SOVABOO

Rozdział 18, część 1

POV Czyż

Naprawdę poczułam chęć, by przytulić Sokoła, tak samo mocno jak Łukasza. Okropna sytuacja, nieładna podszewka cudzych losów, ukryta przed ciekawskimi oczami. Bycie świadkiem jej obnażenia okazało się trudne, a co dopiero mówić o tych, dla których ta podszewka była częścią życia. I choć Artem był starszy i wydawał się o wiele silniejszy od swojego młodszego brata, po jego pochmurnej twarzy mogłam się domyślić, jak trudną noc przeżył. I ile jeszcze takich nocy wcześniej, długich i samotnych, już zapomnianych, gdy matka była daleko od niego. Nawet w oszczędnych słowach o niej czytało się urazę i żal po tym, czego nie było, a co mogłoby być. Już nie wspominając o gorzkim wyznaniu Łukasza.

Wyskoczyłam z autobusu na przystanku „Uniwersytet” i w biegu wyciągnęłam z kieszeni telefon. Wiedząc, że mama z bliźniaczkami zapewne jest teraz w drodze do przedszkola, zadzwoniłam do taty.

– Tak, Faniu? Cześć – tata odebrał natychmiast, sapiąc do słuchawki. Wszystko jasne, uśmiechnęłam się: jak wszyscy normalni ludzie, starszy Czyżyk spieszy się do pracy. – Dzień dobry, córeczko! Coś pilnego? – zapytał z lekkim niepokojem. – Mów szybko, bo spóźnię się do szkoły! Pół nocy sprawdzałem klasówki i jeszcze muszę przeprowadzić cztery lekcje. Widziałabyś, Faniu, co mi tu siódma klasa napisała – mądrale! Nie wiem, płakać czy się śmiać. Okazuje się, że Koreańczycy mieszkają teraz w Ameryce Południowej, Ocean Atlantycki nagle stał się Atletycznym, a stolicą Panamy jest u nas Panemka, jak ci się podoba?

– Akurat to ostatnie jest całkiem logiczne, tato.

– Piętnaście błędnych odpowiedzi! Piętnaście, Faniu! A ja teraz muszę zgadywać, kto był tym geniuszem, który pierwszy wpadł na to, żeby napisać takie bzdury, i dał całej klasie ściągnąć.

Zaśmiałam się, przypominając sobie wiele podobnych wpadek ze szkolnego życia, które ojciec lubił wspominać.

– Śmieszne – przyznałam.

– Smutne! – pewnie zaoponował nauczyciel geografii. – Jeszcze nie ochłonąłem po dziewiątej klasie, kiedy dowiedziałem się od uczniów, że międzynarodowy podział pracy to podział pracy między męską a żeńską część ludzkości! I co ty na to? A tu już nowa niespodzianka! Przecież nie stoję przy tablicy z wskaźnikiem bez powodu. Nie rozumiem, skąd oni się biorą tacy pomysłowi? Aj, nieważne – domyśliłam się, że Fiodor Czyżyk machnął w locie skórzaną teczką. – Ty, Faniu, po co właściwie dzwoniłaś? Co chciałaś? – nastawił uszu. – Jak tam u Artema? Wyzdrowiał?

Skinęłam głową, ale uświadomiwszy sobie, że ojciec nie może mnie widzieć, pospiesznie odpowiedziałam, podbiegając już do schodów budynku uczelni.

– Tak, czuje się znacznie lepiej, tato! Po prostu chciałam cię usłyszeć i powiedzieć, że bardzo, bardzo was z mamą kocham! Że razem z Robikiem i dziewczynkami jesteście najlepsi na świecie!

– Tak… – tata napiął się. Nawet przestał sapać. Chyba się zatrzymał. – Anfisa… – zaczął poważnie, unosząc teczkę z wystawionym palcem, ale jego wzrok padł na zegarek i zakląwszy pod nosem, znów pośpieszył w stronę szkoły niczym przerośnięty uczeń.

Nie musiałam być obok, by widzieć ten obraz z boku – droga do szkoły, uczniowie i ważny jak gęś tata. Wyścig: kto pierwszy przetnie linię mety. Przez tyle lat odprowadzaliśmy się nawzajem na lekcje, że łatwo mogłam odgadnąć każdy jego krok.

