SOVABOO
Rozdział 18, część 2
Nadal na mnie patrzył — prosto, bez żadnych gierek. Nie uśmiechając się i nie odwracając wzroku. Jakby… jakby chciał być blisko. A może to ja tego chciałam? Szaleniec! Przecież tutaj każdy mógł zauważyć jego spojrzenie!
Przypomniawszy sobie o układzie, zmusiłam się, by spojrzeć na Leszka, a potem na Titowa. Zwykła ciekawość, nic więcej. W tej stołówce mnóstwo dziewczyn zerkało w stronę chłopaków dokładnie tak jak ja. I nieważne, że Malwin się spiął i zacisnął usta. I tak nie widziałam jego niebieskich oczu. Prześlizgnęłam się po nich obojętnie, jak po ścianie, i odwróciwszy się, wypuściłam powietrze.
Czy to możliwe, że jeszcze niedawno czułam się tutaj spokojnie? Jak zwyczajna, niepozorna studentka? Teraz kark wręcz mi płonął od tych spojrzeń. Od niebieskiego chciałam uciec, a do stalowego lgnąć. Czy mogłam winić Ulankę za to, że nie słyszy słów i nie chce wierzyć, skoro ja sama siebie nie słyszę i nie wierzę? Skoro sama nie chcę pamiętać?
– Dziewczyny, tylko spójrzcie, jakie mamy dzisiaj wzięcie! – zachichotały Inka z Nataszą. – Sama paczka Sokoła zwróciła na nas uwagę, no proszę! Skąd to się wzięło? A do bufetu, nawiasem mówiąc, właśnie weszła Anisimowa!
– A może nasi gwiazdorzy wcale nie są tacy nieosiągalni? Nadzia, chyba masz rację co do nauki i „Altaresu”. Czas na wszystko olać i porządnie odpocząć, inaczej uwierzę w cokolwiek! Nawet w to, że jutro w klubie spotkam przeznaczenie! Popatrz, Kowal, z moją fryzurą wszystko okej? Jak myślisz, uda nam się zrobić zdjęcie z chłopakami z Suspense? Jeśli teraz zbiorę się na odwagę i poproszę Sokoła, żeby nas z nimi zapoznał, to myślisz, że mnie nie spławi?
Z fryzurą Inki Szapowałowej wszystko było w porządku, w przeciwieństwie do jej odwagi, ale humor dziewczyn wyraźnie się poprawił. Przez ten śmiech uwaga wszystkich się rozproszyła, a ja trochę wyluzowałam. Przypomniawszy sobie, po co tu przyszłam – w milczeniu wypiłam kawę i dojadłam pasztecik.
– No to tak! – starościna jak zwykle przejęła stery w organizacji wypadu do klubu. – Zostało nam pięć minut do końca przerwy, najwyższy czas się dogadać! Dziewczyny, jakieś konstruktywne propozycje? Nie? To słuchajcie uważnie!
Nie dało się odmówić – ani mnie, ani Kim. Po krótkich negocjacjach ustaliłyśmy, że zrzucamy się na taksówkę i odstawione na tip-top zjawiamy się o siódmej wieczorem w klubie „Altares”. Po namyśle – zgodziłam się. Jutro do Artema i Łukasza miał przyjechać Wasilij Jakowlewicz, czekała ich trudna rozmowa i czułam, że nie zaszkodzi mi gdzieś przetrwać ten wieczór. Czemu nie na koncercie? Tym bardziej że Kowal ma rację: nie samą nauką żyje student, a tu jeszcze stypendium wpłynęło tak w samą porę! A „Marakana” jakoś wytrzyma bez Fańki jeszcze jeden dzień.
Już przy wyjściu z bufetu zobaczyłam, jak przy stoliku Sokoła zatrzymała się Lera Anisimowa z koleżanką, ale żeby się obejrzeć i upewnić, że Artem już na mnie nie patrzy – nie starczyło mi odwagi. Po prostu zrobiło mi się smutno.
Ten smutek zauważył Łukasz, gdy wróciłam do domu, więc natychmiast musiałam reanimować własny nastrój, żeby nie dobić dzieciaka jeszcze bardziej. Najpierw przez dwie godziny cięliśmy w PlayStation, przy czym przegrywałam bezbożnie w każdą możliwą grę. A potem wyszliśmy na dwór, bo nagle wpadliśmy na pomysł, by rzucać się nie tymi wirtualnymi, a prawdziwymi śnieżkami.
