SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 5: Rozdział 3, część 1

Rozdział 3, część 1

Reading sample: chapter 5 of 19

Drrr!

Drrrrryń!

Drrrrrrrrrrrrrryń!!

Mój Boże, co za ludzie! Czy można z samego rana tak natarczywie dzwonić do drzwi? Babcia Motia tam co — usnęła?

Dryń!

Fu-u-u, co za paskudny dźwięk. Naciągnęłam kołdrę na głowę. Żeby to chociaż ptaszki ćwierkały — słowiki czy inne kanarki, albo jakaś miła melodia, a tu jakby ktoś wiertarką wiercił mi dziurę w mózgu na wylot. I co tej Matyldzie Iwanownie strzeliło do głowy, żeby nagle zmieniać dzwonek?

Dryń!

Czy ona tam ogłuchła, ta babcia Motia?! Kto tu w końcu rządzi?! Na pewno to jej przyjaciółkę — Milę Francewnę — diabli przynieśli o świcie z tymi jej drutami czy szydełkiem. Nie otworzę jej. O nie! Znam te szczwane staruszki. Najpierw druty, a potem: „Anfisa, dziecinko, skocz po śmietankę i chlebek do sklepu”. Jasne, trzy przecznice dalej, bo tam niby „świeżutki”! W końcu to nie ja się z nią przyjaźnię! Jak jeszcze raz zadzwoni — wygarnę babci Moti wszystko, co myślę!

Babci Moti…

Stop. Coś mi drgnęło w podświadomości — coś mrocznego i niepokojącego. Oczy same wystrzeliły.

Ranek. Bratanek. Leszka. Noc. Klatka. M-mieszkanie.

Mieszkanie!

A-a-a! Zaspałam! I ktoś się dobija do drzwi! Koniec! Kaplica! Jeśli właściciele mnie nie zwiną, to Leszka na pewno skręci mi kark! Co za pech!

Drrrrryń!

Znacie to pożyteczne ćwiczenie — „rowerek”? Myślę, że wszyscy przerabiali to na WF-ie. A próbowaliście kiedyś „pedałować” pod kołdrą? Na czas? Cóż, ja spróbowałam. I wydaje mi się nawet, że zaliczyłam całkiem niezły start.

Wystrzeliłam z łóżka jak oparzona, ale słowo daję, powstrzymałabym krzyk. Siedziałabym cicho jak mysz pod miotłą, szukając w panice drogi ucieczki, gdybym nagle nie zobaczyła nóg. Męskich nóg. I jędrnej, nagiej pupy, w którą o mało nie uderzyłam nosem. Ktoś spał ze mną w jednym łóżku, ułożony „na waleta”… i na mój wrzask zaczął się wiercić.

— A-a-a-a! — wrzasnęłam i zaczęłam gramolić się przez te nogi jak niedźwiedź. Skakałam, o mało się w nie nie zaplątawszy, stoczyłam się na podłogę i szarpnęłam kołdrę, żeby się zasłonić, ale ktoś wyrwał mi ją z równie głośnym wrzaskiem, okazując się silniejszy.

— A-a-a-a!

Chwileczkę! Tutaj mała dygresja.

Co wiecie o ptakach z rodziny sokołowatych? O sokołach? Ja wiem całkiem sporo — dzięki kanałowi „Animal Planet”, własnej ciekawości i szkolnemu kółku „Młody Przyrodnik”, które prowadził mój tata, nauczyciel geografii. To ptak drapieżny, żywiący się małymi ssakami, owadami i ptactwem. Posiadacz długich skrzydeł, ostrego dzioba i przenikliwego wzroku. Większe osobniki dorastają czasem do pół metra. Są niesamowicie szybkie i silne. Taką kuropatwę, na przykład, sokół dopada w locie, pikując z ogromną prędkością. Istnieje około trzydziestu gatunków, i choć nazw wszystkich wam teraz nie wymienię, to ten okaz, który siedział właśnie przede mną — a był to nikt inny jak Artem Sokolski — z całą pewnością należał do rodziny „sokoła wyłupiastego”. Wpatrywał się we mnie, otworzywszy ze zdumienia nie tylko szaro-brązowe oczy, ale i usta.

Fryzurę Sokół miał jak paralotniarz — modna grzywka w fazie startu. Najwyraźniej, zanim wrzasnęłam, chłopak smacznie chrapał w poduszkę, a tu taki cyrk. O moim wyglądzie nawet nie wspomnę. Dzięki Bogu, zdążyłam przechwycić rzucony we mnie przedmiot i teraz przyciskałam poduszkę do piersi niczym pirat skrzynię ze złotem, rozkraczona na podłodze.

To na pewno przez stres, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że to ja zadałam to absurdalne pytanie:

— Ty-y?! Skąd ty się tu wziąłeś, Sokolski?! Przecież cię nie było!

Niestety, chłopak nie docenił mojej odwagi. Zamiast pisku, wydobył z siebie prawdziwy ryk:

Chapter 5 / 60 · Page 1 of 3