– Faniu, po zajęciach koniecznie oddzwoń do mnie albo do mamy, słyszysz! – usłyszałam rodzicielskie pouczenie i obiecałam:

– Dobrze, tato!

Wiedział, że dotrzymam słowa.

Ulanka milczała przez wszystkie wykłady. Od wczoraj nic się dla niej nie zmieniło i Kim starannie mnie unikała, nie zaszczycając nawet rzadkim spojrzeniem spode łba. Przechodziłyśmy z jednej sali do drugiej, a mi pozostawało jedynie ze smutkiem obserwować dziewczynę, dla której z najlepszej przyjaciółki w jednej chwili stałam się żałosną, zazdrosną zawistnicą, która ośmieliła się oczernić sympatycznego chłopaka.

Cóż, niech już będzie tak, niż gdyby Malwin miał złamać jej serce. Tak bardzo chciałam zostawić swój ból w przeszłości, zapomnieć, ale teraz nie żałowałam, że się otworzyłam. W każdym razie teraz Ulanka wiedziała, czego spodziewać się po Sewie, niezależnie od tego, co o mnie myślała.

Sewa Martynow znów dopadł mnie przy wyjściu z bufetu, gdy zobaczył mnie samą. Uśmiechnął się, nachalnie zwracając na siebie uwagę.

– Wciąż czekam, Fańka! Ale nie mam tyle cierpliwości, ile myślisz – rzucił nie bez irytacji, zastępując mi drogę. Unosząc rękę, przejechał palcami po moim policzku. – Już go szukam – twojego chłopaka – niemal wypluł te słowa, przyciskając mnie do ściany – tak mu przekaż! I zabiorę swoje. Jak długo jeszcze zamierza chować się za twoją spódnicą? No dalej, Czyżyk, pożal się na mnie, do cholery! Wszystkim od razu zrobi się lżej!

– Idź do diabła!

Ta rozmowa z Malwinem wyraźnie zepsuła i tak już ponury nastrój. W drodze do domu w kółko powtarzałam sobie, że jeśli nie chcę jeszcze bardziej martwić Łukasza swoim wyglądem, muszę zapomnieć o byłym i nie zwracać uwagi na jego zagrywki. To i tak niewiele zmieni, a on w końcu się uspokoi i o mnie zapomni. Łatwo zapomni, gdy zrozumie, że na żaden spektakularny powrót Czyżyka nie ma co liczyć.

Sokoła nie było w domu, zapasy w lodówce wyraźnie się uszczupliły, więc po chwili wahania wzięłam pieniądze, które zostawił Artem, i wyciągnęłam chłopaka na zakupy. Dwóch facetów w domu to nie przelewki! Trzeba ich karmić! Potem, jak tylko mogłam, zabawiałam Łukasza smakołykami i rozmową. Okazał się bystrym dzieckiem, nieco kolczastym z charakteru, ale wiedziałam, co robić, i czas upłynął nam niepostrzeżenie. Właśnie oglądaliśmy nową część „Gwiezdnych Wojen”, dyskutując o ostatnich Jedi, kiedy wrócił Artem. Przywitał się i krótko poinformował brata, że był w szpitalu i że stan zdrowia Alicji wciąż jest kiepski. Owszem, odzyskała przytomność, ale z powodu silnego bólu głowy jest pod kroplówką i działaniem leków nasennych.

– Nie, Łukasz, ona nie umrze. Myślę, że będziesz mógł ją odwiedzić już za kilka dni. Sam jej nie widziałem, ale ojciec u niej był – dobiegły mnie z kuchni słowa Artema skierowane do brata. – Przy okazji, pytał o ciebie.

– Naprawdę?

– Tak.

– A o co?

– Czy wszystko u ciebie w porządku i czy masz potrzebne rzeczy.

– Niczego nie potrzebuję!

– Milcz! Nie możesz tu siedzieć całymi dniami, obijając się i oglądając filmy. Musisz wrócić do nauki i normalnego życia. Pojutrze ojciec po ciebie przyjedzie i pojedziecie razem do waszego domu. Zabierzesz wszystko, co uznasz za stosowne przed przeprowadzką do niego. Obaj uważamy, że u niego będzie ci znacznie lepiej. Alicja spędzi w szpitalu co najmniej miesiąc, a może i dwa.

– On nie jest moim ojcem!