Na nieużytkach za domem śniegu było pod dostatkiem. Razem z Łukaszem poszaleliśmy nie na żarty, urządzając sobie biegi przełajowe wśród usypanych po bokach zasp. Strzelałam celnie, za to Łukasz okazał się szybszy i musiałam się nieźle napocić, żeby odzyskać pewność siebie i godność odebraną przez konsolę. Po pół godzinie dołączyły do nas miejscowe dzieciaki i jacyś nastolatkowie; późny wieczór pod blaskiem latarni nastał niepostrzeżenie.
– Co to z wami? – gapił się na nas Sokół, gdy zobaczył na progu dwa cudaki oblepione soplami, z czerwonymi nosami. – Czyżyku, znowu mi nie odpowiadałaś – powiedział nie tyle z wyrzutem, co z niepokojem w głosie. – Właśnie wróciłem z treningu i już zamierzałem iść was szukać. Myślałem, że coś się stało.
Wszystko się zgadzało, miałam pod opieką jego młodszego brata i chyba nieźle przygłupiłam, beztrosko zapominając o czasie. Zerknęliśmy na siebie z Łukaszem i bez słowa, z winnymi minami, utarliśmy nosy.
– Bo we my ten... bawili się na podwórku i nie słyszałam.
– Aha! I ja też nie słyszałem – zawtórował mały.
– Bawiliście się? – brwi Sokoła wystrzeliły w górę i nagle zrobiło mi się jakoś głupio pod jego zdumionym spojrzeniem. Głupio i za siebie, i za swój ostrzelany śniegiem pompon u czapki. Do tego purpurowe policzki i rozczochrany warkocz nie dodawały powagi mojej dziewczęcej posturze, podobnie jak mokre od śniegu kolana. No cóż, nie byłam pięknością pokroju Anisimowej w sobolowym futrze i makijażu od Diora. Jakieś przedszkole, a nie Czyżyk! Ale jak tu dorosnąć, kiedy masz pod ręką młodszego brata i dwie siostrzyczki, i wszystkich trzeba nianczyć.
Patrząc na Artema w drogiej skórzanej kurtce i czarnym golfie – chłopaka z marzeń w każdym calu – zmieszałam się. Dobrze, że Łukasz w porę zaczął nadawać, bo inaczej nie wiedziałabym, co odpowiedzieć.
– Tak, bawiliśmy się, Artem! W śnieżki! Było super! Najpierw z Fańką, a potem z chłopakami z bloku obok. Nie uwierzysz, ale ich roznieśliśmy! Fania, powiedz? – Łukasz jak starego kumpla z wojska trącił mnie łokciem w bok. Mokry od śniegu pompon natychmiast zjechał na bok.
– E-e, no, coś w tym stylu – przytaknęłam, starając się nie patrzeć w szare oczy. – Zdaje się, że nikt nie przeżył.
– Ha! Ja wyeliminowałem ostatniego! – roześmiał się dumnie Łukasz. – Jasne, że nikt! Wszyscy się schowali lepić bomby, a my zwialiśmy! Klasa, nie?
Sokół nagle zmrużył brwi. Czysty wujek Wasia sprzed dwudziestu lat, w pierwszej fazie powagi. Uświadomiwszy sobie, że blokuje przejście do mieszkania, wrócił do przedpokoju i zrzucił kurtkę z ramion.
– Pomogę ci! – powiedział do Łukasza, rozbierając go.
– Artem, sam dam radę! – upierał się dzieciak, choć patrzył na starszego brata z uwielbieniem.
– Sam to będziesz spodnie w łazience ściągał i odbierał telefony, jasne? – warknął bez złości Sokół. – Ostrzegałem cię, Łukasz, że ojciec zadzwoni. Czemu milczałeś? Mogłeś powiedzieć ojcu choć dwa słowa. Sam zapytać o Alicję, skoro jesteś taki dorosły.
A mnie o nic nie pytał. Gdy tylko weszłam do przedpokoju i zamknęłam za sobą drzwi, Sokół zrobił krok w moją stronę, rozpiął mi puchówkę i zabrał czapkę. Zdjął szalik. Prawdę mówiąc, dłonie na mojej szyi zatrzymał ułamek sekundy dłużej niż powinien. A może tylko mi się wydawało. Od pewnego czasu przestałam liczyć sekundy, wpadając we władanie uważnych, szarych oczu.
– Pójdę rozwiesić rzeczy na grzejniku – powiedział, przerzucając kurtki przez ramię – a wy się rozbierajcie. Kupiłem pizzę, będziemy jeść kolację.
Oczy Łukasza natychmiast rozbłysły radością.
– Hurra! Pizza! Fańka, lubisz pizzę?
– Ja... – skóra mnie piekła od tego niespodziewanego dotyku i roztargniona potarłam dłonią szyję, szukając słów.
