką Frau Müller. Z doświadczenia wiedziałam, że trzeba odpowiadać szybko, pewnie i sensownie, zanim czujny sensor obserwatora wykryje dywersanta. Inaczej w ruch mógł pójść pistolet na wodę albo coś gorszego. Na przykład gwizdek i stara strzelba myśliwska. Zardzewiała i bez nabojów, ale kto to tam wie? Właśnie tak moja sąsiadka, babcia Szura, przeganiała spod klatki rozbrykaną młodzież.
— Do Iwanowów! — odparłam dziarsko, prostując się przed staruszką jak struna. — Jestem siostrzenicą! Telefon mi padł, nie mogę zadzwonić, a kodu zapomniałam!
Ojej, i czego to mnie życie uczy. Zaczęłam kłamać i to tak składnie! Dobrze, że mama mnie nie słyszy.
Nie wiem, czy moja twarz wyglądała tak żałośnie, czy w klatce rzeczywiście mieszkali jacyś Iwanowowie, ale okienko natychmiast się zamknęło. Już po minucie ta sama babinka — w waciaku i czapce — otworzyła zbawienne drzwi i odsunęła się na bok. Fuknęła srogo:
— Wchodźże! Nieszczęście ty moje! Stoisz tu i tylko oczy mączysz!
A sama zza okularów świdrowała mnie wzrokiem jak srogi celnik nielegalnego imigranta, odnotowując w pamięci: wzrost, wiek, wagę. No i po co takiej staruszce domofon? Jej by się przydał wykrywacz metalu i rentgen w oczach! A przecież mogła tylko nacisnąć guzik i spokojnie popijać kompot. Albo co tam staruszki piją przed snem.
Zaledwie przekroczyłam próg i zatrzasnęłam drzwi, chcąc podziękować wybawicielce, gdy nagle…
Stało się coś strasznego!
Jak myślicie, co najgorszego może spotkać człowieka w obcym domu, na obcej klatce schodowej, w towarzystwie gderliwej staruszki niemal o północy? Zimą, w środku nocy? Dokładnie. W bloku wysiadł prąd! A sądząc po tym, jak ciemno zrobiło się dookoła — prąd wysiadł w całej okolicy.
Tuż obok, niczym głos z zaświatów, rozległ się skrzypiący głos starowinki:
— Dobrze, dziecko, że do windy nie wsiadłaś. Znam te ich awarie. Ostatnim razem dopiero nad ranem naprawili, pijaki-darmozjady!
Winda! Aż mnie zakłuło w sercu na tę myśl. Człowiek jednak nie potrafi docenić szczęścia.
— Oj, tak...
— Sama dojdziesz? Ja po latarkę nie pójdę — boję się ciemności. I nogi już nie te, żeby tak ganiać tam i z powrotem.
— D-dojdę.
— No, to z Bogiem! Przekaż ciotce pozdrowienia od Pietrowny.
Czyli z tymi Iwanowami trafiłam w dziesiątkę? Ale się jutro zdziwią! A że babcia zrelacjonuje im naszą przygodę — co do tego nie było wątpliwości.
— D-dziękuję.
Ruszyłam. Po ścianie, po ścianie... Ostrożnie, tu schodek, tu jeszcze jeden... Gdzie ja mam w ogóle iść, Boże? Nigdy tu nie byłam. Tak, Fańka, za późno na odwrót! Nawet w obliczu nieznanego! Trzymaj się mocno poręczy i najważniejsze — licz piętra. Jak się pomylisz, w tej ciemności za nic się nie zorientujesz!
A Leszka wcale nie jest takim gamoniem! Pamiętał, żeby podać numer piętra! Brawo, Leszka!