Nie podsłuchiwałam specjalnie... a może jednak? Ale odniosłam wrażenie, że nawet ja zamarłam w oczekiwaniu na odpowiedź Sokoła.

– W takim razie ja nie jestem twoim bratem – powiedział sucho chłopak – bo rodziców mamy tych samych, czy ci się to podoba, czy nie. Są, jacy są. Nie pamiętam, żebyś reagował na nazwisko Pietuszkow.

– Ale ja chcę mieszkać z tobą, Artem, proszę!

– Mam nieustanne treningi. Za miesiąc wyjeżdżam na tygodniowe zgrupowanie do nowego klubu piłkarskiego. Wiosną nie będzie mnie w mieście przez pół miesiąca – po prostu nie przyznają mi opieki, Łukasz. A Anfisa nie ma obowiązku cię pilnować.

– A ty? Możesz pojechać ze mną do nas? Na Kołcowa?

– Nie mogę tam wrócić.

– No dlaczego?! Tam jest mój pokój, sam ci wszystko pokażę! Spodoba ci się!

– Nie mogę i już. Jasne?

– Nie, niejasne! Nic nie jest jasne! Jesteś taki sam jak twój ojciec! Nie chcę z tobą rozmawiać!

Jednak już kilka minut później, gdy Sokół z Łukaszem weszli do pokoju i zobaczyli, że wyjęłam materac i rozłożyłam pościel, Sokolski młodszy zaczął jęczeć, zwracając się do brata. Błędnie zinterpretował mój zamiar.

– Artem, czy mogę spać z tobą! No proszę, Artem! Proszę! To nie fair! Anfisa i tak zawsze z tobą śpi, a ja niedługo wyjeżdżam!

Oho! Logika żelazna, nie ma co. Trudno z tym polemizować. Przecież faktycznie tu mieszkam. I niby jestem dziewczyną Sokoła. Skrzyżowaliśmy z Artemem spojrzenia. No tak, niezły nam wyszedł ten układ, skoro nawet dzieciaka zdołaliśmy nabrać bez większego wysiłku.

– Wszystko w porządku! – uśmiechnęłam się niezręcznie, unosząc rękę. Spojrzałam na gościa. – Oczywiście, Łukasz! Uwielbiam spać na podłodze, jest tu super. Nikt się nie rozpycha i jest dużo miejsca.

– Ja się nie rozpycham – zaoponował niespodziewanie Artem.

– Doprawdy? Tak ci się tylko wydaje! Więc, Łukasz, radzę ci od razu wywalczyć swoją połowę!

Ale on naprawdę się nie rozpycha, co za kłamczucha ze mnie! Sokół po prostu bierze i zagarnia, a to jednak co innego. W tej chwili sama nie miałabym nic przeciwko temu, by zasnąć w jego ramionach.

Uff, o czym ja w ogóle myślę?!

– A niech tam! Nie szkoda mi! Też się kręcę przez sen, że hej! – mruknął zadowolony chłopak, wskakując zwycięsko na łóżko. – Mama nawet jak byłem mały nie mogła ze mną spać, więc trzymaj się, bracie!

– Właśnie! – skinęłam głową. – On jeszcze zabiera kołdrę – sknera! Więc przykryj się porządnie, Łukasz, bo zmarzniesz.

Sokół ściągnął przez głowę koszulkę i spojrzeniam pełnym zdziwienia utonął we mnie.

– Czy ty przy mnie zmarzłaś, Czyżu?

Moje policzki zapłonęły i jedyne, co mogłam zrobić, to życzyć wszystkim dobrej nocy i odwrócić się. Boże, co za ramiona!

Usiadłam i wślizgnęłam się pod kołdrę, kładąc głowę na poduszce, która wciąż pachniała Artemem – ciepłą świeżością męskich perfum. Dziwne uczucie, ale takie przyjemne... kojące. Wspominając nasz szalony pocałunek, sama nie zauważyłam, kiedy odwróciłam się twarzą do łóżka i splotłam dłonie pod policzkiem. Światło było zgaszone, ale telewizor cicho grał, nadając serwis informacyjny. Sokół leżał na samym brzegu, z rękami pod głową, i patrzył na mnie. Żadne z nas nie słyszało nic poza własnymi myślami. Tak bardzo za nim tęskniłam, o tym właśnie myślałam, i o wielu, wielu innych rzeczach. Długo patrzyliśmy na siebie, aż niepostrzeżenie zasnęłam, zapamiętując jego wzrok na sobie. Z jakiegoś powodu wcale mnie nie onieśmielał, wręcz przeciwnie – uspokajał i o czymś mówił. Tylko o czym?