– Oczywiście, że lubi pizzę – odparł pewnie Artem, kierując się do pokoju. – A do tego Anfisa lubi gołąbki, lody pistacjowe i gorzką czekoladę. Ale podejrzewam, że migdałowymi bezami z francuskiej cukierni „U Starego Jacques’a” też nie pogardzi.
Co? „U Starego Jacques’a”? Z tej samej cukierni, która wieczorami w centrum mieni się bajkowym neonem, przyciągając wzrok przechodniów luksusową witryną i strasząc cenami?!
– Bezy? Migdałowe? – postąpiłam krok naprzód niczym słynna myszka z kreskówki „Tom i Jerry” wiedziona zapachem sera. Nie żeby nigdy o takich ciastkach nie słyszała, ale żeby tak naprawdę posmakować... Do tego z oryginalnego wypieku...
– Bezy, Czyżyku – Artem odwrócił się z uśmiechem. Powiedział po prostu: – Chciałem cię nagle zaskoczyć. Przez cały ten cholerny dzień marzyłem o kolacji w domu, nie masz nic przeciwko, Anfiso?
– Ja? – wybałuszyłam oczy. – Nie.
– No i świetnie! – Sokół zatrzymał wzrok na moich mokrych kolanach. – W takim razie czekam na was w kuchni. Zaraz wrócę i zrobię herbatę. – Parsknął niespodziewanie pod nosem do własnych myśli, odwracając się. – „Bawiła się”...
I poszedł, zostawiając nas z Łukaszem najpierw gapiących się na siebie, a potem w milczeniu zdejmujących buty.
Jeść chciało mi się niesamowicie, o wiele bardziej niż brać prysznic i się przebierać. Dobrze, że w pobliżu nie było rodziców i razem z Łukaszem, z łatwością kładąc lachę na konwenanse, po umyciu rąk potulnie podreptaliśmy do kuchni. Najpierw napiliśmy się gorącej herbaty z pizzą, a dopiero potem poszliśmy do łazienki. To znaczy ja poszłam, bo Łukaszowi buzia się nie zamykała i wciąż opowiadał Artemowi o wszystkim na świecie, nie zauważając, że brat ledwo go słyszy. Przytakuje oczywiście i odpowiada, ale odniosłam wrażenie, że ostre spojrzenie Sokoła nie przepuszcza ani jednemu okruchowi, który wędrował do moich ust. Pod tym spojrzeniem nawet wargi poruszały się jakoś inaczej, jakby czegoś chciały. Pamiętały coś bardzo zmysłowego i przyjemnego, co na zawsze zostało w pamięci. Co jeszcze całkiem niedawno sprawiło, że zabrakło mi tchu w morzu doznań i czego do szaleństwa chciałam znowu.
Spojrzałam w twarz Sokoła, czując, jak nagła tęsknota wzbiera mi w piersi. Tutaj, u niego w domu, można było zapomnieć o wszystkim. O byłym, o układzie, o pięknej Anisimowej i Zai-Wice. O tym, co czyniło nas tak różnymi. O tym, że przygody z takimi chłopakami zawsze mają termin ważności i że dobrze byłoby po prostu przetrwać, nie tracąc przy tym siebie.
Czy smakowały mi bezy? Na pewno tak. Gdyby jednak ktoś poprosił mnie o opisanie ich smaku, miałabym problem, by odpowiedzieć choćby w przybliżeniu. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to chłopak siedzący tak blisko, że gdybym tylko chciała, mogłabym go dotknąć.
W kuchni rozbrzmiewał dźwięczny głos Łukasza, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że jesteśmy z Sokolskim sami. Zmusiłam się, by wstać i podziękować gospodarzowi za kolację.
– Dzięki, Artem. Pójdę pod prysznic i wrócę pomóc ci sprzątnąć ze stołu.
Kiedy jednak wróciłam z łazienki, zamieniwszy dżinsy na ciepły T-shirt i spodnie od piżamy – wcale nie poczułam ulgi. Na próżno próbowałam zmyć z siebie szamponem dla bobasów to rozedrganie krążące pod skórą. Ono pulsowało w płucach, płonęło we krwi, nie chcąc mnie opuścić. Zmuszając serce, by się obudziło.
I znowu to pukanie – tuk-tuk, tuk-tuk! Jakby to szare spojrzenie ani na sekundę mnie nie puszczało. Jakby widziało nawet przez ściany.
Wstawiłam naczynia do zlewu i włożyłam dłonie pod wodę. Zdaje się, że umyłam kubki i odstawiłam wszystko na miejsce. Ale wystarczyło tylko, by Łukasz krzyknął: „Zaraz wracam!” i przekręcił zamek w drzwiach łazienki, a natychmiast poczułam za plecami gorącą klatkę piersiową Sokoła.
– Anfisa… – jego dłoń dotknęła moich wilgotnych włosów, a ja się odwróciłam. Patrzyliśmy na siebie z ciężkim oddechem. Postąpił krok bliżej, nachylając głowę. Nie wiem, skąd wzięła się ta myśl, ale załomotała mi w głowie desperackim ostrzeżeniem, by oprzytomnieć. Bo jeśli się nie zatrzymam, potem nie będzie już odwrotu.
– Artem, tu jest Łukasz…
– Anfisa…
– Proszę, nie.
Tchórzliwie zamknęłam oczy, uciekając w ciszę. Czując ciepły, nieco rwany oddech na policzku.
Jeśli on się nie powstrzyma, ja ulegnę. Jeszcze sekunda i zapomnę o całym świecie, sama garnąc się do niego.
Palec Artema rozchylił moje wargi, gładząc je.
– Dlaczego zawsze jesteś tak daleko, Czyżu? – usłyszałam jego cichy głos. – Mam wrażenie, jakbym nie mógł oddychać. Dlaczego?
Bezradnie pokręciłam głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Otworzyłam oczy, ale jego już nie było. Wrócił do pokoju, zostawiając mnie samą z pytaniem, na które nie znałam odpowiedzi.
Boże, Fańka, oszalałaś! To się dobrze nie skończy!
Kiedy weszłam do salonu, łóżko było już pościelone, a materac z poduszką leżały na podłodze. W telewizji leciał film science-fiction „Interstellar”, a Łukasz pokazywał bratu jakieś chwyty bojowe, udając karatekę. Przekonywał Artema, że to wszystko może się bardzo przydać, gdybyśmy nagle znaleźli się w kosmosie i wpadli do czarnej dziury jak pilot Cooper.
– Uważaj, Fania! Patrz, co potrafię! – kucnąwszy, dzieciak fikołkiem przetoczył się przez materac i został tak, leżąc z rozrzuconymi ramionami. – Super! – zaśmiał się. – Fania, masz tu naprawdę ekstra!
Tego filmu z Matthew McConaugheyem w roli głównej wcześniej nie widziałam, więc wtuliłam się w fotel z podciągniętymi nogami i próbowałam śledzić fabłę. Wychodziło mi to średnio, choć świetne efekty na tak dużym ekranie robiły wrażenie, a i sama historia wydawała się ciekawa. Niestety, dzisiaj kosmos nie poruszał strun mojej duszy, pozostawiając mnie obojętną. Chciałam być tam, na łóżku, gdzie półleżał Sokół, oparty plecami o ścianę, z jedną nogą ugiętą w kolanie. Jego profil z mocno zarysowanymi ustami i podbródkiem przyciągał mnie teraz znacznie bardziej niż globalne wydarzenia we wszechświecie.
Czy to możliwe, że jeszcze tydzień temu siedzieliśmy tak obok siebie i po prostu wcinaliśmy lody? Chodziliśmy do kina? Czy to naprawdę ja czekałam na niego na ulicy, gdy nie był sam? Kiedy to wszystko zdążyło się zmienić?
Przechyliłam głowę, wplatając palce we włosy. Z przyzwyczajenia zaczęłam przeczesywać wciąż wilgotne pasma, susząc je przed snem. Zamyślona, nie zauważyłam nawet, kiedy film się skończył.
– Dobra, Artem – ziewnął Łukasz, pakując się z powrotem na materac i poprawiając kołdrę. – Możesz dzisiaj spać z Anfisą, niech ci będzie! – pozwolił wielkodusznie. – Tutaj mi się podoba!
Artem, który akurat ruszył w stronę korytarza, by dać mi przestrzeń do ułożenia się na noc, zamarł i odwrócił się do brata. Jego ręka powoli się uniosła i wymownym gestem wskazała chłopcu łóżko.
– Kładź się i milcz.
– Ale Artem!
– Cholera jasna, Łukasz! – warknął chłopak, aż ja sama drgnęłam w fotelu. – Rób, co ci mówię!
Znowu zasypialiśmy, patrząc na siebie. Tym razem telewizor milczał, a w pokoju było ciemno i cicho.
– Dobranoc, Czyżu – usłyszałam cichy głos i pospiesznie odpowiedziałam.
– Dobranoc, Artem.
Leżałam i czekałam, wciąż czekając, aż skrzypnie łóżko. Aż Sokół wreszcie da mi spokój i będę mogła zamknąć oczy – jakby mrok mógł widzieć za nas dwoje. Ale ani on, ani ja nie odwróciliśmy wzroku.