Gdyby mi ktoś jeszcze dwa tygodnie temu powiedział, że będziemy tak zasypiać, grając z Artemem w gapiątki, wyśmiałabym go. To przecież Sokolski! Gdzie mu tam do jakichś czyżyków-pyżyków z roku, i z jakiej racji? Ale dzisiaj nie chciało mi się śmiać. Wcale nie. Chciało mi się wierzyć w lepsze jutro i po prostu żyć.

A rano zdarzył się incydent. Co ja mówię – megaincydent! Mało nie zapadłam się pod ziemię ze wstydu! Sama nie wiem jak, ale do tej pory udawało nam się z Artemem unikać niezręcznych sytuacji z przebieraniem się i całą resztą. Bez umawiania się, łatwo dzieliliśmy tę wspólną przestrzeń, szanując prawo do prywatności, ale wszystko zdarza się kiedyś po raz pierwszy – i wpadłam.

Zawsze rano zbierałam się cicho – nawyk, który wgryzł mi się w podświadomość od czasu narodzin młodszych sióstr, gdy cała rodzina żyła według grafiku dwóch wrzeszczących niemowlaków. Wygląda na to, że tego ranka Sokół uznał, że już wyszłam na uniwersytet, gdy zaspany otworzył drzwi do łazienki i zamarł w progu, widząc mnie odwróconą do niego plecami. Właśnie lekko się pochyliłam, wypinając pupę przy zakładaniu skarpetki, gdy nagle znieruchomiałam niczym czapla, stojąc na jednej nodze, zauważywszy jego odbicie w lustrze. Wstrzymałam oddech, bojąc się odwrócić, świadoma, że widzi mnie teraz w samych majtkach, i to w te pamiętne, „lotne” groszki.

„Ech, mogłam chociaż włożyć nowe koronkowe bikini” – przemknęła mi przez głowę typowo kobieca, pełna żalu myśl.

Usłyszałam, jak drzwi za moimi plecami otwierają się szeroko i po jednej długiej chwili zatrzaskują. Zatrzaskują głośno, niemal ogłuszająco.

– Cholera!

Nie odszedł. Został tuż za drzwiami. Ja też stałam. Jak dwoje głupców, trwaliśmy tak i słuchaliśmy siebie nawzajem, a dzielił nas tylko drewniany panel.

— Przepraszam, Czyżu — Sokół w końcu się odezwał.

Wyciągnęłam nieposłuszną dłoń i powoli przekręciłam zamek.

— To moja wina. Ty mi wybacz, Artem. Daj mi chwilkę, proszę, już wychodzę.

— Jasne.

Minęły jednak dobre dwie minuty, zanim odszedł. Poczułam to natychmiast. Wyprostowałam się i oparłam plecami o ścianę, chowając twarz w dłoniach.

Jak mogłam tak lekkomyślnie zostawić otwarte drzwi? Jak?! Przecież brałam prysznic! Specjalnie wstałam wcześniej, żeby zrobić te wszystkie swoje kobiece sprawki z depilacją i całą resztą! O Boże… To wszystko wina tego snu! Kiedy człowiekowi śni się „coś takiego”, po prostu przestaje trzeźwo myśleć! I jak ja mam teraz spojrzeć Sokołowi w oczy?

Na uniwersytet uciekłam bez śniadania. Przesiedziałam dwie pary, zaliczyłam test z administracji publicznej i poszłam z Nataszą Kryłową na obiad do bufetu.

Ulanka siedziała już przy stoliku z Inką Szapowałową, Olą Graczową i Nadzią Kowal. Dziewczyny przyszły zaledwie kilka minut przed nami, więc razem z Kryłową, biorąc po kubku kawy i paszteciku z ziemniakami, dołączyłyśmy do nich. Jeśli koleżanki z grupy zauważyły nasze trzydniowe milczenie z Kim, nie dały tego po sobie poznać. Nawet nie wiem, co bym odpowiedziała, gdyby zdecydowały się spytać, jaka czarna kotka przebiegła między nami.

Zresztą pytanie-zagadka i tak wisiało w powietrzu. Musiało wisieć, w oczekiwaniu na wydarzenie, o którym cały wydział huczał przez ostatni tydzień.

— Dziewczyny, to co uradziłyśmy w sprawie jutra? Proponuję nie rozbijać się na pary, tylko wbić się do klubu całą bandą! Wszystkie się zgadzają? — zwróciła się do wszystkich Nadzia Kowal. — Piątek-rozpustek za pasem, a tu taka genialna okazja, żeby odpocząć! Mam już dość tej sesji!

— Ja osobiście jestem obiema rękami „za”! — przytaknęła Inka. — Kim, czemu milczysz? Co z tobą?

Ulanka upiła łyk kawy i wzruszyła ramionami. Przyjaciółka wyraźnie się dzisiaj wystroiła i wyglądała bardzo ładnie w białym sweterku i jasnych dżinsach. Wysoki kucyk też jej pasował, jeszcze bardziej podkreślając niezwykły rozstaw oczu.

— Nie jestem pewna, dziewczyny. Jakoś nie mam nastroju. Poza tym mam dwa zaliczenia przed sobą, egzamin u Zareckiej, wypadałoby się przygotować. Nie chcę oberwać dwói od Królowej Śniegu.

— Jeszcze powiedz, że masz dzieci płaczące po kątach — rzuciła ze śmiechem Graczowa, trącając sąsiadkę w bok. — Tak cię zasurowało sumienie wyrodnej matki, że przez weekend postanowiła zostać kujonką!

— Naprawdę śmieszne! — zawtórowała Natasza. — Ula, co to znaczy „nie jestem pewna”? Kim, wystawiasz nas? Zmówiłyście się z Czyżykiem czy co? — zdziwiła się nie na żarty. — Dziewczyny, choć raz w roku bądźcie ludźmi, co? Wesprzyjcie ekipę! Całą grupą idziemy!

Wydarzenie, które nas czekało, nie było może jakąś wielką fetą, ale zapowiadało się świątecznie i ciekawie. Wszystkie faktycznie ugrzęzłyśmy w nauce, więc wspólna chęć wyluzowania brzmiała całkiem zrozumiale. Może rzeczywiście pójść? Ile można tylko pracować i się uczyć? Szczerze mówiąc, biłam się z myślami: niby egzaminy tuż-tuż, ale tak bardzo chciało mi się zapomnieć o wszystkim i po prostu potańczyć.

— Dobra, nic nie chcę słyszeć! — wyartykułowała moje myśli Nadzia Kowal, wysoka, nieco tęższa szatynka z lokami do ramion, nasza starościna. Jak zawsze to ona pierwsza zarażała się ogólnym nastrojem i pierwsza brała za niego odpowiedzialność. — Postanowione! Jutro wieczorem po zajęciach całą zgraną paczką idziemy do „Altares”! Będzie występ Suspense, uwielbiam Ignacego i Białego! No i studencka impreza, wiadomo. No, chodźcie, dziewczyny! — spojrzała na nas z wyrzutem. — Nowy Rok za tydzień, a wy jak stare pierdoły przykleiłyście się tyłkami do domu! Kto za was pożegna stary rok, co? Ula, Fa-ania! — dziewczyna spojrzała na Kim, potem odwróciła się do mnie, robiąc smutną minę. — Wesprzyjcie ekipę! Może akurat wyrwiemy tam sobie takich facetów, że reszta padnie z zazdrości! Ja, nawiasem mówiąc, już od trzech miesięcy z nikim się nie całowałam!

— A co z Arturkiem Ziablikowem? Z drugiego roku? — zmrużyła chytrze oczy Inka, zakładając za ucho czarne pasmo krótko ściętego boba. — W akademiku na urodzinach Romka nie schodziłaś z niego. Już o kontynuacji nie wspomnę.

— Pfuj! — Nadzia Kowal skrzywiła się ze śmiechem. — Znalazłaś sobie kogo wspominać, Szapowałowa. Po pijaku i z małolatami się nie liczy! Może po prostu uczyłam go rozumu jako starsza koleżanka w niedoli. Przecież nie będzie wiecznie trenował na pomidorach! Tym bardziej, że tam są azotany, a to szkodliwe dla młodego organizmu! — Starościna ani trochę się nie zmieszała. — Zresztą nic między nami nie było, Inka, nie zmyślaj!

Brunetka parsknęła śmiechem.

— Lepiej powiedz, że przeholowałaś i nie pamiętasz — rzuciła z aluzją. — A ta mi tu opowiada o trzech miesiącach.

— Jestem słabą kobietą, przeciążoną nauką i pracą społeczną na rzecz macierzystego wydziału! Tak, zdarzają mi się luki w pamięci i nie mam chłopaka, więc mogę się całować choćby z Ziablikowem, choćby z Romkiem…

W tym momencie do bufetu weszła paczka Sokoła w pełnym składzie. Zatrzymawszy się przy ladzie z jedzeniem, chłopaki jak zwykle rozsiedli się przy centralnym stoliku, płosząc pierwszoroczniaków.

— …A choćby i z Malwinem! — dokończyła pewnie starościna. Westchnęła marzycielsko, podpierając policzek dłonią: — Ale wolałabym z Sokołem. Chciałabym się dowiedzieć, jak ten przystojniak całuje.

— Na pewno nie tak jak Ziablikow — wtrąciła Inka. — Bleee! Ola? — zwróciła głowę w stronę Graczowej. — Ty się całowałaś z obydwoma. Podziel się wrażeniami ze spragnionymi, którym w tym życiu nic nie jest pisane. Chociaż ci się podobało?

Ładna, choć rzadko z czegoś zadowolona Graczowa przeżuła starannie pasztecik, wzięła do ręki kubek z gorącą kawą i oparła się o oparcie krzesła. Zerknęła na chłopaków.

Ja też się obejrzałam — raczej odruchowo, niż z prawdziwej chęci zobaczenia ich. I natychmiast spłonęłam rumieńcem, napotykając przeszywające, szare oczy Artema. Przez kilka długich sekund przytrzymał mój wzrok, a ja z trudem przełknęłam kęs pasztecika, który stanął mi kołkiem w gardle na wspomnienie naszego porannego spotkania i rozmowy. Serce zabiło mocniej, w gardle mi zaschło i pospiesznie odwróciłam się do dziewczyn, mając nadzieję, że nikt nie zauważył mojego zmieszania.

— Z Sokolskim się nie całowałam — przyznała Graczowa — od razu mnie spławił. Gdzie nam, szarym myszom, do przyszłej gwiazdy futbolu — powiedziała z lekkim żalem. — On szuka tylko tego, co najlepsze — pokroju Lerki Anisimowej. Ta też się ceni jak na jarmarku, wie, przy kim się kręcić. A Malwin to palant! — wypaliła nagle tonem nieznoszącym sprzeciwu. I zdecydowanie popiła swoje słowa kawą.

Ulanka natychmiast znieruchomiała i spięła się, a ja podniosłam wzrok na przyjaciółkę. Ona, tak samo jak ja przed chwilą, patrzyła teraz w stronę stolika, przy którym siedział jej brat, ale wątpię, by jej myśli i zmieszane spojrzenie miały związek z Leszkiem.

Zmusiłam się, by znów się odwrócić i potwierdzić swoje domysły. Martynow uśmiechał się do Ulanki — całkiem miło i swobodnie, raz po raz rzucając dziewczynie spod długiej grzywki zainteresowane spojrzenie. Tak, okazywał zainteresowanie, ale obok siedział Leszek, gadając o czymś z ciemnowłosym Maksem, i on o tym pamiętał.

— Oho! — Nadzia wydechnęła ze zdumieniem. — Ale po nim pojechałaś, Olka! Jak młotem!

— Za to szczerze — mruknęła Graczowa. — Nie łudźcie się, i to nie tylko co do niego! Jestem pewna, że Titow i Sokolski są tacy sami! O Leszku milczę tylko przez szacunek dla Ulany.

Nie chciałam i nie zamierzałam. Naprawdę nie miałam takiego zamiaru… Słowo daję, myślałam o tym, żeby wziąć Kim za rękę i stąd zabrać! Jak najdalej od Martynowa i jego kumpli. Takich samych jak on. Takich samych! Ola ma rację! Czyż sama nie byłam tego świadkiem?..

A zamiast tego znów spojrzałam na Sokoła.